SUBIEKTYWNY EPIZOD Z DZIEJÓW SKRAJNEJ LEWICY I PANNY „S”

Z cyklu „Jaja jak czerwone berety”

Mając na karku 28 lat – z czego z górą 20 w PRL, a pierwsze 7 w ZSRR – utożsamiałem się, jak zdecydowana większość szeregowych pracowników z buntem i strajkami wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, które latem 1980 roku rozlały się po Polsce.  Hasło „Socjalizm – tak, wypaczenia – nie” w środowisku, w którym się obracałem w latach 1980-1981 nie było podważane. Wraz z grupą inicjatywną, której nie ukrywam byłem motorem, tworzyliśmy w Centrum Informatyki Przemysłu Budowlanego „ETOB” nowy związek zawodowy. Akces nowego związku do NSZZ „Solidarność” był dla nas oczywistym. Odmienne zdanie na ten temat miała jedynie dyrekcja i część kierownictwa zakładu oraz pracownicy bezpośrednio podlegający dyrektorowi naczelnemu, jak choćby jego sekretarka, zresztą moja koleżanka z klasy jeszcze ze szkoły podstawowej, czy młodzi pracownicy naukowi, których dział Naczelnemu podlegał bezpośrednio.

To nie była moja pierwsza praca. Swoją krótką karierę zawodową zaczynałem na tym samym śródmiejskim podwórku przy ul. Rutkowskiego jako robotnik fizyczny w Wydawnictwie „Sport i Turystyka” w dziale administracyjnym. Uczęszczałem wówczas wieczorami do LO dla dorosłych. Później były studia na Wydziale Rusycystyki i Slawistyki UW i rok filozofii. Następnie Szkoła Oficerów Rezerwy. W Centrum „ETOB” zatrudniony byłem jako specjalista w dziale współpracy zagranicznej. Zostałem skarbnikiem związku zawodowego, który należał do CRZZ, a w 1980 zwyczajnie wyparował.

Ogólnie rzecz biorąc dyrekcja próbowała skierować nową związkową inicjatywę w rodzące się wówczas autonomiczne związki zawodowe – w konkretnym przypadku w związek zawodowy informatyków, którego założycielskie zebranie miałem za sobą. Taktyka ta opóźniła rejestrację nowej Komisji Zakładowej „Solidarności”. Nie zmieściliśmy się w pierwsze setce.   Wkrótce powstała ogólnokrajowa struktura „Solidarności” sieci „ETOB” – bez mojego udziału. Byłem zaledwie członkiem 5 osobowej Komisji Zakładowej, którego dyrekcja próbowała pozbyć za wszelką cenę, resztę zostawiając w spokoju. W końcu musiałem w tej sprawie zwrócić się o pomoc do Komisji Interwencyjnej przy „Solidarności” Regionu Mazowsze.

Taka interwencja w 1981 r. mogła Naczelnego Dyrektora pozbawić stołka. Rząd w takich sprawach gwarantował, że stoi po stronie nowego związku.

Nieco się zdziwiłem, gdy sekretarka Naczelnego ostrzegła mnie, że jej pryncypał już wie o zapowiedzianej wizycie robotników z Zakładów Mechanicznych „Ursus”, którzy stanowili bojowy trzon grupy interwencyjnej, choć mnie o tym nie poinformowano. Zna nawet termin wizyty. Na spotkanie z dyrekcją ekipy interwencyjnej „Solidarności” Regionu Mazowsze najzwyczajniej zostałem doproszony po linii służbowej. Wszystko było już uzgodnione i przyklepane. Wydelegowani w tym celu bojowcy ZM „Ursus” popijali, jak gdyby nigdy nic, z Naczelnym kawkę. Na stole stały kieliszki, ciasteczka od Bliklego i koniaczek po części już opróżniony. Podobno wszystkie strony konfliktu wysłuchano. Mi w udziale przypadła reprymenda z ust robotnika ZM „Ursus” za… molestowanie bezpośredniej przełożonej (stąd podobno jej niechęć do „Solidarności”), która po zwolnieniu z pracy odnalazła się w nowej kapitalistycznej rzeczywistości jako szefowa własnej Agencji Towarzyskiej w bloku, w którym mieszkała.

Nad wszystkim czuwała opatrzność – nasz zakładowy radca prawny doradzał społecznie Komisji Interwencyjnej „Solidarności” Regionu Mazowsze. O czym nikt nie raczył mnie poinformować. I był tam kimś niezastąpionym. Dalej mogłem się tylko pukać w czoło. Na układy nie było rady. Nie przyjąłem atrakcyjnych finansowo propozycji dyrekcji, choć wysłuchałem paru rad osób mi życzliwych – wysoko postawionych przyjaciół PRL i dyrektora. Odrzuciłem również ich kuszące oferty.

Wygrałem konkurs na kierownika klubu przyzakładowego przy Instytucie Lotnictwa i WSK „Okęcie” i pożegnałem się z CETOB. Przedtem zwolniono moją bezpośrednią przełożoną, bo nie potrafiła się ze mną TO COŚ NIEUCHWYTNEGO sfinalizować – sama przyznała Naczelnemu, że konflikt jest jej zdaniem nie załagodzony. Byłem przeciwnego zdania. Droga „Solidarności” w Centrum „ETOB” była już wysłana różami.

Nie ma róży bez kolców – finalizującego sprawę sprzężenia dup nie było, choć okazji nie brakowało do… miłości. Naczelny w tym czasie paradował już ze znaczkiem „Solidarności” w klapie, który dał sobie przypiąć podczas rokowań z ogólnopolskim przedstawicielstwem „Solidarności” sieci „ETOB”. Po wprowadzeniu stanu wojennego – profesor, naczelny dyrektor wylał na zbity pysk wszystkich członków mojej macierzystej Komisji Zakładowej, której on faktycznie nigdy nie był członkiem.

Odtąd nie ufam nikomu i jestem za niezależnością polityczną klasy robotniczej od… radców prawnych i im podobnych.

Z pułapki wyrwałem się poniekąd sam, zgłaszając się na konkurs zorganizowany przez zakładową „Solidarność”. Informację i resztę zawdzięczam społecznym konsultantom – aktywistom Wszechnicy Robotniczej „Solidarności” Regionu Mazowsze i, jakby to nie wydawało się niedorzeczne, Stanowi Wojennemu.

Po jego wprowadzeniu zwolniono mnie z pracy. Poniekąd z musu, ale i z własnej nieprzymuszonej woli z niwy kulturalno-oświatowej i związkowej przerzuciłem się na wywrotową i stricte polityczną. Jak to się mówi – zszedłem na manowce lub odleciałem od szarej rzeczywistości, goły jak Egipcjanin – dyskretnie w piórka okryty.

Włodek Bratkowski

7 sierpnia 2017 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Jaja jak czerwone berety. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *