Czy grozi nam sto lat obchodów setnych rocznic wydarzeń, które zdarzyły się podczas najkrótszego, acz najintensywniejszego, stulecia w historii ludzkości?

Znalezione obrazy dla zapytania cud nad wisłą foto

 

Można się spodziewać, że przygotowania lewicy do obchodów 100-lecia wybuchu Rewolucji Październikowej okażą się niczym w porównaniu z tą erupcją mobilizacji i gorliwości, jaka nas czeka w przeddzień setnej rocznicy bitwy warszawskiej, kulminacyjnego momentu w trakcie tzw. wojny polsko-bolszewickiej.

Przygotowania na poziomie ideologicznej i propagandowej agitacji idą pełną parą już od dawna, nie kontrowane żadnymi konsekwentnymi akcjami kontrpropagandowymi ze strony lewicy. No cóż, stosunek radykalnej lewicy do Rewolucji Październikowej jest, eufemistycznie rzecz ujmując, co najmniej ambiwalentny. Trudno dziwić się umiarkowanym społecznie wielbicielom demokracji burżuazyjnej i liberalizmu, skoro nawet w Stowarzyszeniu Marksistów Polskich doszło do salonowego zgrzytu na tle stosunku do dziedzictwa Rewolucji, zakończonego brutalną akcją usuwania z szacownego grona przeciwników opluwania owego dziedzictwa. Mniejsza o to, czy udaną. Zależy, z jakiego punktu widzenia.

Tymczasem, autor jak zawsze na czasie – Slavoj Żiżek – powtórzył swój skandalizujący burżuja sukces sprzed lat, polegający na dopisaniu swojego nazwiska do tekstów nie mogącego bronić się przed manipulacją Lenina, czym udowodnił, że zasób radykalizmu lewicy, spotęgowany w 100-lecie Października, uległ tym samym wyczerpaniu. W ten sposób – w swoim mniemaniu – uroczyście zakończył on, niezręcznie przedłużające się zdaniem co poniektórych przedstawicieli radykałów, obchody.

Siedząc i podjadając popkorn będziemy sobie mogli więc pooglądać spektakl przygotowany przez prawicę w rocznicę „cudu nad Wisłą”. Nie obejdzie się bez fajerwerków i cudownych nawróceń. A na pewno przekaz bijący z tych obchodów będzie – dzięki instytucjonalnej pozycji prawicy i słabości lewicy – dużo mniej samoograniczający niż to miało miejsce przy okazji obchodów rocznicy Rewolucji.

Literatura naukowa i okołonaukowa, związana z tematyką „cudu nad Wisłą”, jest obfita, choć trudno powiedzieć, że szczególnie zniuansowana. Warto jednak przyjrzeć się kilku wątkom, które z niej przebijają, ujawniając podglebie dominującego stosunku do tych wydarzeń historycznych i ich konsekwencji współczesnych.

Jednym z nich, bez wątpienia ciekawym z perspektywy lewicy, jest stosunek tzw. klas ludowych w Polsce do Rewolucji Październikowej. Wątek ten jest zresztą wybijany na plan pierwszy przez prawicę. Chodzi o to, że klasy te w swej masie nie poparły rewolucji, czego – z kolei – klasy wyzyskujące się obawiały. Stanowi to zasadniczy punkt dający prawicy decydujący argument w walce propagandowej z lewicą. Jak pisze Przemysław Wywiał w tekście pt. „Jak jednolity, niewzruszony mur… Społeczeństwo polskie wobec wojny polsko-bolszewickiej”: „Dzięki wysokiemu poziomowi uświadomienia narodowego i patriotyzmu nie dało się ono [polskie społeczeństwo] zwieść socjalnym hasłom głoszonym przez najeźdźców, o czym najlepiej świadczy postawa robotników.” (O granice, niepodległość i cywilizację, pod red. J. Kloczkowskiego, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2017, s. 82).
Wtóruje mu prof. Mariusz Wołos w rozmowie z Adrianem Matułą: „Robotnicy i chłopi polscy władzy sowieckiej nawet odzianej koniunkturalnie i doraźnie w polską sukmanę jednak nie poparli i wstępowali ochoczo  w szeregi Wojska Polskiego, które w przełomowym okresie wojny liczyło blisko milion żołnierzy. (…) Władza bolszewicka zdecydowanej większości Polaków nie pasowała, ponieważ nie dostrzegali w niej niczego innego poza zagrożeniem niepodległości ojczyzny przez nową formę rosyjskiego imperializmu, przykrytego tym razem ideologiczną patyną. Natomiast nie dostrzegano albo nie chciano dostrzegać tego rosyjskiego imperializmu w wielu wpływowych środowiskach Zachodu.” (tamże, s. 213). Niemniej chwilę potem dodaje przytomnie: „Na pewno bolszewicy liczyli na tzw. wrzenie rewolucyjne, jak to kiedyś mówiono. Przesłanki ku temu były, jeżeli przypomnimy sobie wydarzenia z pierwszych  tygodni polskiej niepodległości, choćby na terenie Zagłębia Dąbrowskiego czy w tak zwanej republice tarnobrzeskiej, gdzie buntowali się robotnicy rolni. Było to jednak za mało, żeby się owo wrzenie rozlało na całą Polskę. Armia Czerwona traktowana była jako okupant, nie wyzwoliciel. Nie postrzegano jej jako siły występującej przeciwko niesprawiedliwemu uciskowi społecznemu pana w stosunku do chłopa, czy właściciela fabryki w stosunku do robotnika. Zupełnie nie udały się próby formowania polskich oddziałów w ramach Armii Czerwonej, pomimo rzucenia na ten odcinek pracy całkiem sporej grupy Polaków-bolszewików.” (tamże, s. 214).

Nie należy jednak nie zauważać problemu w ferworze możliwego, prostego oburzenia na polskie masy pracujące. Nie bez słuszności bowiem prawica wykazuje słabości ruchu komunistycznego w tamtym okresie: „… Dzierżyński, Marchlewski, Unszlicht, Kon nie reprezentowali żadnej ‘polskiej drogi do komunizmu’, ale wizję wybitnie sowiecką w moskiewskim wydaniu. Było tak między innymi dlatego, że głównym nurtem polskiej lewicy był socjalizm niepodległościowy. Wątłe siły polskich stronników komunizmu nie były w stanie wypracować własnej drogi do realizacji haseł, które głosili. Musieli więc bazować na sowieckich bagnetach i potulnie stanąć w szeregach rosyjskich bolszewików” (tamże, s. 213).

Terror opinii środowiska, lokalnego i ogólnopolskiego, działał. Jeden z autorów przywoływanej monografii przytacza przykład, jak to w jednym z miast ogłoszono publicznie listę osób  nie tylko uchylających się od datków na rzecz obrony Ojczyzny, ale nawet tych, które nie popisały się szczodrością. Ostracyzm towarzyski bywa uciążliwy w okresie pokoju, jakże więc go lekceważyć w czasach tak niespokojnych, jak czas wojny?
Tak jak w Rosji wybuch rewolucji od początku pociągnął za sobą większość opinii publicznej, stawiając rewolucyjne zmiecenie caratu osią wszystkich mobilizacji społecznych, tak w Polsce taką osią była  niepodległość. Dlatego rewolucja w Polsce była sprawą o wiele trudniejszą niż w krajach choćby Zachodu, gdzie reżymy imperialistyczne były przedmiotem nienawiści zmęczonych wojną mas robotniczych i chłopskich.

Dlatego tak ważne było doprowadzenie do sukcesu rewolucji na Zachodzie. Rewolucja w Polsce nie stanowiła czynnika jakościowego, jakby go stanowiło zwycięstwo rewolucji w Niemczech. Lenin słusznie odmierzał wagę wchodzących w grę czynników politycznych. Zwycięstwo rewolucji w Niemczech mogło stanowić modelową drogę do socjalizmu, wolną od zwyrodnień kojarzonych tradycyjnie z zacofaniem społeczno-gospodarczym i cywilizacyjnym. A także, na co już prawica i lewica antykomunistyczna nie chcą zwracać uwagi, z wysiłkiem całego „cywilizowanego” świata, aby Kraj Rad zdusić za wszelką cenę wszelkimi sposobami, jak nie interwencją zbrojną, to ekonomicznie. To ostatnie, mimo pozorów normalizacji stosunków, było działaniem nie mniej agresywnym, a jednocześnie o wiele skuteczniejszym, gdyż oddziaływało na stosunki wewnętrzne – wolno, ale efektywnie.

Duży wpływ wywarła na wydarzenia historyczne specyfika polskiego ruchu robotniczego, od zarania podzielonego między opcję internacjonalistyczną a patriotyczną. Warto zwrócić uwagę na kwestię pochodną tego stanu rzeczy, a mianowicie na percepcję przez polską inteligencję, wywodzącą się głównie z drobnej i podupadłej szlachty, rewolucji „bolszewickiej”. Ta ostatnia jest postrzegana przez pryzmat percepcji właśnie tzw. klas ludowych – chłopstwa i kształtującego się na oczach społeczeństwa proletariatu miejskiego. Percepcja ta jest zdominowana przez lęk przed okrucieństwem rewolt chłopskich oraz pogardę dla zdeprawowania nowych grup społecznych, wykorzenionych ze swych społeczności wiejskich, a jeszcze nie okrzepłych w miastach.

Jeżeli nawet pisarze tak wrażliwi, jak Stefan Żeromski, wyrażali swą obsesyjną trwogę i przerażenie bezdusznością i antyhumanitaryzmem chłopów, jednocześnie – zgodnie z etosem nowej inteligencji – prezentując postawę miłosierdzia wobec wyzyskiwanych i pogardzanych, to postawa ta odzwierciedla dominujące postawy w postępowej części społeczeństwa. Postawy te więc były niejednoznaczne, a przewagę w momencie krytycznym uzyskiwały te, które były związane z zakorzenionymi stereotypami.

Postawy te istniały i oddziaływały tradycyjnie w polskim społeczeństwie, kształtując trwałe postawy wobec grup w nim istniejących. Stosunek do chłopskiego żywiołu, prezentowany przez A. Mickiewicza wyrażał się w ambiwalentnej definicji zauważającej rozbieżność między zewnętrznym wrażeniem plugastwa a potencją wewnętrznego żaru, który wszak może zostać wykorzystany w dwojaki sposób. Poeta daje narodowi szansę na dorównanie jego wygórowanym, patriotycznym oczekiwaniom.
Natomiast Zygmunt Krasiński w Nie-boskiej komedii jednoznacznie daje wyraz konstytucyjnemu wręcz lękowi polskiej szlachty wobec chłopstwa i klasowej, nieprzezwyciężalnej odrazie.

Jednak na tle pojawiającego się nowego żywiołu robotniczego w miastach, elicie intelektualnej Polski chłopi zaczęli urastać do roli symbolu wsi zdrowej i sielankowej – jak to przedstawia, np. Eliza Orzeszkowa z „Chamie”. Ale już Stanisław Wyspiański z goryczą przestrzegał zaczadziałych chłopomanów: „Mego dziada piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”…

Socjaliści wszelkiej maści, nie tylko ci, którzy przy najbliższej okazji wyskakiwali w biegu z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość, mieli wówczas tendencję do postrzegania klasy robotniczej jako taranu dla pewnych idei, które niekoniecznie wynikały z potrzeb tejże klasy. Podobnie, jak empatia wobec chłopów nie wynikała z uznania ich podmiotowości, a ich interesów za ważniejsze od interesów narodu szlacheckiego. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę fakt zacofania gospodarczego wschodnich rubieży Europy. Świadomość odrębnego interesu klasy robotniczej jako interesu przodującej ludzkości kształtowali dopiero nieliczni marksiści, w starciach z ideologiami reprezentującymi sytuację grup pokrzywdzonych, ale niekoniecznie postrzeganych jako samodzielne politycznie.

W tej sytuacji ideologicznej, Rewolucja na wschodzie Europy była postrzegana jako kontynuacja rewolty chłopskiej, tego swoistego barbarzyństwa, które szlachta znała z autopsji i które było dla niej czymś na kształt horroru. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że te schematy i fobie ideologiczne, związane z zacofaniem struktury społecznej ziem wschodnich Europy, znajdowały wyraz także i w twórczości Josepha Conrada, np. w „Jądrze ciemności”, gdzie stosunek do polskich, zacofanych kulturowo i okrutnych z natury chłopów był przenoszony na postrzeganie ludów kolonizowanych przez brytyjskie imperium.

Literatura prawicowa, ale też i lewicowa, kontynuująca tradycje polskiej inteligencji, i która nie przezwyciężyła odziedziczonego po tej drobnej i zdeklasowanej szlachcie, odbijającej panującą ideologię arystokracji ziemskiej, paternalistycznego stosunku do tzw. klas ludowych, posługuje się w odniesieniu do „bolszewików” schematem totalnej negacji jako ruchu wprost antycywilizacyjnego. Do tej antycywilizacji elita zaliczała dotychczas masy ludowe i robotnicze. Stąd, w ich przekonaniu, sojusz międzyklasowy w okresie wojny z „bolszewikami” miał charakter swoistego „cudu”, całkiem nie oczekiwanego przez obrońców starego porządku.

W propagandzie współczesnej dominuje przedstawianie „bolszewizmu” jako opcji totalnie zakłamanej, wykorzystującej hasła społeczne w celu otumanienia pokrzywdzonych „przez los” grup społecznych dla realizacji celów, którym odmawia się jakiegokolwiek rozbioru merytorycznego, rzetelnej analizy historycznej czy, po prostu, przywileju obiektywizmu naukowego. Wnikanie w szczegóły grozi bowiem unicestwieniem tego kruchego sojuszu, w który nie wierzą tak naprawdę ani prawica, ani lewica „filantropijna”. Pierwsza – ze względów anachronicznej identyfikacji klasowej; druga – ze względu na swój etos elity niosącej kaganek oświaty w ciemne masy.

Ciekawe, że w tym kontekście postrzeganie Rewolucji jest tym, co łączy skrajną prawicę ze szczerą lewicą kontynuującą tradycje lewicy „patriotycznej”. Dla obu, w największym skrócie i uogólnieniu, tzw. klasy ludowe są tak naprawdę przedmiotem działania, a nie podmiotem. Mimo szczerego przekonania, że jest inaczej.

Pozostają tradycyjne linie rozbieżności między tymi nurtami politycznymi, czyli stosunek do swobód liberalnych, które są specyficzną formą wyrazu interesów politycznych grup pośrednich. Dla prawicy, tego typu postawy są przejściem na pozycje antycywilizacyjne w sensie cywilizacji chrześcijańskiej, czyli uleganiem barbarzyństwu. Stąd inwektywy pod adresem lewicy obyczajowej, której przypisuje się barbarzyńskie afiliacje z „bolszewizmem”, na co sama ta lewica w swoim czasie przystała, obecnie zaś padając pod ciosem zadanym rykoszetem.

Kolejne dwa lata rocznicowe zapowiadają się więc nader interesująco.

 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 lutego 2018 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *