Gra w chowanego (na marginesie tekstu Mieczysława Krajewskiego „Wewnątrzustrojowa przebudowa socjalizmu w Polsce”)

Minione 40-lecie nie skąpiło nam mocnych wrażeń, a jednak lata 80. trudno zlekceważyć jako kolejne ogniwa, nie ostatnie, długiego łańcucha bezskutecznych prób i błędów w dziele reformowania naszej gospodarki. Załamanie obecnej dekady jest bezprecedensowe z tego chociażby względu, że jest to najdłuższy z dotychczasowych kryzysów (od 1979 r., kiedy to po raz pierwszy mieliśmy do czynienia ze spadkiem dochodu narodowego). Poziom życia rodzin pracowniczych nie powrócił do tego sprzed 10 lat, w zamian zaś mamy nasilenie zróżnicowania społecznego, nieokiełznaną inflację oraz rozczłonkowanie gospodarki na niewspółdziałające ze sobą atomy, pozbawione nawet dotychczasowej fikcji centralnego planowania (np. niespójności CPR dotyczące nakładów na budownictwo mieszkaniowe i oczekiwanych-zakładanych wyników). Reforma gospodarcza, zapoczątkowana przed 7 laty, nie doprowadziła do tego, by mechanizm gospodarczy z większą skutecznością zaczął odpowiadać potrzebom społecznym. Reforma, nie rozwiązując dawnych problemów, dołożyła nowe. Zasadnicze znaczenie mają jednak problemy zadawnione, skumulowane skutki minionych dziesięcioleci.

Nieefektywność gospodarki polskiej nie była długo tajemnicą. Od zakończenia planu 6-letniego datuje się ciąg prób reformowania gospodarki narodowej, a tendencja polega na przechodzeniu od modelu przeciwstawnego modelowi kapitalistycznemu do coraz bardziej zbliżonego. Okazuje się, że aby gospodarka była efektywna muszą istnieć chociażby elementy mechanizmu rynkowego. Walka, w minionych okresach, toczyła się o to, jak szeroki miałby być zasięg tego mechanizmu.

Zmiany w systemie zarządzania doprowadziły do weryfikacji koncepcji parametrycznych. Okazało się, że instrumentalne potraktowanie mechanizmu rynkowego z kontrolą organu centralnego nie zdało egzaminu. Jednocześnie, państwo jako centrum zarządzające gospodarką i planujące uważane jest za gwarancję realizacji interesu ogólnospołecznego. W reformie lat 80. doszło do głosu przekonanie, że interes ten najlepiej zabezpieczy jednak mechanizm rynkowy. W zasadzie więc, ostatnie okopy są tutaj wykopane. Doświadczenie wskazuje wszak, że utrzymywanie się silnej pozycji centrum nie zapewnia bezpieczeństwa socjalnego społeczeństwu. Tę legitymizację centrum usiłuje zastąpić inną, chociaż brak tu argumentów. Pozostaje więc przy tej, uzasadniając swą nieudolność tym, że poprawa sytuacji jest uzależniona od dobrej woli społeczeństwa, mającej się przejawić w jego zwiększonej skłonności do podejmowania wysiłków produkcyjnych.

1. Przyspieszenie strukturalne a doganianie kapitalizmu

Niezależnie od ideologicznych frazesów, punktem odniesienia dla biurokracji pozostaje zawsze kapitalizm z jego wyższą efektywnością gospodarowania. Było tak i w okresie powojennym, kiedy to od 1948 r. zaczęto realizować „model radziecki”, który przyniósł w konsekwencji podstawową industrializację. Jak pisze M. Krajewski, dzięki niej Polska znalazła się na poziomie przedwojennych krajów kapitalistycznych, co przedstawia jako fakt ze wszech miar pozytywny. Jednak nie jest tak, iżby kraje rozwijały się powtarzając etapy rozwoju innych krajów. Struktura przemysłowa Polski, w wyniku tego pierwszego „przyspieszenia strukturalnego” stała się nieco mniej zacofana, niemniej jednak zacofaną pozostając… Nie dawała bowiem możliwości wyrobienia sobie ewentualnie dobrej – związanej ze źródłami postępu technicznego i technologicznego – pozycji. Jednocześnie, ze względu na cechy modelu społeczno-politycznego, zepchnięte przez autora na margines jako wtórne wobec spraw techniczno-ekonomicznych, model socjalizmu nie nabrał cech odpowiadających za instytucjonalizację potrzeb społecznych. Nie został więc stworzony mechanizm wiążący owe potrzeby z decyzjami gospodarczymi. Istniało tu więc duże pole dla arbitralności biurokratycznej i chociaż powoływanie się na przypadkowości w historii nie jest związane z taką samą aurą powagi, jak podpieranie się prawami konieczności, to jednak nie należy obrażać się na fakt, że konieczności realizują się mimo wszystko poprzez przypadki. Nie miejsce tu na powtarzanie znanych krytyk organizacji zarządzania gospodarką narodową, chodzi nam o podkreślenie tezy, że od samego początku socjalizm nie był w Polsce tworzony jako alternatywa wobec kapitalizmu, ale jako jego „zawistny rywal”. (Aby nie być posądzonym o utopijność, musimy stwierdzić, że próba modelu alternatywnego została podjęta w Jugosławii, na tyle jednak niekonsekwentnie, że i tam skończyło się na sfalsyfikowaniu hipotezy o możliwości wyjścia z zacofania metodami rynkowymi przy istnieniu biurokratycznego rozdzielnictwa i dyspozycji dochodem narodowym).

Według opinii dzisiejszych ekonomistów, polski model reformy idzie coraz bardziej w kierunku przejmowania reguł i mechanizmów gospodarki rynkowej. Triumf zwolenników tego rozwiązania byłby jednak przedwczesny, albowiem wszystkie dotychczasowe reformy wykazywały, że rozbijają się one o bariery biurokratyczne. Z jednej strony, mamy obiektywną niemożność „dogonienia” wysoko rozwiniętych krajów kapitalistycznych z przyczyn prozaicznych – mianowicie moce produkcyjne krajów kapitalistycznych są tak rozwinięte, że wejście jeszcze jednego konkurenta byłoby z mety ukrócone. Wystarczy wziąć pod uwagę doświadczenia walecznych „małych tygrysów” z Azji południowo-wschodniej, żeby przekonać się, iż dostosowanie gospodarki do międzynarodowego, kapitalistycznego podziału pracy musi rozrywać stare struktury tradycyjnej gospodarki jednocześnie je petryfikując, gdyż nawet najnowocześniejszy przemysł nie jest w stanie wchłonąć całości siły roboczej danego kraju. Układy tradycyjne „pracują” na niskie koszty gałęzi nowoczesnych – stąd atrakcyjność owych obszarów dla lokalizowania filii wielkich, ponadnarodowych korporacji.

Z drugiej strony, argument o koniecznych kosztach „przyspieszenia” wykorzystuje biurokracja pragnąc uchodzić w oczach społeczeństwa za strażnika interesu ogólnospołecznego. Wiadomo bowiem, że kapitalizm nie jest rozwiązaniem dla Polski, ale czy jedynym pozostającym nam rozwiązaniem jest panowanie biurokracji? 40 minionych lat pokazało, że biurokracja potrafi jedynie szukać rozwiązania i wyjścia z nieefektywności w metodach gospodarki kapitalistycznej, chociaż warunkiem czyniącym całe to przedsięwzięcie utopijnym jest niemożność zrezygnowania biurokracji z przywilejów. Pora tu wyjaśnić, że pod pojęciem biurokracji nie kryją się specjaliści różnych dziedzin zarządzania i kierowania gospodarką, ale te stanowiska, które jako pozornie specjalistyczne są obsadzone na zasadzie nomenklatury, a ludzie je zajmujący pełnią funkcję wąskiej specjalizacji – stosunków ze szczeblami wyższymi hierarchii biurokratycznej. Działania tej grupy pozorują organizację pracy oraz planowanie, a w gruncie rzeczy są grą o maksymalizowanie korzyści w stosunkowo krótkim czasie na zasadzie rabunkowego wyzyskiwania sił wytwórczych. M. Krajewski pomstuje na „lobby węgla i stali”, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że jest to tylko przejaw mechanizmu działania biurokracji. Inne lobby nie uzdrowi kraju, gdyż reguły gry biurokratycznej polegają na marnotrawieniu środków, a każda próba gospodarności osłabia automatycznie pozycję danej dziedziny ekonomiki narodowej, a raczej – stojącej za nią biurokracji. Globalna nieefektywność jest wygodnym parawanem i tylko spadnięcie poniżej przeciętnej jest karalne. „Normalna” rotacja w ramach szukania kozła ofiarnego jest mechanizmem zmuszającym do maksymalizowania korzyści z czasowej dyspozycji środkami produkcji, bez względu na koszty marnotrawstwa. Chroniczny stan kryzysowy gospodarki sprawia, że kolejne ekipy na różnych szczeblach muszą odchodzić, a wraz z tą koniecznością narasta konieczność marnotrawstwa.

Tymczasem, M. Krajewski usiłuje przerzucić odpowiedzialność za ten mechanizm na barki pracowników. Dziwi się, że marnotrawstwo pleni się na każdym stanowisku, od robotnika do premiera. I na zdziwieniu poprzestaje, jakby wymiar marnotrawstwa na stanowisku roboczym był porównywalny z tym, jakie ma miejsce na stanowisku premiera.

Szczególnie oburzającym jest insynuowanie, że drugie przyspieszenie strukturalne nie nastąpiło w Polsce, w latach 1956-1959, z winy „postawy roszczeniowej” (jak to zostało w latach 80. zgrabnie określone w raporcie Kubiaka) społeczeństwa, a zwłaszcza wielkoprzemysłowej klasy robotniczej ukrywającej swe partykularne interesy za parawanem „lobby przemysłu ciężkiego”. Wystarczyłoby przypomnienie nagich faktów: według przewidywań, realizacja planu 6-letniego miała przyczynić się do podniesienia poziomu życia o 40-60%. Po zakończeniu planu, oficjalnie podano, że liczba ta wynosi 27%, natomiast po dojściu do władzy Gomułki, statystycy skorygowali ją na… 13%, czyli rocznie następował wzrost stopy życiowej w granicach błędu statystycznego. Dodać tu warto jeszcze jeden wskaźnik obrazujący „lukratywność interesu”, jaki wielkoprzemysłowa klasa robotnicza zrobiła na planie 6-letnim. Wypadki śmiertelne w górnictwie w 1954 r. zamknęły się liczbą 668 (w tym 592 w KWK), podczas gdy w 1964 r. było ich 262 (197 w KWK), a w 1986 r. – 149 (108), Stopa życia spadała więc, a wymuszanie powstrzymania tego spadku i lekka zwyżka w latach 1956-1959 była wynikiem postawy obronnej robotników. Natomiast zastanawiać powinno niewystępowanie efektu podażowego owych wielkich inwestycji planu 6-letniego. M. Krajewski wystąpienie tego efektu obwarowuje dodatkowo koniecznością wykorzystania rezerw prostych systemu. Autor dostrzega jedynie techniczny aspekt marnotrawstwa, nie interesuje go marnotrawienie pracy ludzkiej. Kolejne ekipy marnowały bądź zaprzepaszczały szanse, jakie dawały rezerwy wewnętrzne czy zewnętrzne, ale krytyce podlegają przyczyny, że takie zjawiska mogły zachodzić. Nie interesuje go zaprzepaszczanie szans budowy modelu alternatywnego wobec kapitalizmu.

2. Uspołecznienie a reprywatyzacja – pozorny dylemat?

Tezę, że problem reprywatyzacji wobec uspołecznienia jest dylematem pozornym argumentuje autor w ten sposób, że silnie osadzone struktury społeczeństwa socjalistycznego są nam dane. Socjalizm stanowi uznane zjawisko w świecie współczesnym. Chociażby codzienność gospodarcza temu brutalnie przeczyła. Twierdzi nawet, że napływ obcego kapitału można odfetyszyzować patrząc na to zjawisko z innego punktu widzenia. A mianowicie, należy odwrócić zwroty wektorów i stwierdzić, że w kontakcie z socjalizmem… kapitał socjalizuje się. Są to kalambury, a te pozostawmy mistrzom słowa…

Rzeczywiście, można zgodzić się, że zabsolutyzowane pytanie: reprywatyzacja czy uspołecznienie jest pytaniem źle postawionym. Nasuwa się tylko refleksja, że nie istnieje teoria dowodząca, iż przechodzenie od własności społecznej do prywatnej jest procesem wzrostu efektywności gospodarowania, podczas gdy teorie dowodzące prawidłowości odwrotnej w celu usunięcia bariery przestarzałych stosunków społecznych dla rozwoju sił wytwórczych były konstruowane. Praktyka praktyką, ale gdy przez parę lat z rzędu daje jak najgorsze rezultaty, to czas pokusić się o spokojne rozważanie teoretyczne. Dotychczas teoria bywała dopisywana do decyzji politycznych.

Prawdziwość konkretnych tez zależy od konkretnej sytuacji historycznej. Zmiana formy własności nie będzie miała większego wpływu na szanse Polski w międzynarodowym, kapitalistycznym podziale pracy… Będzie miała za to wpływ na możliwości zarobkowe poszczególnych przedsiębiorczych jednostek, chociaż niekoniecznie w oczekiwanym kierunku, jeśli wziąć pod uwagę, że podłożem dobrobytu owych pełnych inicjatywy osobników jest nieformalne ciągnięcie korzyści z braku zainteresowanych własnością państwową ze strony powołanych do tego ludzi. Czy z faktu, że własność państwowa bywa słusznie określana jako własność „niczyja”, wynika postulat jej uprywatnienia? Ale podążanie tym torem myślenia byłoby niezrozumieniem intencji autora. Tu chodzi o wyższe, użyjmy tego nadużywanego słowa – dialektycznie – rozwiązanie sprzeczności między własnością prywatną a społeczną. Autorowi chodzi bowiem o to, że socjalizm jako ustrój zaznaczający na każdym kroku swą wyższość nad niższością, asymiluje formy własności pozaspołeczne – rzecz nie w formie własności wszak, lecz w tym, w jakim interesie ta własność „działa”. Gdyby socjalizm był realizacją podmiotowości klasy robotniczej, wtedy rzeczywiście nie byłby to problem drugorzędny. Rzecz w tym, że korzyści ze zmian przypadają zazwyczaj w udziale dotychczasowym beneficjentom. Tak więc, problem własności staje się dopiero problemem po tym, jak uda nam się go poprawnie metodologicznie sformułować dla konkretnych warunków, nie zaś „załatwić” prawiąc banały o neutralności w ogóle pewnych pojęć. Już Hegel określił, co należałoby rozumieć pod słowem „pojęcie”, aby nie mylić go z pustymi sofizmatami.

W naszych warunkach, reprywatyzacja jest szansą dla nielicznych. W skali kraju zmiany form własności muszą dokonywać się w sposób niezwykle ostrożny (vide ciągnący się całe lata proces reprywatyzacji hutnictwa w Wielkiej Brytanii). Powodzenie takich zmian jest uzależnione od ogólnego stanu gospodarki narodowej. Zupełnie zaś nieistotne są te uwarunkowania, gdy korzyści ocenia się nie z punktu widzenia interesu społecznego, ale politycznego interesu biurokracji. Powstaje uzasadniona refleksja, że chyba należało ostrożniej podchodzić do kwestii upaństwowienia własności w latach 40., żeby nie trzeba było uzasadniać po latach, że wycofywanie się z tego jest tylko wycofywaniem się na „z góry upatrzone pozycje”. Wskazuje się dziś słusznie, że proces upaństwowienia objął niepotrzebnie działy nie należące do przemysłu kluczowego. Do tego okresu bardziej pasowałyby leninowskie koncepcje kapitalizmu państwowego czy nawet NEP-u. Natomiast szukanie analogii dziś jest nieporozumieniem.

Tkwi tu pewien problem niezupełnie należący do sfery ekonomicznej. Otóż program upaństwowienia był koniecznością polityczną partii walczącej o władzę. To był wyróżnik. Inaczej można by było uznać, że pretendentów do realizacji każdego innego, mniej radykalnego programu, byłoby więcej. Kompromis był wykluczony. Nie idzie o prawienie morałów wstecz. Faktem jest jednak, że zbiurokratyzowana partia wciąż utrzymuje stanowisko wykorzystując do tego instrumentalnie programy – dziś nawet program reprywatyzacji. Zasady, takie jak upodmiotowienie klasy robotniczej są pomijane wśród rewindykacji norm leninowskich. Dziś wszak mamy sytuację, że program reprywatyzacji mogą realizować siły konkurencyjne, odpada wiec monopol programowy. Cóż pozostaje? Frazes o interesie ogólnospołecznym, którego gwarantem ma być ponoć biurokracja, ta sama, która społeczne fundusze spożycia wykorzystywała w celu zapewnienia sobie i tylko sobie komunistycznych zasad podziału, a po wykorzystaniu – systematycznie obniżała udział SFS w podziale dochodu narodowego. Jak więc chce biurokracja realizować swą „opiekuńczą funkcję”? W tej kwestii program nie istnieje, a brak takiego wyróżniającego programu jest zwykłym bankructwem politycznym. Trudno więc nie dziwić się zdziwieniu M.F. Rakowskiego, który żalił się nie tak dawno, że „komunista” czuje się pod pręgierzem opinii publicznej. Przepraszam, ale jakim programem legitymuje się „komunista”? Gdyby miał program, żadna etykietka nie byłaby kryterium rozstrzygającym.

Wydaje się, że to, co zostało powiedziane dotychczas w kwestii pozorności dylematu: uspołecznienie czy reprywatyzacja, jest wystarczające. Wdawanie się w ponadczasowe rozważania o wyższości nad niższością jest zajęciem jałowym i oddaje mu się wystarczająca liczba naukowców, byśmy mogli sobie ten trening mózgu w popperowskim „trzecim świecie” spokojnie darować. Kryterium rozstrzygającym dla dalszych rozważań jest zawarte w powyższym stanowisku. Reszta jest wyciąganiem wniosków.

3. Kilka odkryć autora

Tekst M. Krajewskiego dostarcza nam również pewnych wrażeń intelektualnych, zwłaszcza gdy autor dochodzi do sformułowania pewnych prawidłowości wieńczących jego analizę współczesnego stanu społeczno-gospodarczego Polski, z której pomimo tu i ówdzie padających gromów i gradobicia, wynurza się jasny obraz wyprany ze sprzeczności charakteryzujących każdy szanujący się proces historyczny. Historia, okazuje się, raźno kroczy szlakiem wytyczonym niezachwianą linią partii, co potwierdzają tezy KC i referatów tow. Gorbaczowa. Choćby dziś autor miał wątpliwości, jego analiza nie pozostawia niedomówień. Każda wątpliwość wymagała będzie „przepisania” na nowo całej analizy po to, by z równą pewnością siebie głosić tezy uładzone między sobą, aby nie rzucały się w oczy sprzeczności zasadnicze. Dopuszczalne są tylko sprzeczności subiektywne, przypadkowe. Jak je zwał, tak je zwał, grunt, że i one potrafią rozsadzić konstrukcję – nie pomagają szamańskie zaklęcia.

Pierwszym „odkryciem” M. Krajewskiego jest to, że kraje kapitalistyczne wysoko rozwinięte pobierają rentę techniczno-technologiczną na kształt renty przyrodniczej, daru przyrody. Ani słowem nie wspomina się tu o „nawozach” niezbędnych, by ta przyroda rodziła swoje dary. Wystarczy wziąć pestkę i zasadzić, a wyrośnie drzewo cytrynowe.

O to chodzi, że nie wyrośnie. W części, w której M. Krajewski składa rytualne pokłony na rzecz wyższości socjalizmu nad niższością kapitalizmu (tj. na początkowych stronach), wspomina się o nierównomierności rozwoju kapitalizmu. Ale też bez wyjaśnienia. Okazuje się, że zacofanie jest wynikiem niechęci wyjścia z zacofania.

Przeniesiona na grunt polski, teza o przyrodzonym charakterze renty techniczno-technologicznej okazuje się płaską apologią quasi-rynkowego (a raczej pseudo-rynkowego) mechanizmu eliminacji przedsiębiorstw słabszych na rzecz silnych. W gruncie rzeczy chodzi tu o postulat społecznego darwnizmu – żeby tak tknął to cholerne „lobby węgla i stali”. Można by długo uzasadniać i ilustrować tezę, że zła struktura gospodarki narodowej decyduje, które przedsiębiorstwo jest słabsze, a które silniejsze, a więc mechanizm rynkowy sprzyja utrwaleniu złej struktury. Natomiast, aby mogło decydować kryterium „preferencja konsumenta”, to ten musi być po prostu bogaty, aby mógł być suwerenny. Przy mechanizmie rynkowym, aby ukształtowała się prawidłowa struktura, społeczeństwo musi być bogate. Przekonywanie o tym jest jednak ewidentną stratą czasu wobec demagogii reformatorów, którzy uznali, iż jest akurat na odwrót, czyli, aby społeczeństwo mogło być „mądre”, najpierw musi zaciskać pasa. (Działa tu prostackie podstawienie wyborów w mikroskali, czy nawet poziomu indywiduów, na miejsce deklarowanego przedstawienia kryterium wyboru w makroskali). Oczywista trudność polega na tym, co zrobić, aby społeczeństwo stało się bogate. Na pocieszenie można sobie powiedzieć, że to nie tylko nasz polski problem, a i rozwiązanie nie może być indywidualnym osiągnięciem pojedynczego kraju. Na pewno jednak nie osiągniemy deklarowanych rezultatów obiecując ludziom, że dzięki zróżnicowaniu i kombinowaniu metod rynkowych z biurokratycznymi bogactwo stanie się naszym udziałem. Taki cud nie byłby możliwy nawet w Kanie Galilejskiej. Pozorność problemu w jego sformułowaniu przez M. Krajewskiego jest analogiczna do tej, jaką sam wskazał na przykładzie kwestii uspołecznienie czy reprywatyzacja. Znowu słuszna teza, że nie należy bać się rynku została zafałszowana przez kontekst, w którym została postawiona. Biurokracja nie jest w stanie nie blokować mechanizmu rynkowego, gdyż poza nieistotnym faktem, że wywołałoby to skutki bardzo niekorzystne dla społeczeństwa, jednocześnie zlikwidowałoby możliwości czerpania przez biurokrację bezpośrednich korzyści z dyspozycji dochodem narodowym. Sposób, w jaki M. Krajewski przedstawia sprawę jest czysto „usługowy” i taki charakter ma jego „odkrycie”. Rozumowanie autora ma na celu wykazanie, że Polskę gubią roszczeniowe postawy pracowników gospodarki państwowej.

Kolejnym odkryciem jest sformułowanie prawa podziału dla okresu II etapu reformy gospodarczej: „każdemu według pracy społecznie niezbędnej”. Autor sugeruje nam, że osiągnęliśmy wyższy etap komunizmu, albowiem aby praca społecznie niezbędna mogła stać się bezpośrednim miernikiem wartości siły roboczej, sama praca musi mieć charakter pracy bezpośrednio społecznej. Alternatywą jest rynkowe uzgadnianie, post factum, ile pracy okazało się społecznie niezbędną, ile zaś zbędną. Kryterium niezbędności pracy w systemie antagonistycznym, tj. klasowym, jest względne, zależne od interesu klasy panującej, która określa użyteczność wysiłku produkcyjnego według kryterium własnego zysku. Kryterium to z reguły całkowicie rozmija się z potrzebami reszty społeczeństwa, czyli tego, co byłoby społecznie niezbędne w sytuacji, gdyby pracownicy wywalczyli swoją podmiotowość jako wytwórcy.

Tak więc, i to odkrycie M. Krajewskiego okazuje się tylko dorobioną teorią do potrzeb aktualnego etapu reformy, absolutyzującego konieczność ponoszenia kosztów nietrafionych alokacji przez społeczeństwo, a zwłaszcza przez pracowników gospodarki upaństwowionej.

Na zakończenie, może nie odkrycie, ile maleńka idylla taka. Temat: egalitaryzm. Jak na tle tego wszystkiego, co napisał zrodził się autorowi koncept doczepienia tu pojęcia egalitaryzmu – pozostanie zapewne na zawsze jego tajemnicą. Chyba, że autor liczy na zacietrzewienie tzw. opozycji, która nie zaneguje tu logicznego wynikania, albowiem dla niej, wszystko, co spod pióra „komunistów” – to obrona „urawniłowki”. W ten sposób tworzy się legendę o płaskim egalitaryzmie jako idei podstawowej rządzącej biurokracji. Bliźniaczo muszą być skonstruowane mózgi, które w teorii i praktyce 40-lecia doszukują się i tępią egalitaryzm.

W jednym z numerów „Przeglądu Organizacji” prof. A.M. Zawślak rzuca retoryczne pytanie: gdzie są ci wszyscy „fundamentaliści” socjalizmu z ich „rewizjonizmami”, „anarchosyndykalizmami”, „fetyszyzmami”?… I sugeruje, że prawdopodobnie przechodzą oni przyspieszone kursy przestawiania się na nowe myślenie. Pogłębiając optymizm prof. Zawiślaka sądzę, że pierwsi absolwenci tych kursów już chwycili za pióra…

Ewa Balcerek

Ten wpis został opublikowany w kategorii I Konferencja nt. ruchu robotniczego (2003). Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *