KTO Z KIM PRZESTAJE – TAKIM SIĘ STAJE

Z cyklu „Jaja jak czerwone berety”

Już na wstępie swoich rozważań o podwójnym zwycięstwie „nad Ruskimi i bolszewikami” http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/rok-1920-czyli-panstwo-nie-tylko-teoretyczne/, Michał Sutowski, publicysta Krytyki Politycznej, które to środowisko od lat kokietuje nie byle kto.

Nie jakieś tam cherlawe i nieodrodne jej dziecię w postaci partii RAZEM. Byłby to co najwyżej grzech pierworodny, co  w każdej rodzince to się zdarza. Takie umizgi na nikim nie robią wrażenia. Nam chodzi o prężne środowisko polskiej redakcji „Le Monde Diplomatique” ze Zbigniewem M. Kowalewskim na czele oraz o Piotra Ikonowicza wraz z żoną. Z Ruchem Sprawiedliwości Społecznej czy bez – to już bez znaczenia. Ważne, że z Kancelarią. Tak czy siak, chodzi o wiodące środowiska polskiej radykalnej lewicy, które mają się wyraźnie ku sobie, a ściśle ku Krytyce Politycznej. A za jej pośrednictwem i paru innych tytułów, jak „Obywatel” czy „Praktyka Teoretyczna” dałoby to się wszystko… upchać w jednym.

Co ich łączy? Proste. Jeśli nie rok 1920, to pewnie – w rozumieniu M. Sutowskiego – państwo nie tylko teoretyczne.

Oddajmy głos zatem Michałowi Sutowskiemu:

Bitwa warszawska nie miała szczęścia do zbiorowej pamięci – konstatuje Michał Sutowski, publicysta Krytyki Politycznej i dodaje  – zaraz po największym zwycięstwie militarnym Polski w XX wieku wmieszano we wszystko Matkę Boską z jej „cudem”, jakby nie wystarczył Piłsudski. Kościołowi wszystko się pięknie złożyło ze świętem Wniebowzięcia, endecji też to pasowało, bo skoro rozstrzygnął cud, to już nie geniusz ich największego wroga.

Choć Michała Sutowskiego interesuje prawicowy mainstream, niemniej oczywistym dla niego jest magnetyzm zwycięstwa 1920 roku, które staje się obecnie „prawdziwym centrum, ośrodkiem swego projektu zbiorowej pamięci”.

No bo przecież: pokonaliśmy Ruskich i bolszewików (w jednym!); uratowaliśmy cywilizację zachodnioeuropejskiego kapitalizmu (w wariancie maksimum) lub odsunęliśmy (ostrożniej) hegemonię sowieckiego imperium nad połową Europy o prawie ćwierć wieku. Dokonał tego pełen przekrój klas społecznych, solidarnie w obliczu egzystencjalnego zagrożenia, pod światłym kierownictwem elity, która na krótką choćby chwilę przestała się brać za łby.

Na tym właśnie, na nowoczesnej podmiotowości państwowej polega wielkość i wzniosłość wydarzeń z lata i jesieni 1920 roku. Oto ówczesna elita polskiego państwa (a przynajmniej jej światła frakcja, czyt. postsocjalista Piłsudski plus ludowcy), w danych warunkach historycznych zablokowała Leninowski projekt eksportu rewolucji na Europę i cały świat – w myśl spójnej strategii.

Od dziś wręcz wspólnej. Czemu nie?

97 lat temu Polacy zachowali się jak nowoczesny naród polityczny – mówiąc Clausewitzem przefiltrowanym przez Sienkiewicza, potrafili skoncentrować władzę (i właściwe zasoby) tam, gdzie to było konieczne, z zimną oceną własnych możliwości i szans. Zbudowali, choćby na moment, polityczność wysokiej jakości. Przez kilka miesięcy – pewnie do nieszczęsnej Rygi w marcu 1921 roku – dysponowali państwem-nie-tylko-teoretycznym, które mądrze koordynowało działania swoich agend, ustawiało właściwych ludzi na właściwe miejsca (a niewłaściwych neutralizowało), zmyślnie łączyło hard i soft power, wojnę i dyplomację, PR i organizację. Rozumiało, że na wojnie „nie chodzi o wyniszczenie własnych elit, tylko o zniszczenie wroga”. Wreszcie, przekonało społeczeństwo, że może i powinno tworzyć jedną polityczną wspólnotę, a samo siebie – że uznanie roli środowisk i grup społecznych z innej, niż własna bajki to warunek nie tylko sukcesu, ale wręcz przetrwania.

Wychodząc, jak zwykle, przed szereg – od dziś środowisko „Le Monde Diplomatique” i Piotra Ikonowicza wraz z żoną (i Andrzejem Smosarskim na dokładkę) zaliczam do polskiej klasy politycznej.

W załączeniu Suplement:

16 sierpnia o 09:57

Komentarze
Olgierd Dilis Chyba bardzo trafnie ujęte. Inna sprawa,że tzw.mainstream tego kraju przedkłada budowanie mitologii narodowej nad historyczną refleksję…
Włodek Bratkowski Pozwolę sobie skomentować wynurzenia znanego anarchosyndykalisty, choćby ze względu na zażyłą znajomość – coś wam się od nas należy. A znamy się przecież nie od dziś. Rewolucja 1917-1922, nijak nie wpisuje się w anarchistyczne koncepcje. Stąd te gaworzenie. W końcu można zrozumieć bolszewików – anarchiści to trudny partner, który nie ułatwia żadnej władzy działanie – nawet tej rewolucyjnej. Niemniej pozbycie się anarchistów, w tym rozbicie armii bat’ki Machno, dodatkowo skomplikowało i tak nie łatwą sytuację na terenie Ukrainy. Z pozoru łatwiej było porozumieć się z ukraińskimi nacjonalistami – stąd ukrainizacja obszarów rosyjskojęzycznych, które przypadły ukraińskiej republice radzieckiej. Według Borysa Kagarlickiego to błąd, za który przyszło płacić po latach. Podobną ocenę prezentowała już wcześniej Róża Luksemburg, krytykując ten aspekt polityki bolszewików i Lenina. Szkopuł w tym, że międzynarodowe poniekąd „żywioły” zebrane wokół Bat’ki Machno mogły skutecznie równoważyć ukraińskich nacjonalistów, dowolnego chowu – nawet lewicowego. Gdy ich zabrakło, historia potoczyła się znaną już drogą, która do dziś odbija się nacjonalistyczną czkawką. Trzeba dużo złej woli, by twierdzi, że bolszewicy nie starali się dogodzić ukraińskim nacjonalistom. Dogadzali jak mogli – skutek znamy. A że byli w tym niekonsekwentni – polityczne zygzaki to taktyka typowa dla Stalina. Zawsze stały za nią jakieś tam pragmatyczne racje – przede wszystkim związane z utrzymaniem się przy władzy ekipy skupionej wokół Stalina. W końcu klęska Armii Czerwonej pod Moskwą właśnie tej biurokratyczno-zamordystycznej opcji sprzyjała.
(lajkuje Jacek Cezary Kamiński)

Grzegorz Chrzanowski Andrzej Smosarski – i Ty Brutusie, próbujesz przemycić jakieś wątki propagandy? Robisz prosty manewr – stawiasz na tym samym poziomie percepcji, na potrzeby subiektywnej oceny, II RP i Rosję Sowiecką. To się nie godzi, po prostu. Ale – nie dziwię się. Bo jak tu przełknąć gorzką pigułę, że Wielikaja Socjalistyczeskaja Rewolucja, oparta na wszechświatowym szczycie osiągnięć koncepcyjnych historii doktryn politycznych i prawnych, połuczyła nastojaszczyj wpier…l od jakiegoś operetkowego (jeśli nie groteskowego) państewka, razem z jego operetkowym rządem i takąż armią. A podstawową kartą zwycięstwa „Polaczków” był wojenny trud półżywych z głodu i wyczerpania, zawszonych niedojdów obojga płci, z czego co drugie było w wieku 14-16 lat.
Andrzej Smosarski W II RP można było dostać karę śmierci w warunkach pokoju w trybie jednoinstancyjnym za czyn, który nie skutkował śmiercią. Albo stracić oko pobitym jawnie przez oficerków w Sejmie, albo trafić do koncentraka za krytykę jakiegoś ministra przy kawiarnianym stoliku. Albo dostać wpieprz jako neutralny dziennikarz taki jak Dołęga – Mostowicz. Albo zostać zastrzelonym za ulotkowanie na dzisiejszym pl. Zawiszy. Masakry dokonywane przez reżim czynią z Jaruzelskiego niewinną owieczkę przy porównaniu. Porównanie jest uzasadnione, zwłaszcza ze stopniowaniem.
Grzegorz Chrzanowski Andrzej Smosarski Wszystko, co opisujesz powyżej, działo się parę lat po sierpniu 1920 r. Uzasadnione jest więc pytanie – co ma piernik, do wiatraka?
Maciej Szumski pominąłeś wątek białoruskich dążeń niepodległościowych … Białorusini czyli Rusini ze zbliżonym językiem do ukraińskiego, odróżniali się od litewskiego, bałtyckiego ruchu niepodległościowego – utożsamiali się z przeszłością Wielkiego Księstwa Litewskiego, lecz utożsamiali się ze słowiańską kulturą rusińską (białoruską) – bałtycki, litewski język i kultura bałtycka była białoruskiemu ruchowi narodowemu zupełnie obca, mimo że ludność białoruska to w dużej mierze Słowianie wymieszani z Bałtami, tak samo na terytorium państwa Lietuva żyją osoby wymieszane ze Słowianami, a nawet w litewskim języku dużo jest zlitualizowanych nazwisk słowiańskich obywateli Litwy, jak Mickievicius, Baranskis, Kaltovicius, a nawet okazuje się, że na Wileńszczyźnie są osoby o nazwisku Szumskis, Dziezgovskis – kilka odgałęzień klanów szlachty Ziemi Ciechanowskiej osiedlało się na terenie dzisiejszego państwa Lietuva.
Włodek Bratkowski Stawianie na jednym poziomie kraju ogarniętego rewolucją, zmagającego się z kontrrewolucją i zbrojną interwencją państw kapitalistycznych z wybijającą się na niepodległość Polską, która w 1920 r. dokonała już wyboru, stając po stronie burżuazji w walce ze zbuntowanym proletariatem również na własnym podwórku, wydaje się zabiegiem kuriozalnym nawet z pozycji anarchistycznych. W rzeczywistości J. Piłsudski z „czerwonego tramwaju” wysiadł jak tylko zaczęła się wojna. To nie on reanimował PPS. Nie on organizował ruch robotniczy. Legiony to nie rady delegatów robotniczych. W 1920 r. bolszewicy parli naprzód ku rewolucji światowej. O niej marzyli też anarchiści, pewnie trochę innego pokroju niż Andrzej Smosarski. Część z nich znalazła się nawet w szeregach KPP. W 1920 żaden z anarchistów na równi nie stawiał czerwonych i białoczerwonych. Z czerwonymi nawet Bat’ko Machno wchodził w układy w imię rewolucji – nawet takiej jaką miał na myśli. Nacjonalistyczne ciągotki były mu nie po drodze. W 1920 r. nie sposób sobie nawet wyobrazić anarchistów u boku białych lub biało-czerwonych. Dziś to co innego. Od autorytarnych zapędów bynajmniej nie był wolny sam Bat’ko Machno. Autorytaryzm na dobre rozgościł się nie tylko w czerwonym, ale i czarnym tramwaju. A. Smosarski bezskutecznie próbuje go stamtąd wykurzyć, jakby nigdy nie było autorytarnej lewicy. A przecież do dziś tym mianem piętnuje się bolszewików. Taka napiętnowana rewolucja najwyraźniej A. Smosarskiemu nie odpowiada. Jego sprawa, niemniej opisana już przez historyków nawet z jego obozu, choćby przez Aleksandra Szubina, w sposób wyważony, oddający należne bolszewikom. A komu Ukrainę i Białoruś chce oddać A, Smosarski – tubylcom? Pewnie ma na myśli czerwonoskórych.
Maciej Szumski Ukraińców i Białorusinów nazywasz tubylcami? w negatywnym słowa tego znaczeniu?
Włodek Bratkowski Na tych ziemiach wśród tubylców i tutejszych, przeważających na wsi, trafiali się też ukraińscy nacjonaliści – nawet wśród komunistów (Borot’ba). Bialoruskich w latach 20. trzeba byłoby ze świecą szukać. Nie zapominajmy również o innych grupach etnicznych, choćby o Rusinach i ludności żydowskiej. Wschodnie tereny dzisiejszej Ukrainy, zwłaszcza w miastach, to istny tygiel etniczny. Wszystkich łączył język rosyjski. Polityka ukrainizacji, obowiązująca tu od lat 20. z małymi przerwami, wiele tu nie zmieniła.
Włodek Bratkowski Ukraińscy „borotbiści” wywodzą się wprost z ukraińskiej organizacji lewych eserów. Sympatie do tej komunistyczno-nacjonalistycznej partii w Polsce tu i teraz deklaruje Zbigniew M. Kowalewski, który najwyraźniej ukraińskich bolszewików i Komunistyczną Partię Zachodniej Ukrainy specjalnie nie ceni i piętnuje jako organizacje stalinowskie. To jego nie nasz problem, i reszty posttrockistów, którzy twardo stoją za Euromajdanem, utożsamiając go z rewolucją.

Włodek Bratkowski Specjalistą od problemów etnicznych A. Smosarski nie jest. Białoruska „Hromada” nawet w drugiej połowie lat 20, tuż przed delegalizacją współpracowała z KPP – notabene ciążąc ku Krajowi Rad, który pod koniec lat 20 wzorem demokracji oddolnej bynajmniej nie był. Jak widać Białorusinom zorganizowanym politycznie w Drugiej Rzeczypospolitej to specjalnie nie przeszkadzało. Za nic mieli rady władz Drugiej Rzeczypospolitej i anarchistów, a zwłaszcza prosanacyjnych anarcho-syndykalistów, ku którym najwyraźniej myśl Smosarskiego ciąży. Czyżby Andrzej oddał już duszę mniejszemu złu, jak spore grono anarchistów? O rozum nie pytam – brak jego w ruchu anarchistycznym jest nieomal nieodczuwalny.

Nie stronię od krzywych luster, w tym kontekście dystansuje się jedynie od klasy politycznej i gilotyny.

Włodek Bratkowski

19 sierpnia 2017 r.

P. S.: Najlepsze życzenia dla Piotra Ciszewskiego i Michała Nowickiego, którzy stracili głowę dla swych wybranek, łączę z clipem, bukietem i gilotyną.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Jaja jak czerwone berety. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *