„Co nam po teorii bez praktyki”, czyli o przezwyciężaniu dogmatyzmu przez marksizm akademicki

W bieżącym roku minęło 150 lat od chwili wydania I tomu Kapitału Karola Marksa oraz mija 100 lat od wybuchu Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Pięćdziesiąt lat dzieli więc ogłoszenie teorii od momentu jej skutecznego, praktycznego zastosowania. Kolejne ponad 70 lat trwało doświadczenie nowego systemu. Ostatnie 30 lat to – na obszarze postradzieckim – czas pospiesznego wycofywania się z próby otwartej konfrontacji ze społeczeństwem burżuazyjnym na rzecz włączenia się w jego postępową ewolucję ponoć wymuszoną wzrostem demokratycznej świadomości jego obywateli. Ta optymistyczna teza została do tego obszaru wniesiona przez zachodnioeuropejską lewicę, głównie posttrockistowskiego chowu, która odegrała tu rolę analogiczną do roli hiszpańskich konkwistadorów na kontynencie amerykańskim – niewiele pozostało z tubylców dziesiątkowanych gruźlicą i alkoholizmem. Ale ci, którzy pozostali, przynajmniej mieli szansę umrzeć jako wyznawcy jedynej, słusznej wiary.

Jednak demokracja okazuje się, na całej przestrzeni zachodniej cywilizacji, w rosnącym stopniu bezradna wobec zjawisk, które pojawiły się w wyniku obiektywnych, wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, nie amortyzowanych już istnieniem tzw. obozu socjalistycznego i względnie niezależnego Trzeciego Świata. System stał się, zgodnie z przewidywaniami R. Luksemburg, niezwykle wrażliwą, wsobną konstrukcją. W jakimś sensie upadła koncepcja rozdzielności między Centrum a Peryferiami, opierająca się na selektywnym odgraniczeniu obu tych obszarów. Sprzeczność klasowa powróciła do Centrum jednocześnie niszcząc jego istotę i sens. Kapitalizm, w ramach globalizacji, uderzył rykoszetem w państwa dobrobytu niszcząc ich spokój i, zarazem, pokój społeczny. Pod naporem stosunków kapitalistycznych rozpadły się tradycyjne struktury społeczne i instytucje demokracji liberalnej. Klasa robotnicza po raz drugi wdarła się na scenę – odrażająca, brudna i zła, a przede wszystkim – roszczeniowa. Wojny na Bliskim Wschodzie zwielokrotniły rezerwową armię pracy wywołując skutki podobne do tych z początku XIX wieku – ksenofobię podyktowaną walką o przetrwanie pod podłogą spokojnego i demokratycznego społeczeństwa ludzi godnych i zacnych. Dawno przebrzmiałą już lewicową rewolucyjność zastąpiła dziś rzeczywista i konkretna walka lewicy o utrzymanie liberalnego kształtu społeczeństwa burżuazyjnego, zagrożonego nie tyle przez kapitał, co przez prawicowy populizm.

Nie od dziś lansujemy Marksowską tezę o wyróżnionej pozycji klasy robotniczej w walce o emancypację świata pracy w zderzeniu z tezą reszty lewicowej rodziny o tym, że robotnicy jako grupa zawodowa zawierają się w szerszym pojęciu klasy pracowniczej czy klasy pracowników najemnych i że nie ma między tymi podgrupami żadnego przeciwieństwa. Otóż, wydaje się, że sama rzeczywistość, w sposób bezpośredni i empiryczny, zadaje kłam temu zapewnieniu. Mimo zamazywania różnic społecznych w krajach wysokorozwiniętych w okresie powojennym, już sama pozycja robotników w systemie produkcji kapitalistycznej, w sytuacji zaostrzenia wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, odtwarza tradycyjne podziały klasowe.

Warto więc przyjrzeć się jeszcze raz krytycznie dziejom ruchu robotniczego i marksizmu, aby spróbować u źródła znaleźć metodykę odpowiedzi na współczesne wyzwania. Te bowiem nie biorą się z niczego, ale najczęściej bywają kumulacją nierozwiązanych problemów, które narastały latami.
W okresie powstawania Marksowskiej teorii, a także na początku XX wieku, kiedy to zdobyła ona sobie największą popularność, nie była ona jedyną i niekwestionowaną koncepcją polityczną i projektem politycznym dla społeczeństwa schyłku – wydawało się – kapitalizmu. Marksizm jednak, dzięki swojemu oddziaływaniu na przemysłową klasę robotniczą, zyskał przewagę w walkach społecznych. Wynikało to z Marksowskiej diagnozy, która określała w jakim segmencie struktury społecznej koncentruje się zasadnicza walka odzwierciedlająca klasowy antagonizm, wciągający w orbitę swego oddziaływania coraz szersze kręgi, chociaż ich zaangażowanie w walkę było wprost proporcjonalne do bliskości z klasą robotniczą. Im bliżej, tym silniejsze zaangażowanie.
W przewadze marksizmu krył się jednak zalążek przyszłej klęski ruchu. Teoretycy okresu II Międzynarodówki znaleźli się najbliżej sytuacji przejęcia odpowiedzialności za całość struktury państwowej. W tej sytuacji antagonizm klasowy wydawał się schodzić na plan dalszy, zaś kwestia neutralizacji elementów wrogich i przyciągnięcia elementów obojętnych stanęła jako najważniejsze zadanie. To poczucie odpowiedzialności za całość nie minęło socjaldemokracji niemieckiej nawet w chwili wojny, kiedy to antagonizm powrócił z całą mocą.
Ten sam mechanizm odegrał swoją rolę w przypadku stalinowskiego wypaczenia programu bolszewików. Jeszcze Lenin potrafił zachować poczucie identyfikacji z klasą robotniczą nawet w przypadku podejmowania decyzji uderzających w bezpośrednie interesy tej klasy (NEP). To, co początkowo było odmiennym rozłożeniem akcentów, w ewolucji stalinizmu stało się utrwaloną degeneracją. Ważne, że dostrzegamy tu tożsamość mechanizmu wypaczenia, który jest uniwersalny, albowiem zadziałał zarówno w w przypadku socjaldemokracji, jak i stalinizmu. Ważne też, że dostrzegamy źródło tego wypaczenia – jest nim kapitulacja wobec burżuazyjnego kultu państwa rozumianego nie jako aparat władzy, narzędzie ucisku klasowego, ale jako wartość ponadczasowa i ponadklasowa.
Czy oznacza to, że gdyby rewolucja w Niemczech i w ogóle, w zachodniej Europie zwyciężyła, to powtórzyłby się proces „stalinizacji” w skali kontynentu? Są dwa argumenty wskazujące na możliwość uniknięcia tego zagrożenia: 1) brak nacisku otoczenia kapitalistycznego, który w ZSRR wymuszał na biurokracji rozwiązania antydemokratyczne ze względu na ekonomiczne zarzynanie gospodarki radzieckiej przez jej izolowanie, co w dobie narastającej globalizacji było zabójcze; 2) zachowanie gospodarki opartej na pracy przemysłowej klasy robotniczej ze względu na ideologiczną niemożność ukształtowania się podziału na Centrum i Peryferie.
Oczywiście, to są tylko potencjalne scenariusze; tak naprawdę, wszystko zależy od realnego układu sił i stanu świadomości.
W każdym razie, proces wtapiania się marksizmu w intelektualne instytucje społeczeństwa burżuazyjnego, zapoczątkowany przez teoretyków II Międzynarodówki jako szeroko zakrojony projekt zyskujący masowe poparcie, sprzyjał wciągnięciu marksizmu w mechanizm wewnętrznego samokrytycyzmu tego społeczeństwa. Paradoksalnie, ten wewnętrzny samokrytycyzm okazał się czynnikiem energetyzującym kulturę cywilizacji klasowej, ożywiającym jego starcze, nikłe już siły.
W pewnym sensie, proces ten był spójny z samą ścieżką powstania marksizmu, który zaczął się jako refleksja krytyczna awangardowej części postępowej burżuazji (drobnomieszczaństwa, inteligencji…) nad obiektywną kondycją państwa burżuazyjnego. Marks nie przeciwstawiał cywilizacji burżuazyjnej jakiejś obcej cywilizacji, całkowicie przeciwstawnej starej i przybyłej z obcej planety. To był ruch społeczeństwa burżuazyjnego, zgodny z jego wewnętrzną ewolucją, a przyspieszony ze względu na fakt, że kapitalizm stanowił mechanizm przyspieszenia, nieznany dotychczasowemu światu przyzwyczajonemu do wieleset lat trwających procesów.
Pokusa krytyki stosunków burżuazyjnych jest ogromna i może pochłonąć całe twórcze życie uzdolnionej intelektualnie (lub artystycznie) jednostki. Zamysł Marksa sprowadzał się do dokonania drobnej w istocie swej zmiany, ale jednocześnie rewolucjonizującej cały dotychczasowy, historyczny sposób pojmowania relacji międzyludzkich. Obiektywnym podłożem możliwej zmiany rewolucyjnej było osiągnięcie przez społeczeństwo burżuazyjne takiego poziomu rozwoju sił wytwórczych, że możliwe będzie skrócenie czasu pracy koniecznego dla wytworzenia dóbr zaspokajających podstawowe potrzeby społeczeństwa na godnym poziomie i utrzymanie sprawiedliwego systemu podziału wynikającego z systemu wytwórczego. Dzięki temu zwiększy się czas wolny, w którym ludzie będą mogli oddawać się zajęciom twórczym, rozwijającym ich potencjał intelektualny i artystyczny. Walka klasowa przebiega zawsze między podstawowymi klasami, których antagonizm polega na tym, że jedna produkuje, druga zaś przejmuje wyniki produkcji i przywłaszcza sobie zyski płynące z dostarczania owych produktów reszcie społeczeństwa, które jest odcięte od dostępu do narzędzi pozwalających na przekształcanie i przyswajanie sobie dóbr dostarczanych przez Naturę. Klasa robotnicza jest natomiast pozbawiona własności owych narzędzi, ale nie dostępu – dostęp do nich ma na co dzień, w ramach swojej pracy.
Klasie robotniczej nie zależy na własności, skoro ma dostęp. Jest więc skłonna chętnie zaakceptować społeczną własność środków produkcji, jeżeli ta forma własności położy kres ciągłej presji na różne formy intensyfikacji wyzysku jej siły roboczej. Innym warstwom społecznym, jeżeli już, to zależy na własności prywatnej środków produkcji, ponieważ nie mają one poczucia, że to one będą bezpośrednim producentem – postrzegają się raczej jako ewentualni drobni wyzyskiwacze cudzej siły roboczej, w ramach dzierżawy lub innej formy renty.
Dlatego, mając na uwadze kształtowanie społeczeństwa bezklasowego, kryterium sprawiedliwości społecznej nie jest równanie do najniżej sytuowanego na drabinie dochodów, ale do bezpośredniego producenta, który dysponuje jedyną rzeczywistą rezerwę powiększania bogactwa społecznego – siłą roboczą. Tak naprawdę, to liczy się dysponowanie siłą roboczą. Praca najemna polega na czasowym zbywaniu na rzecz kogoś innego dyspozycji swoją siłą roboczą. Tylko wtedy można uruchomić produkcyjnie narzędzia pracy i osiągnąć zysk. Wszelka własność aparatu wytwórczego jest pośrednią formą podporządkowywania sobie produkcyjnej siły roboczej, o panowanie nad którą faktycznie chodzi.
Zmiana w łonie społeczeństwa burżuazyjnego jest więc, zdawałoby się, niewielka – kryterium powodzenia stanowi kondycja klasy robotniczej. Wszelkie sposoby racjonalnego gospodarowania są dobre, o ile biorą pod uwagę realną siłę polityczną robotników, tj. ich realną zdolność do dysponowania własną siłą roboczą. A to, akurat, bardzo zawęża pojmowanie racjonalnego gospodarowania. Ekonomicznemu położeniu klasy robotniczej jako jedynego twórcy bogactwa społecznego na styku z Naturą, niezwykle delikatnemu i narażonemu na ucisk położeniu, musi towarzyszyć przeciwwaga polityczna – aż do momentu zniknięcia zarówno burżuazji, jak i klasy robotniczej jako dwóch biegunów jednego mechanizmu antagonizmu społecznego.
Tak naprawdę, to wszystkie pozostałe grupy społeczne mają pozycję w strukturze dochodów wyznaczoną przez bliskość z kapitałem – im bliżej, tym wyższa pozycja. Ale możliwość otrzymania dochodu jest uzależniona od stopnia wyzysku klasy robotniczej. Im wyższy, tym więcej mogą te grupy otrzymać za swe usługi opłacane z zysków kapitału produkcyjnego.
Dlatego, podkreślmy raz jeszcze, przeciwwagą dla tego mechanizmu jest wyłącznie polityczna organizacja klasy robotniczej i jej przewaga w społeczeństwie.
Jeżeli o tym się zapomina, to w gorączkowej bieżączce codziennej walki o przetrwanie państwa otoczonego lepkimi mackami kapitału dysponującego sankcjami ekonomicznymi i moralnymi, istnieje pokusa wzmożenia wyzysku klasy robotniczej po to, aby sprostać wyzwaniu rzuconemu przez otoczenie kapitalistyczne.
Zasady leninowskie muszą zostać pogrzebane wraz z kadrą bolszewicką, która o tych zasadach jeszcze nieopatrznie pamięta. Skala terroru stalinowskiego i jego wymiar tragiczny, związany z dylematami samych poddanych represjom komunistów, jest efektem cynicznej i świadomej akcji tzw. cywilizowanego Zachodu. Jego polityka nie różni się w tym przypadku niczym od cynicznej i świadomej polityki wobec podbijanych i kolonizowanych ludów reszty świata.
Okazuje się, że ta drobna zmiana, która wedle Marksa miała zostać przeprowadzona w odpowiednim momencie historii, kiedy dźwignia miała największe szanse zadziałania przy użyciu najmniejszej siły (czytaj: przemocy), nie została przeprowadzona w odpowiednim momencie. To Lenin (ale i Róża Luksemburg i wielu innych rewolucjonistów) miał wyczucie momentu. Obiektywną przyczyną niewykorzystania tego momentu jest – paradoksalnie – sukces socjaldemokracji, który doprowadził ją do zdrady rewolucji, w wyniku czego pojawiły się przewidywalne mądrością mądrego po szkodzie, niemniej całkowicie wytłumaczalne z tego punktu widzenia, wypaczenia związane ze stalinizmem.
Reszta tłumaczeń jest dywagacją na temat cech osobowych, co nie należy do najwyższego lotu analiz. Działaczami ruchu robotniczego są przedstawiciele grup społecznych, których obiektywne położenie spycha do mentalności drobnomieszczańskiej, z natury wrogiej robotnikom jako szkodnikom wobec tradycyjnego rzemiosła i innych usług. Tego typu drobna wytwórczość bądź usługi są cenne ze względu na niepowtarzalność dóbr, jakie wytwarzają – materialnych i niematerialnych. Produkcja masowa, w którą zaangażowani są robotnicy, podcina fundamenty bytu owych grup, które się pauperyzują i zieją nienawiścią do klasy robotniczej. Bynajmniej nie do kapitalistów, albowiem to burżuazja jest najlepszym (wypłacalnym) odbiorcą usług.
Konstrukcja teoretyczna Marksa, uzasadniająca dziejową konieczność przejścia do socjalizmu, opierała się na tym właśnie mechanizmie dźwigni, do którego powstania prowadziła cała historia walk klasowych, w logicznej zgodności z rozwojem cywilizacji opartej na podboju Natury. Zmiana stosunku do Natury, jaką pociągnie zmiana systemu klasowego na bezklasowy, jest bezpośrednią konsekwencją przejścia ludzkości do wieku dojrzałego. Zachłanna grabież zasobów Natury dająca jako efekt uboczny wzrost sił wytwórczych ustąpi miejsca gospodarce planowej, w której nie będzie miejsca dla podsycania żądzy zakupów, bez którego system dawno by już padł pod własnym ciężarem.
Tutaj ujawnia się dialektyka mechanizmu świata rzeczywistego – jeżeli jakiś proces dojdzie do swego maksymalnego natężenia, to nastąpi przemiana procesu w jego przeciwieństwo. Jeżeli proces, który narósł na poziomie społecznym, nie znajdzie rozwiązania z tego samego poziomu, to nastąpi konieczność przemiany na poziomie ogólniejszym, ponieważ patologia niższego poziomu wprawiła już w ruch patologię bardziej uogólnioną. Dlatego cywilizacje nie znajdujące rozwiązania społecznego ze względu na klasowe zaślepienie, ulegają naturalnej zagładzie. Socjalizm albo barbarzyństwo, to najprostsze wyrażenie tego mechanizmu.
Wszystkie te rozważania nie służą jednak snuciu dywagacji nie mających odniesienia do dnia dzisiejszego, nie są elegią żałobną na cześć straconych możliwości historycznych. Mają służyć analizie i wypracowywaniu strategii działania sił lewicy w zastanych i niekoniecznie upragnionych warunkach społecznych, w jakich przyszło nam żyć i działać.
Katastroficzna sytuacja myśli marksistowskiej, wyrażająca się w kompletnej niezdolności marksistów do stawienia czoła wyzwaniom, które w lawinowym tempie zwalają się na nich w postaci ostatecznego tryumfu prawicowych ideologii, a których ofensywy nic nie wydaje się móc zapobiec, jest związana nieuchronnie z dziejami ruchu robotniczego i kierunkiem rozwoju teorii marksistowskiej w minionym stuleciu.
Upadek stalinizmu i poststalinizmu w postaci upadku ZSRR, wbrew oczekiwaniom wielu, nie otworzył drogi dla odrodzenia marksizmu. Jak wspomnieliśmy wyżej, próżni nie było – odrzucenie marksizmu przez opozycję tzw. demokratyczną, która z braku laku robiła za lewicę w kraju, skutecznie zablokowało rozwój teorii marksistowskiej idącej w poprzek ideologicznym wyrazom biurokratycznego skostnienia. Na tej quasi-pustyni intelektualnej pojawiły się filie zachodnich nurtów i tendencji lewicowych, których stan w krajach macierzystych był od lat nie mniej opłakany.
Zachowanie się partii postkomunistycznych w obszarze byłego ZSRR dokończyło, już po upadku ZSRR, dzieła rozejścia się tej formacji z myślą marksistowską – na rzecz myśli narodowej najczęściej. Odpryski usiłują dziś zebrać to, co jeszcze się nadaje. I chociaż na obszarze b. ZSRR warunki dla transplantacji importowanych pomysłów z Zachodu nie są najlepsze, to jednak w kwestii stosunku do klasy robotniczej istnieje nie dające się tak łatwo pominąć dziedzictwo stalinizmu, które idzie w tym samym kierunku, co dziedzictwo II Międzynarodówki i socjaldemokracji, na której pozycje przesunęła się lewica radykalna na Zachodzie w ciągu dziesięcioleci od roku 1968.
Oba nurty – poststalinowski i posttrockistowski – spotykają się w kwestii rozumienia pojęcia „klasa robotnicza”. Rozumieją je szeroko, jako całość obejmującą tzw. klasę pracowniczą, czyli całość pracowników najemnych, nie tylko przemysłową klasę robotniczą, do której odwoływał się Marks czy Lenin.
Ten aspekt postawy teoretycznej współczesnej lewicy leży u podstaw ubolewania nad niemożnością zjednoczenia się lewicy. Wyjaśnienie tej niemożności daje … Roman Osin, który upatruje go w tym, że lewica reprezentuje dziś różne klasy: pracującą i drobnomieszczańską. Biorąc pod uwagę to, że w pojęciu klasy pracowniczej (pracującej) mieści się i to, co tradycyjnie należy do pojęcia drobnomieszczaństwa, teza byłaby słuszniejsza, gdyby została postawiona jako odnosząca się do klasy robotniczej i drobnomieszczaństwa.
W pewnym sensie przyjęcie zachodniej wykładni teorii marksistowskiej, które w przypadku polskich marksistów nie było trudne, gdyż nie było na tym polu silnej konkurencji ze strony poststalinizmu czy tym bardziej, antystalinowskich nurtów marksistowskich, to w Rosji poststalinizm ma wciąż jeszcze zakorzenienie. Ponadto, w przeciwieństwie do Polski, stosunek Zachodu do Rosji nie musi się podobać nawet zagorzałym zwolennikom okcydentalizacji Rosji. Splot okoliczności, w jakich dokonywała się rosyjska transformacja, spowodował niejakie zmiękczenie stosunku antystalinistów do systemu radzieckiego oraz, niekiedy, zbliżenie z nurtami patriotycznymi. Bieżąca sytuacja polityczna wymusza takie zbliżenie stanowisk, ba, nawet rosyjska opozycja demokratyczna musi się liczyć z tymi nastrojami. W tej sytuacji niepokojące dla antystalinowców musi być niewyraźne odróżnienie ich pozycji od pozycji tradycyjnego przeciwnika. Jeśli w odniesieniu do bieżącej polityki własne pozycje są trudne do propagowania masowemu odbiorcy ze względu na subtelność kryteriów owego różnicowania się, to pozostaje wysiłek odróżnienia się na polu teorii.
Tutaj jednak sytuacja jest nielepsza. Biorąc pod uwagę fakt niemal całkowitego rozmycia się marksizmu jako spójnej doktryny, okazuje się ona niezbyt przydatna dla podkreślania specyfiki własnej tradycji. Niemniej, ambitne grupy marksistów usiłują wykonać pracę intelektualną prowadzącą, ich zdaniem, do oddzielenia swoich pozycji od pozycji poststalinowskich.
Jedną z takich prób jest zaprezentowana na niedawnej, międzynarodowej konferencji w Mińsku wypowiedź Siergieja Riebrowa związanego z Instytutem Globalizacji i Stosunków Międzynarodowych na temat dogmatyzmu w marksizmie.
Riebrow odnosi to zjawisko już do dyskusji toczonych przez wiodących marksistów początku XX wieku (Plechanow, Kautsky, Lenin…), chociaż dostrzega znaczenie pewnego stopnia kodyfikacji teorii w przypadku pojawiania się takich szkodliwych teoretyków, jak E. Bernstein. Głównym jednak adresatem zarzutu o dogmatyzm jest dla Riebrowa marksizm stalinowski. Dogmatyzm ten był związany z zasadą przyznania wyłącznie Stalinowi prawa do interpretacji teorii. W efekcie, po upadku ZSRR nosiciele ideologii stalinowskiej przekształcili się albo w jawnych i zdeklarowanych antykomunistów, albo w „adeptów marksistowskiej religii”. Nieliczne jednostki (jak np. B. Kagarlicki czy A. Buzgalin) opowiedziały się za marksizmem rozumianym jako spuścizna wybitnego uczonego swoich czasów, do dziś aktualna w licznych swoich elementach.
Nietrudno zauważyć, że takie postawienie sprawy odnosi się do formalnej strony zagadnienia, nie wgłębiając się w treść, jaką obie strony wkładają w interpretowaną teorię. Oczywiście, treść ta może być przedmiotem pogłębienia zagadnienia w innych opracowaniach. Niemniej, takie postawienie sprawy w kontekście odniesienia do początku XX wieku ma swoje poznawcze skutki pozytywne.
Mimochodem bowiem Riebrow zwraca uwagę na to, o czym wspomnieliśmy wyżej, a mianowicie na zgodność treści marksizmu w wersji stalinowskiej z „dogmatyzmem” II Międzynarodówki. Niezdolność Stalina do zrozumienia zawiłości dialektyki i pogłębionej filozofii Marksa (zawiłości odrzucone przez II Międzynarodówkę właśnie w imię postulatu niedogmatyzowania teorii, ale i dążenia do jej adekwatności do współczesnej myśli naukowej – pragnienie analogiczne do pragnienia Riebrowa), skutkowała przyswojeniem wersji schematycznej, popularnej i propagandowej, wypracowanej przez teoretyków II Międzynarodówki. Na ile ta uproszczona wersja popularnego marksizmu jest zgodna z oryginalną myślą Marksa – świadczą o tym burzliwe dzieje przezwyciężania schematyzmu II Międzynarodówki w imię „powrotu do Marksa”. Rozumianego bardzo różnie, nie zawsze adekwatnie do zamysłu samego Marksa, ale na pewno przezwyciężały te próby to, co określa się mianem „dogmatyzmu”.
Stalin, w gruncie rzeczy, przyjął „dogmatyzm=ortodoksję” II Międzynarodówki z jej drobiazgowym uporządkowaniem teorii w celu możliwie najwierniejszego upodobnienia jej do kształtu jednej z wielu dyscyplin nauki burżuazyjnej.
Na marginesie zaznaczmy, że taką optykę odrzucał choćby E. Iljenkow, który z pozycji metodologicznych przeciwstawiał marksistowską dialektykę antydialektycznemu charakterowi nauki burżuazyjnej. Tylko w tym kontekście ma sens przeciwstawianie nauki burżuazyjnej nauce jako takiej. Dziś od rzeczy jest już przyjmowanie jako oczywistości twierdzenia o tożsamości nauki burżuazyjnej, opartej na filozofii mechanistycznej i empirystycznej, z myślą naukową rozwijaną w toku ewolucji cywilizacyjnej ludzkości. W głębokim znaczeniu koncepcja Iljenkowa była „niedogmatyczna”, choć jakże „ortodoksyjna”!
Czytając uwagi Riebrowa pod adresem alternatywnych wobec stalinizmu nurtów marksizmu, widzimy, że marksizm zachodni zamknął się w akademickim getcie i stracił kontakt z praktyką. Jedynym pozytywnym wyjątkiem na tym tle jawi się formacja trockistowska, która – w przeciwieństwie do marksizmu akademickiego (neomarksizmu) – „nie odżegnała się od zainteresowania gospodarką i polityką, przedkładając je nad filozoficzną abstrakcję”. Niemniej, ubolewa Riebrow, „trudno powiedzieć, żeby teoria trockistowska wniosła coś nowego do światowej myśli lewicowej, pomijając, oczywiście, niekończące się dyskusje o naturze ZSRR”.
Nie wiadomo skąd, w takiej sytuacji, bierze się optymizm Riebrowa, który jednak twardo obstaje przy tym, że „współczesny marksizm, wbrew wszystkim antykomunistom, naprawdę żyje i nadal się rozwija”. W ostatecznej zgodzie z bezpłodnymi formacjami „akademicką” i „trockistowską” zachodniego marksizmu, Riebrow postuluje porzucenie jałowych sporów o to, która teoria jest słuszna, a która niesłuszna i zajęcie się tworzeniem procesu politycznego, dzięki któremu marksiści zostawią daleko w tyle burżuazyjnych demagogów.
W pewnym sensie, postulat Riebrowa, aby odżegnać się od dogmatyzmu stalinowskiego, wydaje się koncepcją obarczoną niejaką hipokryzją, albowiem nie postuluje niczego innego niż stalinizm, a mianowicie potraktować marksizm jako metodę naukową i związać ją z praktyką – czego by się pod tym pojęciem nie rozumiało.
Prawidłowa myśl marksistowska zapewne już wykuwa się w akademickiej głowie B. Kagarlickiego, który na tej podstawie kreuje taktykę postępowania lewicy w dzisiejszej sytuacji politycznej Rosji. Czym różni się ten sposób postępowania od działania socjaldemokracji na początku XX wieku, poza, oczywiście, stopniem mobilizacji społecznej po lewej stronie barykady? Lewica marksistowska usiłuje włączyć się w zarządzanie demokracją burżuazyjną z własnych pozycji, które są mocno niedookreślone, a jeszcze mniej własne. To, co za pierwszym razem było tragedią, dziś zakrawa na farsę…
Właśnie w takiej sytuacji należałoby dokończyć rozliczanie się z dziejami myśli marksistowskiej, aby znaleźć to coś, co stanowi o jej specyfice i wyróżnionej pozycji. Tu warto zastanowić się nad treścią teorii, a nie tylko mechanicznie przypisywać dogmatyzm tym koncepcjom, które nawiązują do „XIX-wiecznego Marksa”. Należy zrozumieć istotę teorii Marksowskiej i to, czemu była podporządkowana ocena przydatności danej taktyki do realizacji celu.
Odrzucenie „dogmatyzmu” jest hasłem postulującym tak naprawdę sprowadzenie Marksa do rangi jednego z wielu burżuazyjnych uczonych, który posługiwał się prawidłową, naukową metodologią, co pozwoliło mu na wyciągnięcie słusznych wniosków społecznych, adekwatnych do konkretnej sytuacji politycznej jego czasu. Ale dziś wnioski byłyby inne…
Przyjęcie optyki, że kategorią analityczną marksizmu jest klasa robotnicza rozumiana jako klasa pracownicza skutkuje koniecznością przyjęcia do wiadomości żądań i oczekiwań tej właśnie klasy oraz włączenie ich do teorii. Te oczekiwania nie wychodzą poza ramy demokratycznego społeczeństwa burżuazyjnego. Marksiści dopuszczają – w ramach kroku wyprzedzającego świadomość potoczną proletariatu – agitację na rzecz społeczeństwa bezklasowego. O ile jednak tłumaczenie robotnikom celowości społeczeństwa bezklasowego ma sens, ponieważ polega na wyprzedzaniu i uogólnianiu w stosunku do ich świadomości społecznej, o tyle w przypadku grup drobnomieszczaństwa agitacja za społeczeństwem bezklasowym idzie wbrew jego świadomości społecznej.
Odrzucenie takiego „dogmatyzmu”, który pragnie przywrócić klasę robotniczą jako podmiot przemian, jest równoznaczne z odrzuceniem marksizmu. Projektowanie społeczeństwa, w którym, zamiast socjalizmu, wszyscy będą mieli zagwarantowane podstawowe dochody, opiera się na założeniu pracy klasy bezpośrednich pracowników produkcyjnych. Od stopnia ich wyzysku zależy poziom dobrobytu grup, które otrzymywać mają podstawowe dochody zagwarantowane przez państwo. W interesie tych grup leży maksymalizacja wyzysku bezpośredniego producenta, niezależnie od tego, czy znajduje się on we własnym państwie, czy w zdominowanym obszarze, dokąd zdelokalizowano przemysł. Z tym przeciwieństwem klasowym mamy do czynienia dziś, w skali globalnej. To jest efekt nie rozwiązania problemu na poziomie, kiedy sprzeczność dotyczyła w dużej mierze wewnętrznej sytuacji kraju. Za każdym nawrotem spirali historii, sprzeczność, niczym sprężyna, naciąga się bardziej…

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

23 lipca 2017 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polemiki i dyskusje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „„Co nam po teorii bez praktyki”, czyli o przezwyciężaniu dogmatyzmu przez marksizm akademicki

  1. Nie powiem nawet "Pies was jebał", bo to mezalians byłby dla psa pisze:

    Jeśli było wiadomo, a wiadomo było dla każdego kto choćby liznął marksizmu, że po upadku „stalinizmu” powstanie pustynia dla ruchu komunistycznego i grób dla komunizmu, tym bardziej należało tegoż „stalinizmu” bronić. Co robiła i robi zdecydowana większość ówczesnej tzw. lewicy, włącznie z klaunami prowadzącymi tę anty-proletariacką stronkę? Tak, tak, zwalczało i zwalcza… „stalinizm”.

  2. Marcin Brys pisze:

    Cóż jaki wykład – taka, powyższa odpowiedź, tyle że krótsza, prosta a nie o treści zagmatwanej. Ale jeśli przez nią przejść to widać, że nie różni się też od dogmatyzmu Stalina. Nie będę „rzucał grochem o ścianę”. Ograniczę się jedynie do zachęty, warto w oparciu o definicję i genezę zastanowić się nad pojęciami takimi jak „socjalizm”, „kapitalizm”, o ich różnicy a w tym kontekście warto zastanowić się choćby nad niedawną informacją o rozpoczętym programie Komunistycznej Partii Chin polegającym na przypomnieniu mieszkańcom Chin wartości socjalizmu, pielęgnowaniu w nich świadomości obywatelskiej i ugruntowaniu autorytetu partii. Albo, dlaczego Rosją rządzi aparat państwowy i służby specjalne powstałe w ZSRR.

  3. Aras pisze:

    W Chinach już niedługo „będzie zbudowany” „socjalizm”… Zbudują go razem z chińską „kompartią” kapitaliści, także Ci będący podwykonawcami znanych ze swoich „socjalistycznych sympatii” osób takich jak I. Trump… Przygotowywanie się ze strony „komunistycznych” Chin do niszczenia przemysłowej bazy, na której wytwarzał się rozwój Chin… to kolejne posunięcie zwiastujące w Chinach „budowę społeczeństwa bezklasowego”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *