Babski kołtun

Sprawa męskiego honoru, jak widać, wzbudziła sprzeciw męskiej części dyskutantów. I chyba słusznie. Rozumowanie Anastazji jest bowiem obarczone sprzecznością, która być może nie jest przez pewien sposób myślenia w ogóle uważana za sprzeczność. „Męski honor” nie pozwala mężczyźnie tak łatwo dostosowywać się do upodlenia etosu pracy związanego z pracami tradycyjnie wykonywanymi przez niego. Ta niezgoda na krach starych stosunków na rynku pracy, upadku rzemiosła, upadku tradycji zawodu…, to wszystko były elementy pobudzające robotników do oporu wobec nowych stosunków społecznych. Jeżeli Anastazja twierdzi, że kobiety radzą sobie lepiej na rynku pracy, to tylko dlatego, że w tym momencie nie obchodzi ich wiele ponad przeżycie ich rodzin. Nie obchodzi ich upokorzenie, solidarność klasowa itp., w imię wartości rodzinnych zniosą wszystko i zrobią wszystko. Słusznie jeden z dyskutantów zauważa, że takie lepsze radzenie sobie nie prowadzi do buntu, wręcz przeciwnie.

Wydaje się, że sztucznie, na siłę, są rozdzielone męska i kobieca strona walki z kapitalizmem. Sztuczne wyabstrahowanie kobiecej „ekonomii politycznej” sprowadza się, przynajmniej w wykonaniu Anastazji, do dosyć żałosnego przedstawienia postawy kobiecej. Istotą kobiecości jest bycie wieczną ofiarą. Chociaż radzi sobie ponoć lepiej.

Co więcej, status „ofiary” powoduje, że w stosunku do kobiety ulegają zawieszeniu oceny moralne. Weźmy przywoływany przez Anastazję przykład Anety Krawczyk. Od kobiety działającej w polityce nie oczekuje się, aby była równa mężczyźnie w tej właśnie sferze. Nie jest ona mu równa z założenia. Równość w rozumieniu Anastazji sprowadza się do sfery seksualnej, wszędzie indziej kobieta jest ofiarą. Otóż, jeżeli A. Krawczyk – jako wyzwolona seksualnie jednostka – podjęła świadomie romans z jakimś posłem Samoobrony (albo z kilkoma), to nie należy jej potępiać jako reprezentanta żeńskiego maczyzmu. Rozumiemy, że jej korzyści materialne były produktem ubocznym owych romansów. W chwili zakończenia się romansu(ów), pani Krawczyk staje się automatycznie ofiarą. Nawet najbardziej zagorzali męscy zwolennicy feminizmu czują tu fałsz, który zagraża ich dominującej pozycji w sferze seksualnej, której feministki w swojej naiwności nie kwestionują, a nawet czynią z kobiet jeszcze łatwiejsze ofiary, dla których śmiesznością jest stawianie się w sytuacji ofiary.

Tymczasem wyłazi z Anastazji babski kołtun, kiedy z tak wyśmiewaną „kobiecą logiką i konsekwencją”, jak przychodzi co do czego, to beczy, że kobieta jest zawsze ofiarą.

Zaznaczmy mimochodem, że nie zauważanie różnicy między robotnicą, która nie ściga prawnie gwałtu, dzięki któremu wyrzucenie jej na bruk zostaje odroczone, a Anetą Krawczyk, jest co najmniej kuriozalne. Zauważmy też, że Marks wyśmiewał płaczliwy sentymentalizm tzw. prawdziwych socjalistów niemieckich, którzy usprawiedliwiali każdą nieprawość popełnianą przez rzeczywiste ofiary społeczeństwa burżuazyjnego. Można zrozumieć dlaczego ofiara czyni tak, a nie inaczej, ale nie ma to nic wspólnego z usprawiedliwianiem samego czynu.

Wracając do Anety Krawczyk, jest ona przede wszystkim działaczką partyjną, albo infantylną istotą. Usprawiedliwiając jej postępowanie tylko z powodu tego, że w grę wchodził seks, jest działaniem na szkodę kobiet. Nie można traktować jako równego sobie kogoś, kto podlega innym prawom, innym ocenom moralnym nawet w sytuacjach, które są jednoznaczne z punktu widzenia działalności kolektywnej. Ten sam argument o konieczności zabezpieczenia bytu dzieciom uzasadnić ma także instrumentalne wykorzystanie przez A. Krawczyk całej afery przeciwko „swojej” partii. No bo co się zmieniło? Nadal pani Krawczyk jest zmuszona szukać możliwości przeżycia, czyli wsparcia ze strony męskiej części świata władzy. A podobno kobiety radzą sobie lepiej, bo są lepiej wykształcone. Ten przykład tylko pokazuje, że znaczenia ambicji i wykształcenia kobiet nie da się uogólnić.

Z naszego punktu widzenia, ten sposób rozumowania jest głęboko obcy kulturze i tradycji ruchu robotniczego, gdyż wbrew zapewnieniom utrwala nierówność kobiet, czyniąc z nich istoty niepoważne, infantylne. Należy odróżniać tradycję wyzwolenia kobiet w sensie ich samodzielności ekonomicznej, w sensie ich człowieczeństwa („nieuzasadnionej męskiej uniwersalizacji”), od wyzwolenia seksualnego. Chodzi o to, że wyzwolenie seksualne nie ma mocy samodzielnej ani wiodącej w emancypacji kobiety. To samodzielność kobiety rozwiązuje problem jej podległości seksualnej, a nie odwrotnie. Co więcej, takie stawianie sprawy, jak to robi Anastazja, ukazuje głębokie uzależnienie od wzorca patriarchalnego. Celem jest doskoczenie do ideału wzorca seksualności typowej dla patriarchatu. Nie chodzi o to, aby zanegować patriarchat, ale o to, aby kobiety mogły prowadzić życie seksualne niczym żeńskie macho. To tak samo, jak rzucać radykalne oskarżenia pod adresem kapitalizmu tylko po to, aby w końcu wyznać, że chodzi o to, żeby wyzyskiwani mogli stać się kapitalistami. Jest to sposób rozumowania typowy dla drobnomieszczaństwa – resentyment i bałwochwalczy kult dla stojącego wyżej w hierarchii jednocześnie.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

20 lutego 2007 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Marksizm a feminizm, Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *