Poznaj Żyda (mocna rzecz o tzw. stalinowskim sekciarstwie)

Oczywiście, w przeciwieństwie do jakże użytecznych członków KPiORP, Zbigniew Marcin Kowalewski doskonale zdawał sobie sprawę z wątłości własnej argumentacji i ograniczonych walorów swojej przebiegłości, opisanej przez nas w „Zygzakach na drodze do ‘partii robotniczej’”. Na gwałt szukał zatem jakiegoś solidnego oparcia w historii i teorii. Tym bardziej, że musiał co i raz wprowadzać kolejne korekty do własnej wykładni marksizmu i wpisywać swoje tradycyjne konstrukcje myślowe w zmieniające się przecież, konkretne warunki historyczne. Daleko nie wszystkie jego oceny zostały pozytywnie zweryfikowane przez historię i znalazły potwierdzenie w praktyce. Niektóre charakterystyczne dla niego sądy należało zatem pośpiesznie zweryfikować, by móc skutecznie konkurować o prymat na radykalnej lewicy.

Najgorsi byli, oczywiście, świadkowie historii i uczestnicy niegdysiejszych sporów. Mając niewątpliwie literackie predyspozycje i uzasadnione aspiracje Kowalewski skorzystał, może nie w pełni świadomie, z podpowiedzi wieszcza. Nie miał wszakże władzy Stalina, musiał zatem samoograniczyć swoją rewolucję do poetyckich wskazówek nieznanego poety – Jurka Plutowicza, który tomikiem „Niegdyś znaczy nigdy” podbił Wydział Rusycystyki i Slawistyki Uniwersytetu Warszawskiego, na którym studiowali swego czasu i Borys Hass, vel Tadeusz Walczak, z „Walki Klas” i NLR, i Włodek Bratkowski z GSR.
Ruszył zatem drogą podbojów.

Po prawie 100-stronicowym bloku poświęconym „Pamięci Daniela Podrzyckiego”, w czwartym numerze „Rewolucji” kontynuowana była BITWA O PAMIĘĆ publikowanymi już w sierpniowym numerze „Impulsu”/”Trybuny” wspominkami Zbigniewa M. Kowalewskiego o „Solidarności zachodniej lewicy z ‘Solidarnością’. Opowiem jak to było” (ss.100-108). Wspomnienia Kowalewskiego uzupełniał artykuł Magdaleny Ostrowskiej o „Zdradzonej ‘Solidarności’” (ss. 109-119), który już z nazwy kojarzył się jednoznacznie ze „Zdradzoną Rewolucją” Lwa Trockiego.

Większy kłopot był z pamięcią o niegdysiejszych sporach na temat historii i tradycji lewicy rewolucyjnej, które miały bezpośredni wpływ na kształtującą się mapę polityczną radykalnej lewicy połowy lat 80. i 90. w Polsce. Prezentowane wówczas stanowisko redakcji „Inprekora” (przypomniane przez nas ostatnio w artykułach „Wątek nie tylko historyczny” i „Zrozumienie i porozumienie 1984”), której Zbigniew M. Kowalewski był prominentnym członkiem, trudno było wymazać z pamięci, ale przecież trzeba było jakoś iść dalej. W nowej rzeczywistości potrzebny był przewodnik. Nie można było wszak brnąć po omacku, a odszczekiwać i przepraszać Kowalewski nie miał zwyczaju. Stąd jego niewątpliwe oczarowanie „rewelacjami” prof. Ryszarda Nazarewicza, który jako świadek narodzin PPR, GL i AL, jako żywo nadawał się za kompetentnego przewodnika, co pozwalało Kowalewskiemu salwować się ucieczką do przodu, nie przejmując się zbytnio obroną zużytej już trockistowskiej wykładni historii polskiego rewolucyjnego ruchu robotniczego, która zresztą miała się jeszcze przydać.

Należało tylko po sobie pozamiatać i pokazać się od całkiem nowej strony.

Publikowany w czwartym numerze „Rewolucji” kompetentny i dobrze udokumentowany artykuł prof. Ryszarda Nazarewicza „Lewą marsz… O Leonie Lipskim i Teofilu Głowackim” (ss. 183-196) spełniał tę funkcję doskonale, zwłaszcza że uzupełniał go wybór artykułów z „Lewą Marsz” (ss. 197-244). Ewolucja Kowalewskiego nie mogła zostać nie dostrzeżoną.

Faktycznie, zauważona została już wcześniej, o czym Kowalewski wiedział. 27 maja 2004 r. ukazał się artykuł W. B. „Prawda historyczna”, w którym już na wstępie cytowany był ewoluujący na z góry upatrzone pozycje były propagator Testamentu Polski Podziemnej i niegdysiejszy pogromca pogrobowców KPP i PPR:

“’Nie może być godnej tego imienia lewicy, jeśli cierpi ona na utratę pamięci historycznej lub po prostu nie zna swojej historii’, pisze Zbigniew M. Kowalewski w przedmowie do recenzji pracy zbiorowej pod redakcją profesorów Kazimierza Sobczaka i Ryszarda Nazarewicza pt. ‘Gwardia Ludowa w perspektywie historycznej’, przełamując tym samym sekciarską rutynę zawężania własnej tradycji do historii trockizmu. Praca ta dotyczy bowiem ‘nurtu lewicy wywodzącego się głównie z komunistycznego skrzydła ruchu robotniczego, który stworzył GL i AL’ (Z.M. Kowalewski, ‘O prawdę historyczną’).

Cieszy nas niezmiernie, że działacz trockistowski wreszcie zauważa względną samodzielność wobec Stalina (‘na tyle, na ile to było możliwe’) zarówno KPP (‘partii o własnej głęboko zakorzenionej i solidnej tradycji’, którą ‘stalinizmowi bardzo trudno […] było zawładnąć’), jak i GL, AL i PPR uznając, że ‘w świetle uczciwych badań historycznych’ nie można im przypisać charakteru agenturalnego.

To dobrze, że działacz trockistowski dzięki tej lekturze i dzięki I. Deutscherowi nie tylko zauważył ‘szok pourazowy’ w wyniku potwornej zbrodni popełnionej przez reżym stalinowski w ZSRR na polskim ruchu komunistycznym, ale i to, że lewica komunistyczna ‘organizowała się i działała’ – ‘wbrew zakazom Kominternu traktującym naruszenie ich za zbrodnię i prowokację’.

To dobrze, że zrozumiał wreszcie na czym polegał dramat ruchu, ‘który reżim stalinowski wykrwawił eksterminując fizycznie tysiące jego działaczy i doszczętnie demontując samą partię’.

To dobrze, że próbuje wreszcie zrozumieć tradycję ruchu komunistycznego i robotniczego, do której my się od lat odwołujemy.

Wszakże postulowana przez Z.M. Kowalewskiego trudna ‘walka o prawdę historyczną’ to nie tylko walka z ‘obciążoną ideologicznymi i politycznymi zakłamaniami historiografią z czasów PRL’, czy też ‘ugruntowaną społecznie niewiedzą’, na której ‘dziś grasuje prawica’, ale i walka z sekciarską i apologetyczną wersją historii wyznawaną chociażby przez ‘spartakusowców’ (trockistów).

Sekciarska wersja historii ruchu robotniczego w porównaniu z wersją PRL-owską jest jeszcze bardziej uproszczona. Odmawia ona, np. PPS-om, które traktuje jak jedną reakcyjną masę – ‘socjalzdrajców’, prawa do posiadania własnego skrzydła rewolucyjnego, abstrahuje od radykalizacji całego ruchu robotniczego w obliczu rewolucji czy w sytuacji rewolucyjnej zakładając – ni mniej, ni więcej – tylko agenturalność działań lewicy socjalistycznej (agentura komunistyczna!).

Tym samym, sekciarska wersja pokrywa się w swych ocenach z oficjalną linią historiografii prawicy i prawicy socjalistycznej, podmieniając jedynie znaki towarzyszące ocenie z ujemnych na dodatnie.

Bagatelizowanie rozłamów w PPS jest przy tym charakterystyczne nie tylko dla kierownictwa i apologetów PPS, ale i dla ich zajadłych przeciwników – apologetów SDKPiL czy trockizmu. Przy czym dla apologetów, w tym apologetów trockizmu, prawda historyczna jest bez znaczenia – prawda zawarta chociażby w dość poprawnych opracowaniach monograficznych PPS i KPP, opublikowanych jeszcze za czasów PRL.

Gwoli prawdy historycznej, warto przypomnieć, że do całkiem innych tradycji odwoływał się w okresie stanu wojennego Zbigniew M. Kowalewski (i polscy mandelowcy) polemizując z nami na łamach ‘Inprekoru’, a mianowicie do tradycji PPS-WRN czyli, w ostatecznym rozrachunku do obozu londyńskiego! Dziś natomiast zaznacza: ‘Lewica była również w obozie londyńskim i też głosiła powiązanie walki narodowej z walką o wyzwolenie społeczne. Jednak jej poparcie dla rządu londyńskiego nie mogło zaowocować niczym innym niż (…) odbudową władzy państwowej broniącej interesów własności prywatnej i kapitału, wyzysku pracy własnego narodu i ucisku innych narodów’.
Lepiej późno niż wcale.

Ba, jeszcze całkiem niedawno, witając nasz powrót na scenę polityczną, nie krył on niechęci do tradycji lewicy komunistycznej podczas ‘najciekawszej [zdaniem Cezarego Cholewińskiego] dyskusji’ na łamach Czerwonego Salonu.”

Taki obrót spraw był mu jednak nie na rękę. Niewygodnych świadków historii należało niezwłocznie eliminować, a jednak i jego dręczyło sumienie. Musiał jakoś odpokutować. Wolał jednak sam sobie wyznaczyć pokutę i przy okazji zebrać zasłużone oklaski i nowe zastępy wyznawców jego wiary w „obiektywny dynamizm rewolucyjny ruchu społecznego” i naprędce odnowioną wykładnię historii rewolucyjnego ruchu robotniczego i tradycyjną, obiektywistyczną wykładnię marksizmu w duchu lewicowego komunizmu i posttrockizmu.

Pokuta ta nie polegała przecież na samobiczowaniu się, ani na wysłuchiwaniu „bezzasadnej i nie konstruktywnej krytyki”, nie było nawet mowy o oddaniu konkurencji, co jej należne. Pluralizm proponowany przez Kowalewskiego był przecież w końcu koncesjonowany. Zasady były wyłożone w jego „Korespondencji z GSR”: “Do współpracy konieczny jest pewien stopień wzajemnego zaufania. Nagminnie stosowane przez Was wspomniane ‘metody walki’ sprawiają, że do Was nie mam żadnego zaufania. Doświadczenie środowisk Książki i Prasy świadczy, że lewicowcy o bardzo różnych rodowodach, doświadczeniach i poglądach mogą ze sobą z powodzeniem współpracować, o ile tylko w stosunkach wzajemnych respektują pewne zasady, które stwarzają atmosferę wzajemnego zaufania. Dopóki nie zaczniecie trzymać się zasad, o których mowa, nie będzie warunków sprzyjających występowaniu z Wami ze wspólnymi propozycjami czy inicjatywami – nawet wtedy, gdyby (w przeciwieństwie do tej, o którą tu chodzi) były one słuszne”.

O co chodziło Kowalewskiemu, zostało wyjaśnione w naszym artykule „Zrozumienie i zaufanie”. Krótko mówiąc chodziło o sekciarstwo. Dla nas było jasnym, że konkurencyjny projekt polityczny nie zostanie nawet przedyskutowany. Ostracyzm polityczny musiał mieć jednak głębokie, wręcz teoretyczne i historyczne uzasadnienie, które dla niepoznaki należało jeszcze przykryć całunem pokuty. Prof. Ryszard Nazarewicz zapewne nie wiedział, w jaką grę na skrajnej lewicy został wplątany, musiał się przecież opędzać przed hordami IPN-owskich i postNSZ-owskich lustratorów historii lewicy. Do głowy by mu nie przyszło, że w strategii Kowalewskiego odgrywa pierwszoplanową, acz niesamodzielną rolę.

Póki co Kowalewski wychwalał go pod niebiosa, powołując się na niego przy okazji swojej pokuty, z której tylko nieliczni zdawali sobie sprawę.

Wkrótce w obiegu znalazły się kolejne artykuły Zbigniewa M. Kowalewskiego dotyczące historii związanej z zaraniem dziejów PRL, okresem rozwiązania KPP i narodzin PPR, GL, AL i PZPR: „O prawdę historyczną” („Nowy Tygodnik Popularny”), „Polska Ludowa mogła być inna” („Nowy Robotnik”), „Dekomunizacja za okupacji” („Trybuna Robotnicza”), „Historia PRL”, część 1, a w niej „Między ‘polską drogą do socjalizmu’ a stalinizmem” oraz „Gdy polscy robotnicy nie chcieli kapitalizmu” („Trybuna Robotnicza”), wreszcie „Robotnicy chcieli socjalizmu” i druga część „Historii PRL. 1949-1956” (jak wyżej).

We wszystkich tych pracach Kowalewski nie tylko powoływał się na Ryszarda Nazarewicza, polemizując z prawicową wykładnią, ale, co nie każdy zauważał, polemizował sam ze sobą, a raczej ze swoją trockistowską wersją historii polskiego ruchu robotniczego, którą notabene propagował na łamach „Inprekora” i długo, długo potem, aż do spotkania z Nazarewiczem. Wyobrażamy sobie, że nucił przy tym w najlepsze „sam, ze sobą na sam, najlepiej się mam”. I miał się całkiem dobrze, jak na wielkiego grzesznika, pokutnika i neofitę przystało. No, proszę, kolejny Grzech-Kowalski, a raczej Grzech-Kowalewski, bojownik „o wolność i demokrację” i „polską drogę do socjalizmu”, którą przemierzył wraz z Ryszardem Nazarewiczem aż do końca.

Prof. Ryszard Nazarewicz zmarł 22 grudnia 2008 r. w Warszawie. W tymże roku ukazała się staraniem Zbigniewa M. Kowalewskiego i środowiska „Książki i Prasy” jego ostatnia praca „Komintern a lewica polska. Wybrane problemy”. Przedmiotem tej pracy – jak wynikało z przedmowy autora – były „fragmenty dziejów polskiego i międzynarodowego ruchu robotniczego, a w szczególności jego komunistycznego odłamu, oraz historii stosunku Międzynarodówki Komunistycznej do Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Socjalistycznej i Polskiej Partii Robotniczej”. Zdaniem autora praca ta nie pretendowała do naświetlenia dziejów MK, KPP i PPR, lecz przedstawiała tylko wybrane, istotne dziejów tych fragmenty.

Dobrze się stało, że prof. Ryszard Nazarewicz do końca nie wiedział, jaką rolę w strategii Kowalewskiego pełniły wybrane, czy raczej spreparowane, problemy na styku Kominternu z odpowiednio wyidealizowanym ruchem krajowym, z których mistrz Kowalewski sporządził minę anty-GSR-owską i zainstalował ją „na drodze do partii robotniczej”.

Wprowadzając w obieg pojęcie „stalinowskiego sekciarstwa” Zbigniew M. Kowalewski skazywał działaczy ex-GSR, a zwłaszcza Włodka Bratkowskiego, na wieczny ostracyzm polityczny i śmierć cywilną. To kolejna, dobrze zaprogramowana, „śmierć na drodze do partii robotniczej” i kolejny perfidny plan Kowalewskiego, realizowany rękami radykalnie lewicowych, początkujących historyków, sympatyków i działaczy Polskiej Partii Pracy. Notabene miny tej do dziś nie udało się jeszcze rozbroić.

Egzekucją polityczną, oczywiście bez użycia broni palnej (wystarczył Internet), zajęli się osobiście ówcześni sympatycy Kowalewskiego: Michał Nowicki z Warszawy, z LBC i KPiORP, oraz Paweł Szelegieniec, z Krakowa i PPP. W roku 2006 rozpoczęła się, na liście mailingowej oraz na łamach internetowej LEWICY BEZ CENZURY, kampania sympatyków i członków KPiORP i PPP przeciwko tzw. stalinowskiemu sekciarstwu, uosobionemu, począwszy od przełomu 1984/1985 aż po dziś, przez Grupę Samorządności Robotniczej i jej spadkobierców politycznych – portal „Dyktatura Proletariatu”, B.B. i Włodka Bratkowskiego osobiście, notabene wnuka Jerzego Czeszejko-Sochackiego, „ówczesnego reprezentanta Kominternu w Polsce”, autora broszurki „Polski socjalfaszyzm i interwencja przeciw ZSRR” oraz „Podstawowych zagadnień ruchu rewolucyjnego w Polsce na XII Plenum egzekutywy Międzynarodówki Komunistycznej”.

Oba teksty ukazały się, oczywiście, na portalu Lewicy Bez Cenzury okraszone odpowiednim komentarzem Michała Nowickiego. Równolegle opublikowana została prostacka, „naukowa rozprawka” Pawła Szelegieńca „Międzynarodówka Komunistyczna – od proletariackiej awangardy do biurokratycznego sekciarstwa”, napisana z pozycji trockistowskiej wykładni historii ruchu robotniczego, ze znamiennym podtytułem „Kilka słów o stalinowskim sekciarstwie”, datowana na czerwiec 2006 r.

W SPISKOWEJ KONCEPCJI DZIEJÓW KOMINTERNU I KPP, Zbigniewa M. Kowalewskiego i egzekutorów (Michała Nowickiego i Pawła Szelegieńca) Jerzy Czeszejko-Sochacki pełnił szczególną rolę. Odtąd rewolucyjni zwolennicy PPP wiedzieli komu zawdzięczają stalinizację KPP i walkę z trockizmem – wczoraj i dziś, od początku do końca.

Dla zwolenników spiskowej koncepcji dziejów KPP i rewolucyjnej lewicy nie miało najmniejszego znaczenia, że Jerzy Czeszejko-Sochacki bynajmniej nie był „ówczesnym reprezentantem Kominternu w Polsce”, ponieważ przedstawiciel KPP przy Międzynarodówce Komunistycznej, po pierwsze się zmieniał, po drugie był w Moskwie, a nie w Polsce, po trzecie reprezentował tylko oficjalne stanowisko kierownictwa (zagranicznego) KPP i MK, które nie zawsze realizowane było w kraju. To, że Jerzy Czeszejko-Sochacki akurat w tym okresie został przedstawicielem KPP przy MK było w zasadzie zbiegiem okoliczności. W przeciwieństwie do samobójczej śmierci w dniu 24 września 1933 r. – Jerzy Czeszejko-Sochacki został bowiem aresztowany 15 sierpnia. Niemniej dla minerów dróg do PPP – „partii robotniczej” to nie miało najmniejszego znaczenia. Znacznie ciekawsze były powiązania rodowe, upublicznione już wcześniej przez Michała Nowickiego i Zbigniewa M. Kowalewskiego (a jeszcze wcześniej przez Ludwika Hassa), które przy tej okazji zostały ponownie odgrzebane po to, aby wykazać bezpośredni, wręcz rodowy związek między „stalinowskim sekciarstwem” Jerzego Czeszejko-Sochackiego a sekciarstwem, neostalinizmem i filostalinizmem jego wnuka, który nie przypadkiem, jako czystej wody stalinowiec, podpisał trafnym określeniem „sekciarze” (ze znakiem zapytania lub bez) przypomnianą niedawno przez nas polemikę z trockistowską redakcją „Inprekora” – „Zrozumienie i porozumienie” oraz pokwitowanie dyskusji „Grunt to zdrowie” (oba teksty z 1984 r.).

Dla historyków tej klasy, czyli klasy IPN, nie miało najmniejszego znaczenia, że obszernie cytowane przez Pawła Szelegieńca dokumenty z historii KPP, firmowane nazwiskiem Jerzego Czeszejko-Sochackiego, były znakiem czasu. Najprawdopodobniej teksty te były dziełem zbiorowym, napisanym zgodnie z obowiązującą wówczas, także w KPP, stalinowską wykładnią. Pisane były również charakterystycznym dla owej wykładni żargonem, który nie pokrywa się z oryginalnymi artykułami i sejmowymi wystąpieniami Jerzego Czeszejko-Sochackiego. Argument ten ostatecznie przyjęty został nawet przez Michała Nowickiego, który miał okazję zaznajomić się z przemówieniami sejmowymi J. Sochackiego zamieszczonymi w wydanym w roku 1961 zbiorze „Rewolucyjni posłowie w Sejmie 1920–1935”.

W naszym imieniu całą akcję 18 czerwca 2006 r. skwitowała Omega Doom:

„Jak wiadomo z bajki Marii Konopnickiej o sierotce Marysi, Koszałek-Opałek był nadwornym kronikarzem krasnoludków.

Rola studenta historii Michała Nowickiego, jako nadwornego kronikarza KPiORP skończyła się równie nagle, jak się zaczęła… na koszałkach-opałkach. Nieporozumieniem okazał się nie tylko jego atak na Pracowniczą Demokrację, której M. Nowicki zarzucił ‘turystykę organizacyjną’ na Europejskie Forum Społeczne w Atenach. Koszałek-Opałek ‘nowego KOR-u’ nie przewidział, że Bogusław Ziętek pojedzie do Aten. Nie przewidział również, że Ziętek zaprosi na uroczystości 1-majowe SLD, a wreszcie zawrze porozumienie z ‘zacnym gronem’ skupionym wokół Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. Edwarda Gierka, z doradcą Edwarda Gierka – Pawłem Bożykiem.

Również w roli nadwornego kronikarza przedwojennej KPP Koszałek-Opałek osiągnął wszystko, co mógł. Jak przystało na studenta historii ‘specjalizującego się’ w ruchu robotniczym wykazał się takim zrozumieniem historii Międzynarodówki Komunistycznej i KPP, jakiego można było się spodziewać tylko po antykomunistycznych historykach III i IV RP.

To pozwoliło mu odegrać rolę uzasadniacza z góry narzuconych tez: udowodnienia tezy o stalinizmie Jerzego Czeszejko-Sochackiego i duetu BB (Balcerek-Bratkowski).

Zasadniczą przesłanką tej tezy jest fakt, że ów duet utrzymuje nieznośną samodzielność na radykalnej lewicy i nie ma zamiaru podporządkować się tej czy innej organizacji posttrockistowskiej, których równoległe działanie na polskiej scenie politycznej nie dopuszcza do stworzenia realnie liczącej się alternatywy dla odnawiającej się socjaldemokracji” (dyktatura.info, „Koszałek-Opałek”).

Od siebie możemy jedynie dodać, że Jerzy Czeszejko-Sochacki znał jidisz, język robotników żydowskich. To wszystko wyjaśnia – po tym można POZNAĆ ŻYDA, a po akcji „na drodze do partii robotniczej” i niniejszym artykule również naszych oprawców. Warto przy tym dodać, że przy okazji rozpracowywania przez „grupę Kowalewskiego” Kominternowskiego wątku żaden inny przedstawiciel KPP w MK nie został nawet wymieniony, chodziło zatem o konkretnego ŻYDA.

Ewa Balcerek, Włodek Bratkowski

26 kwietnia 2009 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia ruchu robotniczego, Polemiki i dyskusje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *