ZAĆMA CZY KSIĘŻYCA ZAĆMIENIE?

Znalezione obrazy dla zapytania zaćmienie księżyca foto

Z cyklu „Jaja jak czerwone berety”

Nigdy w przeciwieństwie do wielu, w tym do Borysa Kagarlickiego, nie prosiliśmy o lajki czy wpłaty na rzecz Grupy Samorządności Robotniczej, o portalu „Dyktatura Proletariatu” nie wspominając – nie ubiegaliśmy się o nie. Niemniej one coś znaczą. Brak takowych pod ostatnim felietonem http://www.dyktatura.info/?p=8057#more-8057 (raptem jedno polubienie), to sygnał, że trzeba jasno przedstawić zasadniczą linię podziału na radykalnej lewicy, skoro idziemy pod prąd i stawiamy na размеживание.

Pewnie niektórzy coś niecoś słyszeli o sprzecznych trendach na lewicy i nowych liniach podziału. Zwłaszcza jedna z nich rzuca się w oczy. Nie musimy specjalnie jej eksponować – nikt nie posądza nas o sympatię do Euromajdanu, raczej próbują nas co poniektórzy, jak choćby Kowalewski czy Bartolik, wpisać w obóz proputinowski. Gdyby tak było liderzy partii Zmiana nie wyskakiwali by do nas z zarzutem fobii antyrosyjskiej, a dzielny trep z Bractwa Polsko-Rosyjskiego, skądinąd członek władz tej partii, nie szedłby za przykładem Jankowskiego i… Bartolika. Obie strony tego podziału w stosunku do nas sięgają po bany. Na facebooku to broń ostateczna.

Nie ten podział na radykalnej lewicy i przyległościach ma jednak charakter zasadniczy. Główny wykrystalizował się w stulecie Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

Przykładem niech będzie artykuł Tymoteusza Kochana http://strajk.eu/sto-lat-po-pazdzierniku/, poświęcony 100. rocznicy.

Tymoteusz Kochan snując swoje rocznicowe rozważania, abstrahuje przede wszystkim od doświadczenia rewolucji 1905 roku i od faktu, że, choć nieliczna, klasa robotnicza przedrewolucyjnej Rosji była mocno skoncentrowana, a część przemysłu miała charakter bardzo nowoczesny, wręcz przodujący w Europie. Przy tym powtarza tradycyjny zarzut: Rewolucja Socjalistyczna została w Rosji przeprowadzona wbrew Marksowi.

Należałoby tę tezę skonfrontować z doświadczeniem współczesnym. Bezrefleksyjne powtarzanie jak mantry, za lewicowym mainstreamem, prawd oczywistych: „świadomość człowieka masowego, a także związana z nią polityczna nieskuteczność lewicy stanowi dziś najpoważniejszy problem dla tejże lewicy teoretyków i praktyków. Rozważając problem gotowości rewolucyjnej mas wyjść musimy od tego, że obecny standard życia zachodnich pracowników jest zdecydowanie wyższy i cywilizacyjnie bardziej zaawansowany niż ten, o który dla rosyjskich mas przed stuleciem walczyli bolszewicy. Nic w tym dziwnego – sto lat rozwoju formacji kapitalistycznej musiało w końcu przynieść ze sobą przewidywany przez Marksa postęp w każdej dziedzinie” powoduje, że autor uodparnia się na to, co z tego twierdzenia wynika.

Porównanie dzisiejszego standardu życia z przedrewolucyjnym standardem w Rosji jest dość nieuzasadnionym zabiegiem, ale nadal gra na niekorzyść współczesnych tendencji rewolucyjnych.

Z rozważań T. Kochana możemy prawomocnie wysnuć wniosek, że podobnie jak 100 lat temu na Zachodzie, nie ma dziś przesłanek do wybuchu rewolucji w przodujących krajach kapitalistycznych.
Po ustaleniu tego faktu, moglibyśmy się spokojnie rozejść do swoich zajęć, ale tutaj zaczyna się ekwilibrystyka w wykonaniu nowej radykalnej lewicy. Lewica ta, odstępując siłą rzeczy od czynników zmuszających klasę robotniczą do podjęcia aktywności rewolucyjnej, zaczyna szukać uzasadnienia swych rewolucyjnych oczekiwań na różne, pocieszne sposoby. Skoro robotnicy są usatysfakcjonowani swoimi dochodami w kapitalizmie, to nie znaczy, iż nie ma grup społecznych, których ambicje dochodowe nie byłyby równie ograniczone. Na zawołanie zawsze się tu zgłoszą grupy żyjące z redystrybucji wartości dodatkowej wypracowanej w gospodarce realnej i produkującej bogactwo państwa. Redystrybucja, nie powiązana z produkcją w sposób bezpośredni, nie ma żadnych naturalnych hamulców w przesuwaniu granic między kapitałem zmiennym a wartością dodatkową. Nie na darmo Marks wiązał sposób dystrybucji ze sposobem produkcji.
Warstwy pośrednie, które są wyzyskiwane przez kapitał nieprodukcyjny, są ograniczone w swoich ambicjach zarobkowych głównie przez możliwości przechwytywania wartości dodatkowej sektora produkcyjnego przez kapitał nieprodukcyjny. Nie prowadzi to do konfliktu na styku kapitał – praca, ale na styku: jedna część kapitału – inna część kapitału. Wiodący obecnie nurt radykalnej lewicy abstrahuje jednak od tych marksistowskich podstaw.

T. Kochan, który jest jego ambitnym przedstawicielem bezrefleksyjnie, powtarza uderzająco jałowe diagnozy radykalnej lewicy, które doprowadziły do jej kryzysu i obecnego zmarginalizowania.

Niemniej, jako coś nowatorskiego, mamy tu do czynienia z niewypowiadanym na głos, ale pobrzmiewającym w ciągu ewolucji radykalnej lewicy od połowy lat 60-tych XX wieku, odrzuceniem klasy robotniczej jako podmiotu przemian rewolucji antykapitalistycznej na rzecz innych, bardziej roszczeniowych podmiotów. Nowatorstwo polega na „śmiałości” intelektualnych elit byłych krajów socjalistycznych i ich spadkobierców w konsekwentnym i sformułowanym na głos odrzuceniu klasy robotniczej jako rzeczonego podmiotu. Wiąże się to ze szczególną sytuacją polityczną krajów byłego obozu, gdzie zmiana ustrojowa została dokonana na fali buntu robotniczego, sterowanego przez – jakby nie było – „lewicową” opozycję demokratyczną przy akompaniamencie chórów pochwalnych zachodniej radykalnej lewicy.

Satysfakcja z demokratyzacji „demoludów” jedynie przez co światlejsze umysły była wiązana z przewidywaniem pogorszenia sytuacji materialnej innych niż robotnicy warstw społecznych. Wiara w ekonomiczną przewagę gospodarki rynkowej zdawała się przesłaniać ewentualne ostre sprzeczności interesów. Tak jak to działo się na Zachodzie przez cały okres powojenny.
Genialny plan lewicowych wielbicieli demokracji burżuazyjnej załamał się. Roszczeniowa, a więc i będąca nadzieją rewolucji, grupa społeczna, na którą stawia nowa radykalna lewica, ze względu na swe usytuowanie w systemie produkcji, bezpośrednio wchodzi w konflikt nie z kapitałem, ale z robotnikami jako wchodzącymi w skład kapitału zmiennego. Taki konflikt jest łatwiejszy, ponieważ praktyczną stroną jego prowadzenia zajmują się kapitaliści i instytucje państwa burżuazyjnego, a nie same te warstwy. W bezpośredniej konfrontacji nie miałyby one zresztą najmniejszej szansy. Jeżeli więc na tej warstwie opieramy rachuby na rewolucję, to jasno widać, jak wątłe są to podstawy.

Rozczarowanie, że robotnicy, którzy już zostali nie raz oszukani w swojej historii, wyciągną kasztany z ognia dla różnych grup społecznych, daje się odczuć jako resentyment żywiony przez młodą inteligencję.

T. Kochan stawia więc pesymistyczną diagnozę: „Kapitalistyczny postęp jest jednak postępem dla wybranych – dlatego w kierunku zamożnej Europy płyną dziś łodzie pełne uchodźców z państw, które nie znalazły się w kapitalistycznej pierwszej lidze. Zamożny pracownik z Zachodu jednak rewolucjonistą nie zostanie, jeśli zaś weźmiemy pod uwagę poziom życia i wysokość płac, to niejednokrotnie okaże się, że część zachodnich pracowników najemnych dysponuje znacznymi oszczędnościami, które magazynowane na bankowych kontach stają się drobnym (i stopniowo coraz większym) kapitałem. Nie ulega przy tym wątpliwości, że współczesny proletariusz, uzależniony od Internetu, lecz pozbawiony zdolności czytania ze zrozumieniem, wykształcenie historyczne czerpiący z prawicowych podręczników, komiksów o Spidermanie i amerykańskich blockbusterów będzie odporny na lewicową argumentację. W skrajnym przypadku sam może zgłosić się do brunatnych bojówek lub na dochodową przecież wycieczkę do Iraku. Oczywista społeczna degradacja tych, których współczesny kapitalizm skazuje na bezrobocie, biedę, głód umyka zainteresowaniu ogółu, a nawet wywołuje w nich wrogość. Losy społeczeństw „Trzeciego Świata” okazały się być towarem o marnym marketingowo potencjale, budzącym zainteresowanie co najwyżej w niszowych środowiskach określanych mianem „charytatywy”, dla wielu pracowników z Zachodu uchodźcy to zaś groźni – bo tani – konkurenci na rynku pracy.”

Rozgoryczenie nie jest argumentem. T. Kochan – jak na nowolewicowca przystało – posługuje się kategorią „pracownik”, przypisując mu tę samą rolę, jaką Marks przypisywał kategorii „robotnik”. Ta podmiana pojęć była spowodowana głównie tym, że w efekcie „zburżuazyjnienia” robotnika w rozwiniętym kapitalizmie, radykalizm roszczeniowości przeniósł się na inne grupy społeczne, które do pewnego stopnia odczuły swą proletaryzację związaną z koniecznością sprostania wywalczonym prawom pracowniczym przez kapitał, zanim ten zdołał osiągnąć jakąś równowagę dzięki przerzuceniu ciężaru neutralizacji walki klasowej w Centrum na Peryferie. Faktycznie jednak nie było możliwości przeniesienia na tę kategorię pełni funkcji, jakie ma klasa robotnicza – właśnie z uwagi na pozycję w stosunkach produkcji. To wyjaśnia dlaczego radykalna lewica od kilku dobrych dekad buksuje zamiast poruszać się do przodu, stale tracąc na wiarygodności i od „kryzysu kierownictwa” przechodząc do jawnego krachu.

Próby wyjścia z tej degrengolady za pomocą znajdowania wroga w segmencie „klasy pracowniczej”, dziwnym trafem wciąż okazującym się tradycyjnie pojmowaną klasą robotniczą, przy okazji ofensywy prawicowego populizmu czy kwestii uchodźców, nie rozwiązują żadnego z postawionych problemów klasowych. Ani „klasa pracownicza” (klasa pracowników najemnych), ani feministki, ani homoseksualiści nie są w stanie zastąpić klasy robotniczej, jeśli lewica chce pozostać na gruncie marksizmu czy na gruncie zmiany ustrojowej, czyli przejścia do socjalizmu.

Szukając nadziei na rewolucję, Tymoteusz Kochan musi uczynić kolejny, logiczny krok i… stąpa odważnie w bagno wraz ze swą świtą: „Jednowymiarowość człowieka masowego ma swoje twarde podstawy w rzeczywistych społecznych interesach i korzyściach, w klasowym wspólnictwie, jeśli można tak określić udział mas pracujących krajów najwyżej rozwiniętych w globalnym panowaniu i wyzysku. Rewolucja wciąż pozostaje jednak możliwa. Warunki, które panowały w rewolucyjnej Rosji nie były wcale tak bardzo wyjątkowe, jak mogłoby się to nam dziś wydawać. Będący naocznym świadkiem Października słynny amerykański komunista John Reed w swych wspomnieniach opisywał spotkanie z jednym ze strażników w obozie Czerwonych, który na wszelkie pytania o swoją „socjalistyczną motywację” w kółko odpowiadał jedynie, że istnieją dwie klasy i jedna jest zła, a druga dobra. W tym samym okresie, żeby zapewnić masową dystrybucję materiałów politycznych na rozkaz samego Lenina dodawano do nich różne „bonusy”, w tym cenione z uwagi na materiał (papier) kalendarzyki. Poziom świadomości klasowej w dawnej Rosji nie musiał więc być, przekrojowo, szczególnie wyższy od świadomości klasowej współczesnych Europejczyków. Masy pracujące dawnej Rosji udowodniły, że w niezwykle trudnych warunkach można wybić się na podmiotowość w stopniu wystarczającym, aby wesprzeć rewolucję i doprowadzić do systemowych przemian.”

Rewolucję, wedle T. Kochana, można przeprowadzić na podstawie przemian świadomościowych oderwanych od podłoża materialnego, bytowego. Autor wydaje się nie rozumieć tego, że skrótowy zapis świadomości klasowej jest możliwy tylko wtedy, kiedy ten zapis da się rozwinąć w doświadczenie własnego losu. Żeby komuś wmówić, że jedna klasa jest dobra, a druga zła, trzeba się odwołać do jakiegoś doświadczenia. Tak prymitywne formy propagandy wymagają prostych i dobitnych wyróżników klasowości. Jak to zrobić w sytuacji, kiedy w obrębie jednej „klasy pracowniczej” chcemy połączyć ludzi różniących się między sobą nie tylko miejscem w stosunkach produkcji, ale i zewnętrznymi oznakami przynależności klasowej – wykształceniem, manierami, umiejętnością formułowania myśli, jednym słowem kulturą – a jednocześnie chcemy wzbudzić jednoznaczną agresję wobec klasy, z którą ową kulturalną część ”klasy pracowniczej” wszystkie zewnętrzne oznaki łączą w jedną całość, której mentalność stanowi z burżuazją jedną całość?

Rewolucja opierająca się na takich podstawach byłaby czystym woluntaryzmem historycznym, ignorującym te wszystkie przesłanki, które Marks stawiał przed takim wybuchem. Pomijając już fakt, iż nie prowadziłaby do zmiany ustrojowej, zasadzającej się na zmianie stosunków produkcji. Byłoby to coś porównywalnego do przewrotu pałacowego, który wyrażałby się w prawnym zabezpieczeniu innego podziału, bez ruszania kwestii wytwarzania. Czysta utopia.

Kochan sam wskazuje zresztą na ograniczenia swego projektu: „Stawanie w obronie mas tylko dlatego, że są one mniej winne od kapitalistycznej elity wydaje się być działaniem dość rozpaczliwym, nieuchronnie rodzi się też pytanie, na ile mamy dziś do czynienia z proletariatem wyalienowanym i przez kapitalizm zmanipulowanym, na ile zaś z proletariatem wyrachowanym i cynicznym, działającym świadomie w sposób kapitalistyczny? Sprawa ma także wymiar szerszy – kulturowy i powszechny: postulujący staromodne umiarkowanie i równy podział socjalizm nie znalazłby wielu zwolenników dziś, gdy dominuje kultura bezgranicznej konsumpcji i kult wiecznego wzrostu gospodarczego.”

Jest tu wciąż niechęć do dostrzegania podziałów społecznych poza dymną zasłoną stosunku do podziału. Zaostrzenie sprzeczności kapitalizmu powoduje zbliżenie innych grup społecznych do klasowej postawy robotników, ale zatrzymuje się w konkretnej chwili osiągnięcia swego celu, pozostawiając robotników i ich awangardę w pozycji osamotnienia.
Dlatego też Marks stawiał nie na fakt pauperyzacji jako na czynnik rewolucjonizujący, co na istnienie klasy robotniczej zajmującej szczególne miejsce w systemie produkcji. Czy w warunkach zacofania, czy w warunkach rozwiniętej gospodarki, kryterium nowych stosunków produkcji jest sytuacja klasy robotniczej. Nie ma znaczenia, czy dominuje chłopstwo, czy inne warstwy społeczne. Dopóki mamy na azymucie wyzwolenie klasy robotniczej, dopóty chodzi nam o zastąpienie kapitalizmu innym sposobem produkcji. Bez tego mamy wciąż do czynienia z reformizmem, czyli z innymi propozycjami podziału wartości dodatkowej wyprodukowanej przez robotników. Kompromis społeczny zawsze będzie wówczas osiągany kosztem klasy robotniczej.

Koniec i kropka.

Ekumenicznie nastawionym radykałom zostaje wycie do księżyca

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
30 października 2017 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „ZAĆMA CZY KSIĘŻYCA ZAĆMIENIE?

  1. stary proletariusz pisze:

    Zawsze mnie cholera strzela, gdy czytam jak jakiś szczyl wypowiada się w imieniu i za kogoś, kogo ma w głębokim poważaniu – poucza, moralizuje, mówi jak „jest naprawdę”. To, co znalazłem o tym Kochanie na internetach jak najbardziej utwierdza mnie w tym, że mamy do czynienia z kolejnym wcieleniem aparatczyka partii robotniczej bez partii i bez robotników, co to awangardowo reprezentuje… A szczyl wie w jakich warunkach i o czym myślą robotnicy jak krowa zna się na gwiazdozbiorze raka.

  2. piotr pisze:

    @stary

    To chyba oczywiste, że nowa radykalna lewica projektuje na innych swoje własne położenie i mentalność, a mówiąc o innych – mówi de facto o sobie samych? „Proletariatem wyrachowanym i cynicznym, działającym świadomie w sposób kapitalistyczny” – abstrahując już od tzw. wycierania sobie gęby, nic dodać nic ująć odnośnie naszych dzielnych lewicowych radykałów! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *