ZWIERZĘ POLITYCZNE W CZASIE ŻAŁOBY – W POGONI ZA UCIEKAJĄCYM PUNKTEM

W stulecie Rewolucji Październikowej najważniejszą kwestią wydaje się to, czy zasadnicze kierunki ówczesnej walki, ówczesnych działań pozostają aktualne. Czym innym jest bowiem przyznawanie się do pewnej tradycji lewicowej, którą nawet można nazywać tradycją rewolucyjnego ruchu robotniczego, a czym innym utrzymywanie, iż cele walki pozostały niezmienione od 100 lat. Oczywiście, tradycja lewicowa w szerokim znaczeniu opiera się na najogólniejszym i najszerszym rozumieniu tradycji. Chodzi o to, żeby zapewnić w życiu społecznym realizację wartości, takich jak sprawiedliwość, współczucie, solidarność.

Każdy okres rozwoju społecznego ma swoje problemy dotyczące urządzenia instytucji społecznych, tak aby spełniały one kryteria owego zasadniczego postulatu, jakim jest społeczna sprawiedliwość. Istnieje zasadnicza różnica między społeczeństwami przedkapitalistycznymi a kapitalizmem i formacjami, które wywodzą się z kapitalizmu. Tendencje postępowe istniały zawsze w społecznościach, jak i nurty mające na celu dobro najniższych warstw społecznych. Miały one zazwyczaj charakter filantropijny. Oznacza to, że wzrastał stopień uporządkowania wyzysku, zaś redukcji ulegał zakres swobody, wolności od wyzysku jako mechanizmu społecznego napędu. Dopóki wydawało się, że walki społeczne nie zagrażały reprodukcji poczucia nieograniczoności zasobów, które można marnotrawić bezkarnie, w tym istnień ludzkich i zasobów natury, dopóty nie było potrzeby nakładania jakichś ograniczeń na owe spontaniczne działania. Odbiciem tego stanu rzeczy (prehistorii ludzkości i przetrwałego, „niewinnego” w swej bezrefleksyjności egoizmu) było oparcie postawy wobec stosunków klasowych na zasadzie „niewinnego” egoizmu lub – w przypadku jednostek moralnie przewyższających swą epokę – miłosierdziu.

Zasługą marksizmu jest zrozumienie, że w historii (prehistorii) ludzkości wyczerpał się potencjał zasobności, który nie groził, że bezmyślny, rozrzutny egoizm osiągnął kres i – nieposkromiony – przyniesie wyczerpanie potencjału, a więc i kres ludzkości. Co skądinąd byłoby zapewne normalnym kresem panowania danego gatunku w skali planety. Dotychczasowa historia (prehistoria) rozwijała się ilościowo, ignorując zmianę jakościową, która zawsze gdzieś się tu czai. Kapitalizm przyniósł zmianę jakościową, będącą efektem nagromadzenia zmian ilościowych. Przeczuwany przez myśl utopijną problem okazał się prawidłowo zdiagnozowany – człowiek przekroczył kolejną granicę świadomościową od czasu, kiedy zaczął prowadzić osiadły tryb życia, a mianowicie zyskał świadomość, że nie da się już kontynuować wiecznym powrotem do stanu pierwotnego chaosu, który jednak na jakiś czas oznacza osiągnięcie kolejnego stadium rozwoju społecznego. Samoświadomością tego momentu rozwojowego jest marksizm i tym wyróżnia się ten system myślowy na tle innych systemów. Nie wyróżnia się jako samoświadomość kapitalizmu, a przynajmniej nie ta samoświadomość stanowi o jego wyjątkowości. Stanowi w tym elemencie zapis doświadczenia wyrażony w postaci koncepcji zarówno metafizycznej (filozoficznej), jak i pragmatycznej – czym kontynuuje linię koncepcji podsumowujących doświadczenia poprzednich etapów rozwoju ludzkości, a które zostały utrwalone w formie podań i mitów mających wydatny wpływ na zbiorową świadomość ludzkości, wpływ nie dający się pominąć i pozwalający na interpretację kolejnych warstw doświadczeń, bez czego nie byłoby możności analizy ani rozwoju potencjału umysłowego ludzkości. Wyjątkowość teorii marksistowskiej jest efektem wyjątkowości formacji kapitalistycznej.

Ta pragmatyczna koncepcja urządzenia życia społecznego w opozycji do „romantyzmu” poprzednich formacji, gdzie brak burżuazyjnej kalkulacji pozwalał na marnotrawstwo środków, a jednocześnie unikał zniszczenia całego bogactwa zasobów pozostających w ludzkiej dyspozycji, ponieważ tego bogactwa… nie ceniły owe formacje, ta koncepcja nadała ludzkości kierunek linearny rozwoju, bez syndromu „wiecznego powrotu”, ale i miało to swoją cenę – przejęcie przez ludzkość kolejnej części odpowiedzialności za własne losy oraz za losy świata, który wraz z utratą przez dominującą ludzkość „niewinności” spontaniczności i egoizmu, sam utracił możliwość regeneracji na zasadzie spontanicznej, poprzez zniszczenie czynnika nadającego temu światu jakiejś postaci uporządkowania.

Marksizm ma się tak do koncepcji tradycyjnego, przedmarksowskiego myślenia o stosunkach społecznych, jak owe minione stosunki oparte na spontanicznym przywracaniu równowagi poprzez niszczenie do planowej uprawy. Ponieważ wraz z przejściem na nowy poziom samoświadomości społecznej ludzkość straciła na zawsze możliwość rozwiązywania problemów społecznych poprzez działania nieobliczone na efekt globalny, trzymanie się tych przebrzmiałych środków zdaje się obelgą dla rozumu człowieka. A do tego całkowicie nieadekwatnym narzędziem działania. Przypomina starania Roberta Beniniego w filmie o obozie koncentracyjnym, w którym jego bohater znalazł się wraz z synem. Działanie szlachetne, ale całkowicie nieadekwatne. Problemy doby historii ludzkości mają charakter globalny, całościowy, bo oddziałują na całość społeczności globalnej, gdy tymczasem chcielibyśmy ograniczyć się do działania ignorującego kontekst po to tylko, aby zachować poczucie stabilności i bezpieczeństwa w złudnym przekonaniu, że nasze działania nie mają najmniejszego znaczenia dla rozwiązywania samego problemu. Są próbą kontynuowania działania, które daje poczucie sensu i bezpieczeństwa, ponieważ jest powielaniem wzorców skutecznych dla naszych przodków. Ale jest to samooszukiwanie się.

Piotr Ikonowicz za życia obrasta legendą niczym Matka Teresa z Kalkuty. Wzbudzając zresztą nie mniej ambiwalentne odczucia. W dobie, kiedy liczy się praktyczny efekt przeciwstawiony nudnemu i mało skutecznemu teoretyzowaniu, dobremu na nudne czasy małej stabilizacji, działalność społeczna, wyrażająca się w bezpośrednim przełożeniu własnych przekonań społecznych i politycznych na praktykę, przyciąga pod sztandary Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej licznych wyznawców spośród działaczy lewicowych. W czasach, kiedy zamknięta wydaje się ścieżka przemian ustrojowych, potem jak nieoczekiwanie otworzyła się ona 30 lat temu, pozostaje droga przemian organicznych, pozytywistycznych, tym bardziej, że polega ona na wykorzystaniu potencjału tkwiącego w świeżo odzyskanej demokracji. Aktywizm Piotra Ikonowicza przyciąga szczególnie tych, którzy potrafią docenić wartość zasad demokracji i traktują ją serio, jako kwiat zdobyczy epoki transformacji, jeden z nielicznych autentycznych skarbów, które nie okazały się robaczywym owocem świeżego kapitalistycznego społeczeństwa. Walka o prawa przegranych transformacji nie stoi wszak w sprzeczności z walką o socjalizm, a jednocześnie daje poczucie nie marnowania czasu, kiedy nie da się zawalczyć o odległą perspektywę socjalizmu. Jednocześnie, tak szybkie przejście do porządku dziennego nad niedawną zmianą systemu jest nie do przyjęcia dla części lewicy, tej, która czuje się związana z okresem PRL, mając wobec tego ustroju mniej lub bardziej ambiwalentne uczucia. Warto więc odnotować, że w sensie symbolicznym taki pośpiech w podejmowaniu działań praktycznych, w jakimś stopniu apolitycznych, a przynajmniej pragnących uchodzić za niepolityczne w sensie zideologizowania, taki pośpiech wydaje się części lewicy niestosowny. To tak, jak gdyby nie zachować przepisowego okresu żałoby, zbyt łatwo godząc się z niepowetowaną stratą.

W tym kontekście warto zauważyć, że gotowość, aby demonstrować taką prostotę i brak zahamowań w stosunku do podejmowania działań, jak gdyby wszystko zostało wyzerowane, okazują działacze lewicy, dla których wypaczone państwo robotnicze nie przedstawiało żadnej, nawet symbolicznej, choćby i zakłamanej, wartości. Takie świadome pogwałcenie „żałoby” po świetlanej idei (nawet jeśli pozostała ona tylko żałosną ideą), cechowało nie tylko Piotra Ikonowicza, ale i różne kalki zachodnich, postępowych i nowoczesnych nowolewicowców. Wspierali się oni wzajemnie w swym idealizowaniu Unii Europejskiej i gorąco oczekiwanej integracji z nią, która miała przynieść polskim ludziom pracy podciągnięcie się do socjalnych i demokratycznych standardów Zachodu. Z tej perspektywy trudno się dziwić brakowi nostalgii za minionymi, siermiężnymi i niedemokratycznymi czasami. Jednak z czasem przybywało rozczarowanych taką wizją: zamiast podskoczyć do socjalnych standardów Europy Zachodniej, akcesja krajów wschodniej flanki UE spowodowała obniżenie dotychczasowych standardów zachodnich. Zamiast zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, w tym i socjalnego, i narodowego, odczuliśmy przytłaczający regres owego poczucia. Po 30 latach błądzenia po pustyni część plemienia zaczęła sarkać i obrażać Boga. Mojżeszowi coraz trudniej było utrzymać dyscyplinę w narodzie. Coraz szybciej kolejni spośród wyznawców owej wiary zaczęli się wykruszać rozsiewając wokół różne pogłoski, mniej lub bardziej kompromitujące Mojżesza, a przynajmniej rzucające cień na jego nieskalane posłannictwo. Ale czyż inaczej było z Matką Teresą, obecnie świętą?

Fenomen Piotra Ikonowicza jest niezrozumiały tylko jeśli zatraci się niezbędny do jego percepcji dystans. Zabawnym jest qui pro quo, z którym mamy tu do czynienia. Piotr Ikonowicz mógł rozwinąć swą działalność społecznikowską w decydującym stopniu dlatego, że zaistniał na pewien czas w głównonurtowej polityce. Wytężone wysiłki innych, niewiele mniej utalentowanych aktywistów, pozbawionych tego „kapitału początkowego” dowodzą, że – podobnie, jak w innych sytuacjach społecznych – ów „kapitał początkowy” ma decydujące znaczenie. Oczywiście, jeśli potrafi się go wykorzystać i, co jeszcze ważniejsze, przejawia się wolę oraz pracowitość, bez których nie dałoby się tego „kapitału” wykorzystać. Grupki polityczne, pozbawione owego specyficznego „kapitału”, nie były jednak pozbawione innego rodzaju kapitału, który mogły wnieść w wianie współpracy z P. Ikonowiczem w momencie, kiedy jego szczęśliwa gwiazda zgasła i w ciągu kilku lat sprowadziła go do poziomu, z którego udało mu się wyskoczyć na fali wielu ówczesnych błyskawicznych fortun – ekonomicznych lub politycznych. Był to okres chaosu, w którym pękały sztywne granice elit i poczucia przyzwoitości, a fortuny powstawały w ciągu jednej nocy jako skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności i instynktu pozwalającego na wyczucie, kto może coś dać. Ikonowiczowi nie zabrakło tego instynktu, kiedy zdecydował się na przyklejenie się do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Na tym kapitale udało mu się, w wiele lat później, uniknąć „urawniłowki” gnębiącej peryferie sceny politycznej zajmowane przez lewicę pozaparlamentarną. Ten kapitał, to było nazwisko, a brakowało środków, dzięki którym można by prowadzić działania i rekrutować działaczy niezbędnych do poszerzenia skali działalności. Te brakujące elementy skuteczności działań istniały w postaci potencjału tkwiącego w wegetujących ugrupowaniach owej lewicy pozaparlamentarnej, posiadającej mniejsze lub większe środki oraz ręce i głowy do pracy, ale nie posiadające żadnego czynnika przyciągania „elektoratu”. Ikonowicz przebywający na banicji wśród lewicy pozaparlamentarnej szybko zdał sobie sprawę z tego, że oba „kapitały” można ze sobą efektywnie pożenić. Rozpoczął się proces przyciągania przez Ikonowicza działaczy lewicowych oraz ugrupowań, głównie posttrockistowskich, zasilanych różnymi możliwościami zachodnich partii macierzystych. Oczywiście, każda ze stron miała nadzieję wyciągnąć maximum korzyści z tego układu. Emisariuszom zachodnim obiecywało to szansę na zakorzenienie się w jakiejś bazie społecznej, niekoniecznie pojmowanej ortodoksyjnie, zaś Ikonowiczowi – na pozyskanie działaczy, bez których nie mógł zagospodarować „elektoratu”. Ponieważ każda strona miała swoje rachuby niekoniecznie zgodne z rachubami partnera, dość szybko zaczęły się ujawniać sprzeczności interesów.

Linia Ikonowicza była prosta do rozszyfrowania już po pierwszych latach – chodziło o powiększenie kapitału dzięki ponownemu zaistnieniu na scenie politycznej głównego nurtu, czyli o reelekcję na stołek posła RP. W swym pragmatycznym dążeniu Ikonowicz nie wahał się podejmować decyzje o najbardziej egzotycznych sojuszach wyborczych, które mocno nadszarpywały cierpliwość jego partnerów politycznych. W tej grze, w której obie strony miały nadzieję zrealizować SWOJE ambicje wykorzystując potencjał partnera, Ikonowicz – być może słusznie – bał się utraty przywództwa politycznego na rzecz ludzi o poglądach zinstytucjonalizowanych w swoich (często skostniałych) partiach-matkach. Zawierając sojusze taktyczne, a niekoniecznie ideowe, Ikonowicz był zmuszony – jako elastyczniejszy w poglądach politycznych – do utrzymania swej pozycji dzięki przyjęciu zasady wodzowskiej. Ta formalna zasada przywództwa zastępowała autorytet płynący ze spójności ideowej i politycznej, która była Ikonowiczowi obca, a raczej – nie mogła być ujawniana zbyt nachalnie z racji konieczności utrzymywania iluzji zbieżności poglądów z całkowicie odmiennymi nurtami politycznymi. Stąd bierze się Ikonowiczowskie samopostrzeganie jako socjalisty-antykomunisty, więcej niż komunisty. Jako typ społecznika, Ikonowicz wydawał się zapewne łatwym kąskiem dla politycznych wyjadaczy. Nic prostszego jak narzucić bez przymusu światopogląd naturszczykowi. Problem w tym, że Ikonowicz nie jest naturszczykiem i poglądy polityczne posiada. Są to poglądy ukorzenione w polskiej tradycji ruchu socjalistycznego o charakterze antykomunistycznym, akceptującym kapitalizm w jego złagodzonej wersji głoszącej społeczną gospodarkę rynkową, a która nigdy nie zaistniała w Polsce. Z programu politycznego realna była więc składowa antykomunistyczna, a jako ideologiczny skrót myślowy ów antykomunizm mógł być pomostem łączącym radykalno-reformistycznych i „komunistycznych” (acz nie „sowieckich”) posttrockistów z antykomunistycznymi (w sensie doktrynalnym) reformistami. Sojusz partnerski, który wydawał się efektywnym sposobem na połączenie dwóch kapitałów, okazał się więc niewypałem, a to z powodu tego, że obie strony chciały się nawzajem wykorzystać i obie strony się w tym zorientowały i przyjęły skuteczną strategię obrony, co skutecznie zniszczyło cały misterny plan.

Z naszego punktu widzenia, deklaracja Ikonowicza, że narzędzie parlamentarne jest tylko narzędziem prowadzącym skuteczniej do realizacji żądań ludzi, którzy stracili na transformacji, a nie po prostu celem i ambicją tego polityka, byłaby wiarygodna, gdyby została przez niego potraktowana jako dopełnienie działalności politycznej, partyjnej, na rzecz walki o socjalizm. To znaczy, gdyby przywództwo polityczne zostało oddane w ręce polityków reprezentujących interesy tych klas społecznych, które mają zasadnicze znaczenie w systemie kapitalistycznym. Nie są to jednak grupy konsumenckie, zorganizowane wokół interesu konsumenckiego, jak to ma miejsce w przypadku działalności Ikonowicza. Z drugiej strony, to konsumenckie nastawienie jest zgodne z logiką współczesnej lewicy radykalnej, która przesunęła się na pozycje socjaldemokratyczne i utraciła azymut oraz – ze względu na własne zakłamanie – pewność ewentualnego poparcia swojej bazy w przypadku ujawnienia politycznego kręgosłupa. Walka polityczna z Ikonowiczem staje się niemożliwa i musi się odbywać na pozorowanym polu wartości demokratycznych, a nie na faktycznym polu wartości politycznych czy ideologicznych. Zostaje sprowadzona do licytowania się w demokratyzmie i krytyki zasady wodzostwa, w czym sami krytycy nie brzmią zbyt wiarygodnie. Szczerość intencji Ikonowicza prowadziłaby do podporządkowania jego działalności społecznej programowi politycznej walki o socjalizm jako rozwiązania najlepiej zabezpieczającego realizację tych postulatów, które są przedmiotem troski KSS i RSS.

Dlatego, jeśli nawet można oceniać Ikonowicza pozytywnie z punktu widzenia działalności społecznikowskiej, to nie należy zamykać oczu na to, że ta działalność jest jedynie fasadą przykrywającą jego działalność polityczną i to działalność polityczną o bardzo konkretnym, antykomunistycznym ostrzu. Abstrahujemy w tym miejscu od uzasadnionej krytyki socjalizmu w stalinowskim wydaniu, albowiem nie o taką krytykę socjalizmu chodzi antykomunistom. Rzecz rozbija się o bardziej fundamentalny problem stosunku do systemu kapitalistycznego. Skoro działalność społecznikowska Ikonowicza nie spełnia warunku, o którym była mowa wyżej, tj. podporządkowania go działalności politycznej, to ocenie należy poddać właśnie działalność polityczną Piotra Ikonowicza. Nie można dać sobie wmówić, że o działalności politycznej świadczy działalność społecznikowska i że ocenę działalności politycznej można zastąpić oceną działalności społecznikowskiej. Nie, każda winna być oceniana wedle własnych kryteriów. Jeżeli więc nie poddać się presji o charakterze dewocyjnym, to obiektywna ocena działalności politycznej Ikonowicza powinna uwzględniać rolę, jaką jego działania odgrywają w dziele wzmacniania lub osłabiania lewicy radykalnej. Biorąc pod uwagę wieloletnie doświadczenie sceny politycznej, na której z trudem od lat wegetuje radykalna lewica, można z dużą dozą pewności stwierdzić, że działania P. Ikonowicza mają dość destrukcyjny charakter.

W dużym stopniu ta ocena wynika nie tyle z negatywnej oceny intencji Ikonowicza, co z oszacowania rozbieżności między jego charyzmą, która mogłaby posłużyć do zbudowania silnej lewicy radykalnej w ciągu minionych lat straconych bezpowrotnie na dążenie do realizacji całkowicie nierealistycznych, osobistych ambicji politycznych Piotra. Mając ten „kapitał”, którego brakuje od początku całej reszcie lewicy radykalnej, istniały szanse na wykorzystanie potencjału pojawiających się działaczy do budowy radykalnej lewicy. Ikonowicz miał do tego największe predyspozycje i narzędzia. Wolał jednak uganiać się za mirażami zgodnymi z wizją własnego socjalizmu, w których najważniejszy jest ruch, zaś cel pozostaje uciekającym punktem.

O ile trudno mieć pretensje do Piotra Ikonowicza o to, że zakładał różne maski w swym pragmatycznym działaniu naśladującym najróżniejsze, modne akurat tendencje polityczne, o tyle można mieć do niego pretensje o to, że rości sobie pretensje do wartościowania działań politycznych z pozycji Matki Teresy i nikt na lewicy nie widzi w tym śmieszności.

Oto nasz bohater – nasz Kowalski w pogoni za uciekającym punktem.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

18 maja 2017 r

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „ZWIERZĘ POLITYCZNE W CZASIE ŻAŁOBY – W POGONI ZA UCIEKAJĄCYM PUNKTEM

  1. Towarzysze!!!

    Tym razem filmik bardzo krótki. Napracowałem się. I do tego angielskie napisy. Uczcie się jak robić profesjonalną komunistyczną propagandę

    https://www.youtube.com/watch?v=JvbQY6KupGE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *