REKONSTRUKTOR UPADŁYCH TRADYCJI

Z cyklu „Sranie w banie”

Przymuszony do przerwania wyniosłego milczenia, Piotr Ciszewski jak zwykle sugeruje, że mój styl pisarski jest zwyczajnie nudny niczym flaki z olejem. Co, oczywiście, zwalnia go z trudu ustosunkowywania się do zawartości merytorycznej. Jak się dziwić, skoro trudno mu przebrnąć przez tekst? Ale z zawartością merytoryczną P. Ciszewski nie zgadza się od wielu lat i nie jest mu potrzebna znajomość bieżącego uzasadniania tez, które od początku odrzuca. Co prawda, przez wszystkie te lata P. Ciszewski przeszedł długą drogę od mało oryginalnej roli poplecznika antykomunistycznego (anty-Marksowskiego i anty-Leninowskiego) programu socjaldemokratycznego do pokojowej koegzystencji – z elementami zażyłości i owocnej współpracy – z poststalinowskim komunizmem, niemniej pozostał wierny wrogości wobec wspólnego przeciwnika zarówno socjaldemokracji, jak i stalinizmu – orientacji na klasę robotniczą. Oczywiście, w imię nowoczesności…

Ostatnio wydaje się, że ewolucja P. Ciszewskiego ma duże szanse zakończenia się na tym etapie. A szkoda… Jego ewolucja wydawała się ze wszech miar obiecująca.
Nasze młodzieńcze, naiwne zadziwienie antyrobotniczą postawą tzw. nowej radykalnej lewicy na początku transformacji przerodziło się w zrozumienie – co nie oznacza: akceptację – tego zjawiska w wyniku przeanalizowania procesu zmian na lewicy zachodniej i odbicia tego procesu w Polsce. Wydaje się, że powoli, z nowym pokoleniem lewicy, to zrozumienie upowszechnia się. Wystarczy odnotować książkę Michała Siermińskiego, obalającą mitologię wokół tzw. opozycji demokratycznej w PRL, a w szczególności Jacka Kuronia. Uwagę autora przykuł stosunek tego najdłużej działającego nurtu opozycji w PRL właśnie do robotników. Bez zrozumienia tego wątku nie sposób wypracować autentycznie lewicowej interpretacji dziejów okresu powojennego w Polsce, a ostatnich stu lat na obszarze b. ZSRR.

Może my jesteśmy Amiszami lewicy, niemniej i wśród naszych modernizujących krytyków (niekiedy rekonstruktorów upadłych tradycji) daje się odczuć ciężar przemijającego czasu. Bo i nie na czasie, w związku z buntem części młodych lewicowców wobec mitów lewicowości opozycji demokratycznej, stosunek do robotników i do klasy robotniczej ulega zmianie. Ponad 20 lat trwające zakłamanie lewicy opierało się, m.in. na intencjonalnej ślepocie wobec protestów robotniczych początku lat dziewięćdziesiątych. Entuzjazm wobec przemian demokratycznych lewicy dorównywał tępotą entuzjazmowi prawicy, wszystkich do kupy zjednoczonych w uznaniu konieczności terapii szokowej, która – jak się okazało – przede wszystkim uderzyła w robotników, swoje konsekwencje dla reszty „nieudolnego”, obarczonego „wyuczoną niezaradnością” społeczeństwa zachowując na później, kiedy już nie stało siły zdolnej zawrócić bieg transformacji. Lewica, tak, ta radykalna, wyrzuciła za burtę wszystkie nauki marksizmu (jako spiskowej „teorii podejrzeń”) i głosiła nową, socjaldemokratyczną ewangelię, wedle której wszystkie problemy kraju nagle pozbawionego fundamentów przemysłowych, zostaną rozwiązane dzięki dołączeniu do grona państw demokratycznych i dysponujących gospodarką rynkową, w której, na zasadzie międzynarodowego podziału pracy zgodnie z regułą kosztów komparatywnych, można spokojnie istnieć i prosperować, utrzymując się z turystyki. Wiadomo, turystyka to prężnie rozwijający się sektor usług.

Turystyka może być różna, niektóre kraje nawet utrzymują się z sex-turystyki i też dobrze! Bieda może być również atrakcją turystyczną (przykład Grecji), nie mówiąc już o tym, że kraje biedne utrwalają swoje miejsce w międzynarodowym podziale pracy (kapitalistycznym) dzięki komparatywnym korzyściom płynącym z takiej specjalizacji. Niskie ceny jako szczęśliwa konsekwencja (niewidzialna ręka rynku!) niskiej wartości siły roboczej są zachętą dla turystów i nie ma motywacji dla jakichkolwiek zmian – wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów!
O korzyściach dla ochrony środowiska nie wspomnę z litości. Bo też temat śliski i nie wszystko poszło po myśli ekologów radujących się z upadku przemysłu. Lewicowe mózgi zorientowane na XXI wiek jakoś nie przewidziały…

Np., taki Andrzej Smosarski, swoją drogą duchowy nauczyciel P. Ciszewskiego, nie kryje się ze swoim resentymentem wobec robotników. I ma treściwą listę powodów. Smaczek sytuacji polega na tym, że A. Smosarski, który sam twierdzi, że obecnie jest mu lepiej niż za PRL, dziwuje się robotnikom, że byli podatni na propagandę „normalności”. Nikt przecież nie mówił o deindustrializacji kraju, o bezrobociu, o bezdomności, o upadku służby zdrowia i powszechnej edukacji czy o wojnie jako stałej alternatywie dla zaostrzającej się konkurencji ekonomicznej… „Straszak” bezrobocia był skutecznie neutralizowany przykładem krajów zachodnich, gdzie „zasiłek dla bezrobotnych w kapitalizmie jest wyższy niż płaca w socjalizmie”. Cała reszta straszaków była zbywana jako „komunistyczna propaganda”.

„Demokracja” załatwiała każdy problem – co za kłopot przegłosować prawicę? Przecież nas jest więcej. No to od 30 lat radykalna lewica usiłuje to zrobić. Ze skutkiem widocznym jak na dłoni. Z tym samym tupetem głosząc ledwie podrasowane, te same hasła, bez wstydu i bez poczucia winy (vide Piotr Ikonowicz).

Rozumiem, że A. Smosarski nie chciał zostać kapitalistą. Ale zapewne nie przypuszczał, że zostanie kimś tak dalece odległym od kapitalisty. Wmawianie wszystkim robotnikom, że jako klasa dążyli do stania się kapitalistami, jest przejawem zgryźliwości nie podbudowanej żadnymi naukowymi dowodami. W sytuacji upadku zakładów pracy, zakładanie własnego biznesu bywało czasami jedyną możliwą opcją. Dziś lewica ma ideologiczny problem z traktowaniem jednoosobowych firm służących jedynie odciążaniu pracodawcy z kosztów siły roboczej. Wówczas zbiorowy pracodawca, państwo, odciążyło samo siebie w celu stworzenia warunków do przejmowania majątku społecznego bynajmniej nie przez robotników.
Moja wina, moja bardzo wielka wina za zarzucane nam przez A. Smosarskiego zdziwaczenie – dziwne zboczenie na punkcie robotników. Mam to po ojcu, który na stare lata też zdziwaczał, przechodząc tę samą ewolucję na narodowe pozycje, jaką przeszli przez 40 lat PRL-u członkowie tzw. opozycji demokratycznej. I tak długo się opierał – jak kózkę pana Seguin, w końcu pożarł go zły, stary wilk. Ale jedno mi zostawił – nigdy nie przestał postrzegać rzeczywistości politycznej przez pryzmat kondycji robotniczej. Nigdy nie dał się wziąć na lep opozycji demokratycznej, znał ICH z 1956 roku. Wiedział, że są przeciwko NAM – robotnikom. Był swoistym prekursorem prawicowego populizmu. Ale to temat na inne opowiadanie.

Mam też po nim swoisty sposób pisania, w jakimś sensie obsesyjny. No cóż, przechowuję święty ogień, tak jak potrafię. Pewnie tego nie da się zmienić – już Roman Rudziński mówił mi: „Pani Ewo, w naszym systemie szkolnictwa wyższego Nietzsche nie dostałby nawet magistra. Niech Pani da jakiś przypis”.
Żeby było jasne – taki ze mnie Nietzsche, jak z Ciszewskiego Dostojewski.

Ewa Balcerek

23 września 2017 r.

Piotr Ciszewski Trzeba budować opór. Nie zrobią tego amisze lewicy okopani w swojej podwarszawskiej twierdzy, stosujący środki przekazu i retorykę rodem sprzed stu lat oraz w dwie osoby walczący o czystość ruchu (jedna osoba nie stanowiłaby już ruchu, więc muszą być dwie, a przy kolejnych trudniej byłoby o zachowanie czystości, więc dwuosobowy ruch to najczystsza konstrukcja ideowa).
Ten wpis został opublikowany w kategorii Sranie w banie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „REKONSTRUKTOR UPADŁYCH TRADYCJI

  1. @”Wmawianie wszystkim robotnikom, że jako klasa dążyli do stania się kapitalistami, jest przejawem zgryźliwości nie podbudowanej żadnymi naukowymi dowodami”.

    Czepianie się. Wystarczy zamienić słowo „wszystkim” na „kolosalną większość” i mamy tezę podbudowaną naukowymi dowodami. Zresztą ten jedyny na milion robotników, który uważał, że należy bronić państwa powstałego w roku 1945 i zgnieść kontrrewolucje (jeśli taki w ogóle istniał), nie mógł mieć z wami solidaruchami nic wspólnego.

    Jeśli ktoś mówi dziś robotnikom, że „w roku 89 wasi ojcowie zachowali się jak trzeba” jest w najlepszym razie przygłupem, w najgorszym, świadomy reakcjonistą, ogłupiającym robotników aby już nigdy nie byli świadomi klasowo.

  2. E.B. pisze:

    No to podbuduj. Czekam.

  3. Doświadczył, po latach przeczytał pisze:

    Nie mam zamiaru wolnego czasu spędzać na korepetycjach dla solidaruchów. Kto nie żył w tamtych czasach wśród robotników niech poczyta nazwiska > Słabek, Gardawski, Golczyńska-Grondas.

  4. W.B. pisze:

    Wspomniany przez ciebie Gardawski mówił co najwyżej o „przyzwoleniu ograniczonym” robotników na pewne mechanizmy gospodarki rynkowej, bynajmniej nie na bezrobocie i likwidację przemysłu. O czynnej obronie PRL możesz tylko pomarzyć, zwłaszcza że służby ku temu powołane pod wodzą Kiszczaka i Jaruzelskiego zajmowały się osłoną transformacji kapitalistycznej.

  5. Ziutek władca psiutek pisze:

    Macie się o co kłócić. Tzw. władza ludowa – głównie jej mundurowe skrzydło – miało już dość PRL i jego obywateli zupełnie podobnie jak Agent Smith z „Matrixa” – scena z przesłuchiwania Morpheusa. Władza, tzw. dysydenci i tzw. czynniki zagraniczne rozwaliły ten „robotniczy raj”. Można się kłócić po latach czy każdy z ww. miał swoja strategię czy zgodność/kolaboracja była od początku. Bajka o tym, że w demokracji każdy będzie panem swojego losu i będzie mieć domek na przedmieściach pewnie rozbudziła w robotnikach jakieś emocje. Ale czy bajki nie są o tego. Kto nie był dzieckiem niech pierwszy rzuci kamień.

  6. E.B. pisze:

    Niektórym infantylizm nie przechodzi aż do wieku mocno dojrzałego. Nasz oponent ma gdzieś wykłócanie się o prawdę historyczną. Piszę o swoim stosunku do tzw. opozycji demokratycznej, co nie przeszkadza mu w zarzucaniu „solidaruchowatości”. Ziutek, tej popłuczynie spartakusowskiej nie chodzi o uczciwość polityczną, ale o przysranie tu i teraz, w obecnej konstelacji politycznej. Racja bytu jego opcji jest ściśle związana z przetrwaniem debilnego mitu o zdradzie socjalizmu przez robotników, bo innej wartościowej identyfikacji politycznej opcja ta nie posiada ani posiadać nie jest w stanie. Spór z nami daje im namiastkę politycznego istnienia.
    A ty włazisz, niczym dobroduszny Iwan z bajki o dwóch braciach mądrych i jednym głupim, między piły tarczowe i głosisz ewangelię zdrowego rozsądku.
    Stawką w tej grze jest dopuszczenie lub nie do utrwalenia tego antyrobotniczego mitu założycielskiego, który prowadzi do zwekslowania ruchu komunistycznego na manowce nowolewicowych bredni.
    Zawsze jesteście żądni konkretów – a jak je macie przed oczyma, to ich nie widzicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *