Świat bez nas jest inny (część 2)

Opublikowana na łamach 12. numeru „Głosu Robotniczego” (lipiec-sierpień 1997 r.) odpowiedź Marcina Adama (w formie fragmentów „listu do redakcji”) na znane nam już „Propozycje GIPR” z 3 grudnia 1995 r., każdego mogła zaskoczyć, ale nas chyba najmniej. Marcin Adam, w imieniu ZKP „Proletariat”, przyjmował te propozycje z zadowoleniem, przy czym zaznaczał, że „dotychczasowy brak współpracy i przeradzanie się różnic w antagonizmy służy jedynie naszym przeciwnikom i jest przez nich niewątpliwie wykorzystywany”. Potem następowało bezpodstawne uogólnienie: „W wielu krajach udało im się rozbić ruch robotniczy tak skutecznie, że poszczególne ugrupowania tracąc całą energię na wzajemne zwalczanie siebie zapewniają na długo spokojne funkcjonowanie kapitalizmu”. Po tym wstępie, w którym młody, prominentny działacz ZKP „Proletariat”, a w przyszłości przewodniczący KPP, zdystansował się od rozbijackiej taktyki GSR/GIPR, padły wreszcie jakieś konkrety. Okazało się wszakże, że „Problemem we współpracy będzie (…) kwestia bliższego określenia prawdziwie lewicowej alternatywy” oraz wzajemnego zrozumienia („Szczerze mówiąc trudno mi zrozumieć całą tę koncepcję na podstawie tak krótkiego opisu”). Przyznając się do „niewiedzy”, Marcin Adam zaznaczał, że nie obędzie się bez „długiej dyskusji”. Przy czym z mety replikował w takich konkretnych sprawach, jak propozycja 6-godzinnego dnia pracy, stan ruchu zawodowego czy w sprawie proponowanego przez wszystkich trockistów wymówienia długu Polski, zwracając słusznie uwagę, że „Tak długo jak Polską będzie rządził kapitał. Zmiana tego stanu wymaga zmiany ustroju”. Temat stosunku ZKP „Proletariat” do SLD, oczywiście, nie został nawet poruszony. Nikt go zresztą o to nie pytał. W „Propozycjach GIPR” zwyczajnie bowiem takiego pytania nie było – adresowane były one bowiem raczej do innych klonów IV Międzynarodówki i zbliżonych do nich anarchizujących radykałów, których przecież na polskiej scenie politycznej i wówczas nie brakowało.

Nasz stosunek do związkowej części propozycji GIPR wyłożony już został obszernie przez nas w artykule „Zygzaki na drodze do ‘partii robotniczej’”. Nie będziemy zatem do tego wątku wracać. Warto jednak podkreślić, że nawet wówczas bliższe nam było stanowisko Marcina Adama: „Obecny stan ‘związków zawodowych’ jest zupełnym paradoksem. Służą one jako narzędzie indoktrynacji, a polityka ich kierownictwa nie ma nic wspólnego z interesami ludzi pracy”, które w porównaniu z apoteozą i apologetyką WZZ „Sierpień ’80” wydawało się bardziej racjonalne. Wymagało jedynie zniuansowania i rozpatrywania sytuacji w każdym związku z osobna, z czego Marcin Adam zdawał sobie sprawę, różnicując swe krytyczne podejście już w przypadku branżowych związków zawodowych, które jego zdaniem prezentują się tylko „nieco lepiej” niż opowiadająca się za prywatyzacją „Solidarność”. Gwoli sprawiedliwości warto zaznaczyć, że o „prywatyzacyjnych strajkach” pisał również „Głos Robotniczy”. Temat stosunku do WZZ „Sierpień 80” w odpowiedzi Marcina Adama został po prostu pominięty. Ale lody zostały przełamane.

Nasza odpowiedź sprzed roku wykluczała taką ewentualność z kilku zasadniczych powodów, zwłaszcza dlatego, że w ogóle nie znaleźliśmy podstaw do współpracy z GIPR, ponieważ GIPR nie odwołał jeszcze wobec nas wysuwanych przez Elżbietę Jezierską zarzutów. Nie mniej istotne były kwestie programowe. Przykładowo w tak oczywistej sprawie, jak wymówienie długu, omawiane stanowisko GIPR bliższe było stanowisku „propagowanemu jeszcze w latach osiemdziesiątych przez Jerzego Urbana jako rzecznika rządu, a w ślad za tym przez kolegów z Nurtu (wówczas jeszcze Warszawskiej Grupy Lewicy Rewolucyjnej, patrz – ‘Kret’, nr 2/87)”. Tymczasem według nas przynajmniej do czasu „póki nie stoi za tym jakaś konkretna siła o wymiarze rewolucji, to nie ma powodów narażać się na śmieszność kabaretowym małpowaniem deklaracji Lenina”, gdyż „nie pochłania nas tego rodzaju pusta propaganda, czcze zapowiedzi” („W odpowiedzi”, „Samorządność Robotnicza” nr 15 z przedwiośnia 1996, s. 27).

Co ciekawe, mimo naszej krytyki stanowisko trockistów przez lata nie uległo zmianie, skoro emisariusz IV Międzynarodówki, Stefan Piekarczyk, jako Jan Osa, po raz nie wiadomo który zapewniał i szczegółowo uzasadniał na czterech wielkich kolumnach w formacie A 2 drobnym drukiem, że „należy ten dług wymówić w całości” (Jan Osa, „Polska finansowym zakładnikiem Zachodu. TO NIE NASZ DŁUG”, „Dalej!”, maj 1991, s. 3). Miał to być podobno, obok 6-godzinnego dnia pracy, kluczowy i jakże konkretny postulat przejściowy, który wracał jak bumerang wraz z LIT-owską wersją GIPR.

Jasne było również nasze stanowisko w kwestii docelowej, budowy Samorządnej Rzeczpospolitej, stawianej przez obie największe tendencje trockistowskie: „Kwestia budowy ‘Rzeczpospolitej Samorządnej’ jest dla nas równie mało przekonująca. Samo hasło jest nam obce, było wysuwane przez lewicę korowską na I Zjeździe NSZZ ‘Solidarność’, a potem przyjęte jako wyróżnik przez Kluby Rzeczpospolitej Samorządnej – tworzony przez Kuronia zalążek prawicowej partii o socjaldemokratyczno-menadżerskim charakterze. Dla nas celem jest system samorządności robotniczej, z akcentem kładzionym jednak nie na los pojedynczego miejsca pracy i zakładu pracy, ale rozbudowany pionowo i poziomo, z akcentem na budowę dyktatury proletariatu”. Dodatkowo argumentacja ta osadzona była w konkretnych realiach – „Rozumiemy jednak, że obecnie, w bliskim obcowaniu z biurokracją związkową takie pojęcia pojawić się w GIPR nie mają prawa. My jednak nie widzimy potrzeby ukrywania czegokolwiek i używania kategorii, które do naszej tradycji nie przynależą (a używane były w tradycji zgoła odmiennej) i wprowadzić mogą więcej zamętu niż pożytku” (tamże).

Podsumowując zaznaczyliśmy: „należy dostrzec ogromne rozbieżności, zarówno w ujęciu i rozumieniu problemów, jak też nawet w ich hierarchizacji. Rozbieżności, które wystąpiły przy rozłamie ujawniły obecnie swój programowy wymiar. Odmienne jest rozumienie roli organizacji, charakteru jej budowy, podstawowych ocen politycznych i preferencji tematów stanowiących osie działań organizacyjnych. W stanowisku GIPR brak też jest całkowicie problematyki roli międzynarodowych struktur ruchu robotniczego w dobie obecnej. Musi to dziwić, gdyż nie są tajemnicą związki GIPR z LIT (CI). Albo więc GIPR uznaje ten problem za bezdyskusyjny, albo chce z góry wykluczyć ze szczerych i radosnych rozważań analizę i uzasadnienie sensowności tych związków. To, jak też wymienione na wstępie nieprzezwyciężone zaszłości dają podstawę do potwierdzenia dalekiego od normalizacji stanu wzajemnych stosunków. Grupa Samorządności Robotniczej, 18 marca 1996 r.”.

Dwa kolejne numery „Samorządności Robotniczej” poświęcone były przede wszystkim dyskusji redakcyjnej na temat aktualnego stanu klasy robotniczej, lewicy i marksizmu, co już nie raz omawialiśmy w innych artykułach.

Pod naszą nieobecność sprawy potoczyły się gładko. W latach 1998-2001 ukazało się ogółem 6 numerów pisma „Dalej!”. Już pierwszy numer „Dalej!” wydany pod naszą nieobecność przyniósł zwrot o 180 stopni. NLR obrał kurs na Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Wszystkie zarzuty wysuwane pod naszym adresem poszły w niepamięć. W przeciwieństwie do GSR „Dalej!” przyjęło jednak nie krytyczną, ale wazeliniarską linię, publikując „POSTULATY OPZZ” (s. 3) i artykuł redakcyjny „Zdolność mobilizacyjna” („Dalej!”, nr 25 z wiosny/lata 1998, s. 2), w którym ogłoszono wszem i wobec, że „OPZZ jest dziś JEDYNĄ MASOWĄ ORGANIZACJĄ PRACOWNICZĄ, KTÓRA MOŻE BRONIĆ SIŁĘ ROBOCZĄ I TO CO POZOSTAŁO Z MAJĄTKU OGÓLNOSPOŁECZNEGO, PRZED RABUNKOWĄ EKSPLOATACJĄ I MARNOTRAWSTWEM ZE STRONY NEOLIBERALNEGO KAPITALIZMU”. Dodając przy okazji, że „Tego, czy i do jakiego stopnia owa zdolność zostanie wykorzystana i zmieni się w czyn, nie można pozostawić jedynie wąskiemu gronu przywódców OPZZ. Jest to wspólna sprawa tych wszystkich, którym grozi, że znajdą się na bruku czy pójdą z torbami, jeśli nie będzie organizacji która broniłaby czynnie ich podstawowych praw, godności i interesów. Jeśli OPZZ obierze taką drogę, prędzej czy później przeciągnie na swoją stronę te środowiska pracownicze, które należą do ‘Solidarności’, a które na polityce AWS i UW nic nie zyskują, lecz tracą tak samo jak wszyscy inni robotnicy i pracownicy” (tamże, s. 2).

TEN TYP TAK MA

W kolejnym numerze z wiosny/lata 1999 r. pojawiły się nadto przedruki z „Nowego Tygodnika Popularnego”, pisma OPZZ: Irena Hamerska, „Związkowcy mówią: Sytuacja jest dramatyczna”, („Dalej!” wiosna-lato 1999, s. 4) oraz Ryszard Łepik, „Pogłębianie biedy”, (tamże, s. 5). W środku numeru widniał przełomowy artykuł samego mistrza obiektywizmu i dyżurnego rewolucjonisty, Zbigniewa Marcina Kowalewskiego „SLD czy partia związkowa?”, w którym autor, w pięć lat po powstaniu Ruchu Ludzi Pracy, tłumaczył „Jakiej reprezentacji politycznej potrzeba związkom zawodowym” (tamże, ss. 10-11). Na stronie 11. wybity wielką czcionką był cytat z wielkich myśli redaktora naczelnego „Nowego Tygodnika Popularnego”, kiedyś prawej, dziś lewej ręki przewodniczącego OPZZ, Stanisława Nowakowskiego: „Związki zawodowe muszą wywalczyć sobie samodzielne miejsce na scenie politycznej”.

Kowalewskiego na każdym kroku wspomagał dzielnie Dariusz Zalega vel Konrad Markowski. Na kolejnej stronie znalazły się artykuły Henryka Tuleja „OPZZ powinien budować własną partię o wyraźnie lewicowym programie”, głównego specjalisty w Wydziale Polityki Społecznej OPZZ, oraz znanego nam już Lecha Szymańczyka „OPZZ, nowy SLD i Ruch Ludzi Pracy”, który wówczas był już członkiem Prezydium OPZZ i przewodniczącym Ruchu Ludzi Pracy.

W ten oto sposób, w roku 1999, Nurt Lewicy Rewolucyjnej, redakcja „Dalej!” i Zbigniew M. Kowalewski osobiście zawarli porozumienie z biurokracją związkową spod znaku OPZZ, nie bacząc na to, że Ruch Ludzi Pracy i OPZZ pozostają w parlamentarnej koalicji z SLD. Na stronie 20., nie przejmując się tym zbytnio, Kowalewski zmierzał wciąż jeszcze „Od maoizmu do rewolucyjnego marksizmu”. Artykuł dotyczył jednak nie Polski, lecz Filipin.

W OPZZ Kowalewski pozostał do 2005 r., w międzyczasie wszedł wraz z Dariuszem Zalegą do PPS.

Od kolejnego numeru „Dalej!” w redakcji rządził już niepodzielnie pryncypialny, acz młody Florian Nowicki, który zadebiutował w „Dalej!”, w roku 1998 artykułem „Nowe idee Kędzierskiego” („Dalej!” nr 25, s. 12). W tymże numerze po raz pierwszy, za „Kurierem związkowym”, przedrukowany został artykuł przewodniczącego WZZ „Sierpień 80” (Daniel Podrzycki, „Miedź, srebro i przekręty”, tamże, s. 6), związek ten pozostawał jednak w głębokim cieniu OPZZ.

Taki zygzak i taki kurs musiał doprowadzić do katastrofy. Wkrótce Nurt Lewicy Rewolucyjnej przeżył dwa rozłamy.

Równolegle na południu Polski szalał wówczas dorastający narybek Ruchu Postępowo-Radykalnego, niedawno jeszcze wydający anarchizującą „Barykadę”, organizujący „Guevariady” i rozbijackie imprezy pierwszomajowe. W roku 1999 zeszli się ponownie Dariusz Zalega (NLR), Dariusz Ciepiela (GIPR) i Remigiusz Okraska, i wspólnie z towarzyszami z PPS i Lewicowej Alternatywy zaczęli wydawać nowy miesięcznik „Robotnik Śląski”. W 11(20) numerze tego pisma z 14 listopada – 15 grudnia 2000 r. występowali jeszcze wszyscy razem, podobnie zresztą, jak ich ulubieni lokatorzy. Z pismem ściśle współpracowali: Jerzy Markowski – senator RP z ramienia SLD, Andrzej Smosarski z Lewicowej Alternatywy i Piotr Ikonowicz – z PPS. Pismo to jednoznacznie wpisało się w PPS.

W roku 2002 obaj Darkowie popierali jeszcze Nurt Radykalny PPS Piotra Ikonowicza, a jednocześnie zaangażowali się w inicjatywę „Czerwonego Salonu” i Zbigniewa Marcina Kowalewskiego, znaną pod nazwą Frontu Lewicy. W maju 2002 r. wydali oni nawet pismo Frontu Lewicy o tradycyjnym PPS-owsko-socjaldemokratycznym tytule „Naprzód”, wpisując bez zbędnych ceregieli ruch ten w konkretną opcję polityczną. O planowanym kierunku pisma świadczyły również artykuły i preferowani autorzy: Grzegorz Ilka „Liberalny świat ekonomii kontra Kodeks pracy” (s. 2), Cezary Miżejewski „Kodeks pracy czy kodeks kapitału?” (s. 3). Powszechnie znani działacze PPS byli równocześnie etatowymi pracownikami OPZZ i Konfederacji Pracy OPZZ. Przyjęty bez zbędny ceregieli kurs na Konfederację Pracy OPZZ potwierdzał też artykuł Michała Lewandowskiego o tym związku (s. 5). Na ostatniej stronie nie przypadkiem znalazła się reklama pierwszego numeru „Rewolucji” Zbigniewa Marcina Kowalewskiego. Po oprotestowaniu przez nas numeru Front Lewicy się rozpadł, ale przedtem jeszcze odbyło się zebranie założycielskie tej koalicji, na którym byliśmy już obecni.

Zagajali Marek Gański i Magdalena Ostrowska, założenie złożone zawczasu na piśmie referował Zbigniew Marcin Kowalewski. W dyskusji wzięła też udział Ewa Balcerek (ex-GSR), która, nie wiedzieć czemu, upomniała się o debatę ideowo-programową. Z mety ripostował Zbigniew Marcin Kowalewski, który nie dopuszczał takiej ewentualności. Dyskusja przeniosła się zatem na łamy internetowego „Czerwonego Salonu” (debata ta dostępna jest dziś na łamach dyktatura.info).

Ewa Balcerek, Włodek Bratkowski

29 kwietnia 2009 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia ruchu robotniczego, Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *