POZORNE PARADOKSY

Pytał kiedyś klasyk: „Z kogo się śmiejecie?”, żeby zaraz sobie odpowiedzieć: „Z siebie się śmiejecie!”

Recenzja książki M. Siermińskiego Dekada przełomu… pióra T. Kochana http://www.nowakrytyka.pl/pl/artykuly/Nk_on-line/?id=955%2FJaki_wodz_%E2%80%93_taki_ruch  obnaża pewne zapętlenie rozumowania współczesnej lewicy radykalnej w Polsce mające na celu wyjaśnienie sobie zdumiewającego na pierwszy rzut oka faktu oddania przez robotników, bez walki, systemu realnego socjalizmu. Sprawa ta ukazuje jednocześnie, że Siermiński otworzył swoją książką coś w rodzaju puszki Pandory, czyli spowodował przebicie się na umowny mainstream lewicy pozaparlamentarnej możliwości reinterpretacji procesów i wydarzeń, które dotychczas wydawały się raz na zawsze opatrzone stemplem ostatecznej weryfikacji i powszechnej akceptacji.

Zacznijmy jednak od konstatacji nieco ogólniejszej natury. Zasadniczą zasługą Siermińskiego, podkreślaną zresztą przez Kochana, jest zwrócenie uwagi na to, że tzw. opozycja demokratyczna w Polsce, czyli grupa skupiona wokół J. Kuronia, już na ponad dekadę przed wybuchem Sierpnia 1980 r. przestawiła się na program liberalno-demokratyczny. Ale czy kosztem programu socjalistycznego? Czy Kuroń lub Modzelewski przestali być socjalistami? Socjalistą był także Piłsudski… Akceptacja kapitalizmu nie wyklucza z grona socjalistów. Kapitalizm jednak zakłada wyzysk. Rzecz w tym, że postkomunistyczna utopia socjalistyczna okazała się nie mniejszą ułudą, niż rzekomo była nią niegdyś „utopia komunistyczna”. Młode pokolenie Polaków zaczyna zadawać pytania, czy warto było podejmować brzemienną w bolączki kapitalizmu transformację, i nie dochodzi do radosnego potwierdzenia założonej z góry odpowiedzi.

Jeżeli zadawanie pytań zaczyna się w środowisku, które w swoim czasie określiło kształt polskiej transformacji, to zdajemy sobie sprawę z tego, że sytuacja jest poważna i kryzys ideowy narasta. M. Siermiński niejako rozlicza niekwestionowane autorytety legitymizujące monopol środowiska liberalno-demokratycznego na rolę adekwatnej do wymogów nowoczesności lewicy. Niekwestionowanym autorytetem i królem był tu od zawsze Jacek Kuroń. Przez ponad 30 lat minionych nagość króla nie była w żaden sposób zauważana przez jego dworzan.

Czy jest się czemu dziwić?

W pewnym sensie, zagmatwaniu kwestii sprzyjała terminologia przyjęta w sowietologii, bezkrytycznie przejęta przez rodzimych badaczy. Jeżeli, zgodnie z tym paradygmatem analitycznym, przyjąć, że tym, co obalono w Polsce, był „komunizm”, to nie ma głębszego sensu odmawianie Kuroniowi i KOR-owi prawa do nazywania siebie „socjalistami”. Mniejsza o to, że im akurat to było obojętne, o ile nie rzutowało na relacje z ewentualnymi partnerami zachodnimi, wśród których mogli znajdować się różnej maści socjaliści czy posttrockiści. Trudno, np., twierdzić, że byli oni gorszymi socjalistami niż taki Mitterand czy – dziś – Hollande. Nie przychodziło do głowy kwestionować statusu socjalistycznego Kuronia również i posttrockistom, którzy w ramach swojej ewolucji przywykli już do skupiania w swych szeregach osób o poglądach – oględnie mówiąc – mocno oddalonych od poglądów nie tylko Lenina, ale i Marksa.

Tym, co w praktyce decydowało o przynależności do obozu postępu i socjalizmu (w jego obiektywnej dynamice), był stosunek do ZSRR.

Posttrockizm odszedł (wzorem „nowolewicowej” mody) od zniuansowanego, i niezrozumiałego dla bazy zastępczej, definiowania systemu radzieckiego na rzecz przyjęcia prostej, jak konstrukcja cepa, sowietologicznej wykładni o wyłącznie imperialnym charakterze byłego państwa radzieckiego. Wyczerpywało to potrzeby analizy dając poczucie wygodnego konsensu akademickich marksistów w ich środowisku zawodowym. Definiowanie ZSRR w kategoriach państwa imperialnego dawało komfortowe poczucie mimikry w środowisku bez obarczającego sumienie konformizmu. Rozbieżność poglądów zaczynała się przy kwestii teorii socjalizmu według Marksa, ale – bez jej odniesienia do kwestii rewolucji 1917 r. – miała ona charakter czysto akademicki. W ten sposób wydawało się wręcz, że analizy akademickie, w porównaniu z praktyką ideologiczną organizacji posttrockistowskich, miały charakter bardziej radykalny.

„Socjalizm” Kuronia był całkowicie akceptowalny z perspektywy poziomu ideologicznego rozpływowych, „szerokich” partii posttrockistowskich, dając jednocześnie oczywiste poczucie ideologicznie wyższej świadomości politycznej posttrockistów, którzy w tej sytuacji – jako nosiciele wyższej świadomości – mieli z łatwością objąć ideologiczne przywództwo mobilizacji robotniczej w obliczu obiektywnej dynamiki rozwoju ruchu, która szybko miała przerosnąć umiarkowane kierownictwo lokalnych działaczy.

Deklarowane wprost odrzucenie socjalizmu nie było więc uznawane za coś decydującego, „ot, tylko tak mówią, ale przecież tak nie myślą”. A nawet gdyby tak myśleli, to przy radykalizacji nastrojów społecznych, będą szybko tracili wpływy w masach na rzecz „prawdziwych rewolucjonistów”. Wtedy przejmą je przygotowane kadry świadomych marksistów z reformowanego kościoła Nowej Lewicy.

I tu też, polem kompromisu była zgoda na określanie systemu radzieckiego jako „komunizmu”. Lewica między sobą komunikowała się więc i ustanawiała reguły komunikacji według zasad narzuconych przez sowietologię i antykomunizm. Zrezygnowała w ten sposób z własnych analiz, wedle własnych kryteriów, stalinizmu i jego relacji do ruchu robotniczego na rzecz kryteriów przyjętych przez sowietologię.

Koncepcja „kapitalizmu państwowego”, np., zupełnie usuwała ideologiczny spór z antykomunistyczną wykładnią historii ZSRR. Również nie było powodu, aby niepokoić się ewolucją wewnętrznej opozycji w Polsce – bez wdawania się w „nieistotne” szczegóły, jak stosunek do rewolucji rosyjskiej 1917 roku czy Lenina, a poprzestając na interpretacji ZSRR jako państwa imperialistycznego, zachodnia, posttrockistowska Nowa Lewica mogła całkowicie szczerze popierać antykomunizm tzw. opozycji demokratycznej w Polsce.

Jeżeli Michał Siermiński potrafił znaleźć sposób na postawienie zagadnienia w nowej perspektywie, to stało się tak wyłącznie dlatego, że wziął w nawias pewien charakterystyczny dogmat Nowej Lewicy. Wynikało to, w jakimś stopniu, z natury przedmiotu, którym się zajął. Krytyka stalinowskich wypaczeń i degeneracji socjalizmu opierała się historycznie na kryterium ustanowionym przez Marksa, a mianowicie na kryterium obiektywnego interesu klasy robotniczej rozumianej jako tej grupy społecznej, która powstała w wyniku wytworzenia się kapitalistycznego sposobu produkcji, rewolucjonizującego dotychczasowe sposoby produkcji, czyli pracy fabrycznej. Wszystkie pozostałe grupy społeczne istniały wcześniej i nie były, przy całym ich zróżnicowaniu, motorem zmiany (ani wcześniej, ani później) w systemie produkcji, który przez Marksa został specyficznie przypisany do tej właśnie, wyróżnionej przezeń, klasy.

Kuroń, podobnie jak i Modzelewski – wzmiankowany w książce Siermińskiego niejako na marginesie głównych rozważań – rozpoczynali krytykę stalinizmu od tego tradycyjnego punktu wyjścia. Tzn. krytykowali stalinizm jako system, który nie realizował obiektywnego interesu klasowego klasy robotniczej.

Jakby to nie zakrawało na paradoks, krytyka stalinizmu – tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie – rozwijała się po linii odchodzenia od tego Marksowskiego kryterium wartościowania procesu historycznego. Na Zachodzie znajdowało to swoje uzasadnienie, które sprowadzało się do znanych przemian w obrębie samej klasy robotniczej w warunkach rozwiniętego państwa dobrobytu, czerpiącego korzyści z nierównomiernego rozwoju otoczenia przedkapitalistycznego. Prowadziło to do zredefiniowania klasy robotniczej i ukucia nowego terminu „klasa pracownicza”, wspierającego się na precedensie rozmytego definicyjnie pojęcia proletariatu.

Na Wschodzie proces był nieco inny, uzasadnienie inne – co pokazuje w swojej książce M. Siermiński. Niemniej, przekopując się zwłaszcza przez prace Kuronia, wyraźnie pokazuje on, że odchodzenie od „komunizmu” dokonywało się u tego ostatniego równolegle z procesem odrzucania koncepcji klasy robotniczej i jej roli w budowaniu nowego społeczeństwa.
Wiązało się to z krytyką stalinizmu, który został uznany za tożsamy z apologią „robociarstwa” degradującego znaczenie pracy umysłowej. Za tym natychmiast szło spostrzeżenie, że opieranie na tej podstawie rozwoju gospodarczego nigdy nie pozwoli na osiągnięcie poziomu rozwoju krajów wysokouprzemysłowionych. Dochodziły okropności stalinowskiego terroru, które zostały ujawnione na XX Zjeździe KPZR, następnie wzmocnione doświadczeniem rewolucji kulturalnej w Chinach czy rządami Pol Pota w Kambodży. Rewizjoniści stopniowo zaprzestali więc poszukiwania rozwiązania bolączek stalinizmu w powrocie do leninowskich źródeł i nawiązali do tradycji antykomunistycznego ruchu robotniczego, który w Polsce akurat miał mocne oparcie.

Ruch ten, w przeciwieństwie do nurtu marksistowskiego, uwypuklał rolę inteligencji i walki niepodległościowej. W ten sposób PRL nie był już w oczach ani zachodniej, ani rodzimej lewicy, żadnym socjalizmem, tylko „komunizmem”, który należało bezwzględnie zwalczać w imię demokracji, wolności i, co najważniejsze, suwerenności narodowej.

Paradoks w odniesieniu do tekstu T. Kochana polega na tym, że autor, przy całej akceptacji PRL, przyjmuje tezę Kuronia o tym, jakoby klasa robotnicza była w tamtym okresie klasą uprzywilejowaną, zaś inteligencja – spychaną na margines, odrzucając jednocześnie Kuroniowe potępienie PRL. Znajduje się więc w nie do pozazdroszczenia sytuacji rozdwojenia jaźni. W zasadzie, ugoda może tu polegać tylko na nawiązaniu do stalinizmu, w którym wyzysk robotników, uzasadniany wymogami industrializacji, był akceptowany przez przedstawicieli inteligencji z wielką szczodrobliwością jako słuszna cena za pochlebny tytuł klasy panującej. Niczym w koncepcji fizjokratów, daje się klasie głównej zaszczyt ponoszenia gros kosztów rozwoju gospodarki narodowej. W przypadku klasy robotniczej, przy stalinizmie i później pozbawionej realnej dyspozycji środkami produkcji, jej zasób zaszczytów kończy się na tym jednym. Zaś PRL-owskie finansowanie nauki z budżetu państwa jest dziś, w warunkach kapitalizmu, przedmiotem westchnień zawiści nawet zagorzałych antykomunistów.

W ten sposób, historia zatoczyła pewien krąg: postępowa inteligencja, w odruchu odrzucenia ze wstrętem zbrodni stalinizmu, kojarząc je z utopijnym dążeniem do zmiany odwiecznego prawa nierówności społecznych, które można co najwyżej łagodzić, ale ich znoszenie zawsze skutkuje totalitarnym terrorem, odkryła na nowo socjaldemokratyczną prawdę, iż socjalizm jest do pogodzenia z kapitalizmem (racjonalną gospodarką rynkową), zaś nieuniknionym warunkiem jest ograniczona humanitaryzmem forma wyzysku robotników (części klasy pracowniczej). Inteligencja jest w stanie pogodzić się z wyzyskiem klasy robotniczej, choć przychodzi jej to z trudem i moralnym oporem wewnętrznym. Kuroń i Modzelewski w okresie „rewizjonistycznym” wiarygodnie uzasadniali tezę o wyzysku klasy robotniczej przez stalinowski aparat biurokratyczny. W późniejszym okresie Kuroń powtarzał „prawdy obiegowe” o redystrybuowaniu dochodu i dochodów na rzecz robotników kosztem pracowników umysłowych, co nie znajdowało potwierdzenia w analizach socjologicznych.

W ideologicznej warstwie wszelkich koncepcji antykomunistycznych, wyzwolenie klasy robotniczej okazuje się zasadniczym czynnikiem nie pozwalającym na odrzucenie totalitaryzmu. Wyzwolenie klasy robotniczej jest bowiem możliwe tylko w warunkach totalitarnego przymusu. Co innego – organizacje konsumenckie zarządzające redystrybucją dóbr i strumieni finansowych wszelkiego rodzaju.

To przekonanie łączy ideę socjaldemokratyczną ze stalinizmem. Obie głoszą konieczność tego wyzysku, a każda powołuje się na wyższą konieczność historyczną, a nie decyzję podyktowaną złą wolą, czy jakimś konkurencyjnym interesem społecznym. Obie traktują ten wyzysk jako konieczny element postępowego procesu historycznego, wiodącego do wyzwolenia społeczeństwa jako całości.

Ten sam ruch dokonał się w zachodniej lewicy, która odrzuciła regulatywną rolę klasy robotniczej na rzecz zastąpienia jej eklektycznym interesem szeroko rozumianego proletariatu rozumianego jako klasa pracowników najemnych. Tak więc, ewolucja poglądów polskich „rewizjonistów” odbyła się w pełnej zgodzie z ewolucją poglądów zachodniej lewicy, co dodatkowo przyczyniało się do zamazywania obrazu sytuacji nie sprzyjającego stawianiu adekwatnych pytań o paradoksalny wynik transformacji. Wraz z globalnym kryzysem lewicy zasłona dymna mnożących się, gotowych usprawiedliwień musiała z koniecznością opaść i stworzyła grunt do przewartościowań.

Książka Siermińskiego ujawnia, że rozczarowana kapitalizmem grupa inteligencji, poszukująca odpowiedzi na pytanie dlaczego tak wyszło, jak wyszło, znajduje na to pytanie bardzo prostą odpowiedź, która leżała zawsze na wierzchu, ale na którą nikt nie zwracał uwagi.

Odpowiedź jest Marksowska i jasna: tylko zapewnienie realizacji interesów klasy robotniczej jest w stanie zagwarantować realizację interesów pozostałej części społeczeństwa utrzymującego się z pracy najemnej. A więc, tylko dyktatura proletariatu, czyli klasy robotniczej w sojuszu z pozostałymi składowymi proletariatu, jest właściwą odpowiedzią nie tylko na stalinowską degenerację, ale i na kapitalistyczny wyzysk.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

30 kwietnia 2017 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „POZORNE PARADOKSY

  1. Marcin Brys pisze:

    Zastanawiające, od rzeczywistego końca PRL-u minęło 37 lat (choć oficjalnie skończył się w 1989), to więcej niż PRL trwał, a mimo tak niebywałego rozwoju komunikacji informacyjnej, dostępności źródeł, ciągle pojawiają się próby zrozumienia tego okresu, przyczyn jego upadku i ciągle bez rezultatu, bez jasnych wyników.
    Może to dla mnie jest zastanawiające a inni bez zastanowienia dokonują jeszcze raz, i jeszcze raz próby rozwiązania problemu tymi samymi narzędziami, tymi samymi metodami. Nie szkoda czasu, energii? Coraz mniej wiemy, coraz więcej pojawia się pytań. Przypomina mi to stan nauk przyrodniczych uprawianych przez tak zwaną elitę naukową. Spytajcie o to jak wygląda świat, jak działa a pojawi się niezliczona ilość teorii.
    Czy to wynik upadku pozytywizmu, nauk empirycznych i tego konsekwencje? Wina ewolucji metod naukowych (okres I połowy XX w.)? Marksizm został wykluczony z grona nauk, okrzyknięty ideologią, tylko ideologią. W naukach społecznych buduje się myślowe modele (może nie matematyczne) i bada się je. Oczywiście wykorzystuje się przyjęte dogmaty, założenia, zakłada zależności, siły. Jeszcze 100 lat temu religia i nauka stała w opozycji do siebie a teraz stają się prawie nieodróżnialne (oczywiście nie mówię o poziomie ulicy). We współczesnych umysłach funkcjonuje określony (teoretyczny) model państwa, PRL, ustroju socjalistycznego. W nim walka klasowa, proletariat, lewica, socjalizm i tym podobne kategorie, pojęcia (zapomina się, że ich znaczenia też ulegają zmianie) no i filozofia (idee) czyli teoria. Bada się taki model. Ale rzeczywistość rzadko w pełni współbrzmi z teorią (dokładność modelu). Teorie wykorzystuje się w technice, a właśnie zarządzanie państwem, społeczeństwem, polityką to obszary techniki. Może zamiast badać model lepiej będzie przyglądnąć się ówczesnej rzeczywistości, przeanalizować kto, jakimi metodami, po co, dla jakich celów ją zmieniał. Jest to możliwe, choć utrudniony jest niejednokrotnie dostęp do źródeł, często niebezpieczny.
    Kochan napisał „ … to książka, której autor odważnie postawił sobie za cel polityczny i ideowy obrachunek z przywódcami tzw. lewicowej opozycji związanych z Solidarnością, ukazując ich zresztą przede wszystkim w świetle ich własnych słów, przemyśleń i politycznych deklaracji.” Przepraszam ale to niezbyt poważne brać za dobrą monetę to co mówią politycy chyba, że zastanawiamy się nad tym po co, w jakim celu oni to mówią. A jeśli już będziemy zadawać takie pytania (po co, w jakim celu…) to musimy ustalić reżysera. Jeśli wie się jak zorganizowane jest państwo to nie jest to trudne. Cóż on robił, robi? Tworzy ( w uproszczeniu) symbole, stereotypy, nowe znaczenia, fakty, wychowuje kadry swoich zwolenników, następców a także swoich wrogów (infantylnie jest sądzić, że najniebezpieczniejsi są zawodowi agenci, najgorsi są ci, którzy myślą, że robią coś z własnej woli gdy tymczasem ktoś poznał ich wcześniej w określonych warunkach i wie teraz jak nimi manipulować). Tak jak w show biznesie tak i w polityce tworzy się gwiazdy, autorytety, najczęściej z nieudaczników, lansuje się je (przedstawiając ich jako męczenników, geniuszy lub szczęściarzy. Sprawowanie władzy wymaga kontroli myśli, uczuć, elementarnych odruchów emocjonalnych. Każdej władzy, w każdym systemie, w każdym miejscu, w każdym czasie. Tak wygląda „dobra robota”. Kto uważa inaczej ten potwierdza, że nigdy nie kierował większym zespołem ludzkim. Funkcjonowanie społeczeństwa to zbyt poważna sprawa by zostawić je samopas. Cel jest jeden, zapewnić bezpieczeństwo społeczeństwa i siłę państwa. Wiadomo, zawsze zostaje pytanie o „legitymację” „reżysera” ale jak ktoś powiedział – poznacie ich po czynach a nie po słowach.
    Nie przywiązywałbym zbyt dużej uwagi do klas społecznych, nie ma genów proletariatu nie mówiąc o genach rewolucyjnej świadomości. Biologia nie ma tu znaczenia. Są memy, to one umożliwiają kształtowanie np. proletariatu jak plasteliny. Z dziecinną prostotą można internacjonalistyczny proletariat rzucić przeciwko sobie by wymordowali się milionami i imię obrony interesów swoich (podobno) największych wrogów. Więc równie łatwo można będzie go pchnąć, we właściwym czasie, do walki w dobrej sprawie. Może z analizy funkcjonowania wymyślonych modeli, trzymania się dogmatów wynika konieczność czy możliwość dyktatury proletariatu ale rzeczywistość będzie inna. Trzeba czynić to co niezbędne i korzystne. Wiedział o tym Lenin ale przegrał z tymi, którzy powoływali się na dogmaty, na potrzebę dyktatury proletariatu. Nie powtarzajmy błędów. To nie klasy sprawują władzę ale ich „reprezentanci”, którzy potrafili je wykorzystać, nie ma czegoś takiego jak demokracja. Jest jedno ograniczenie, każdy ruch ma szanse wygranej gdy pojawia się we właściwym momencie (Marks). Dlatego ważniejszym od snucia marzeń jest zdobywanie wiedzy o rzeczywistości by odkryć sprzyjające warunki. Pragmatyczne działanie jest ważniejsze od niewoli ideologii.

  2. E.B. pisze:

    Modelowa, mentalność pracownika odpowiednich resortów. To nie epitet, to empiryczna diagnoza. Niestety, tego nie da się leczyć, ponieważ nie polega to na przekonaniach politycznych czy ideowych, ale na irracjonalnej wierze, że mądrość dziejowa każdorazowo wciela się w osobę aktualnego władcy.
    Postulowanie umiejętności wyczuwania odpowiedniego momentu, aby osiągnąć jakąś zmianę, jest tylko zwykłą zmyłką, ponieważ bierność fałszywego podmiotu społecznego, jako jedynego uwarunkowania procesów społecznych, nie stanowi żadnego punktu odniesienia dla jakiejkolwiek zmiany. Zmiana może być wyłącznie zainicjowana i przeprowadzona przez „władcę”, a jako taka ma charakter totalnie arbitralny.
    Dlatego powoływanie się na jakiegoś Marksa czy Lenina jest wyłącznie zabiegiem socjotechnicznym mającym na celu przekonanie zwolenników marksizmu dzięki posługiwaniu się językiem i pojęciami mogącymi do nich trafić i dzięki wywołaniu pewnego zamierzonego stanu emocjonalnego – manipulować nimi.
    Cała ta koncepcja Brysa jest prymitywna jak pozytywizm, na który lubi się powoływać. Przez to jest mało skuteczna jak i ta przebrzmiała koncepcja filozoficzna, do której przekonania nie miał sam Wittgenstein. Zresztą całkowicie słusznie. Nie została ta koncepcja ani jakoś obalona, ani zepchnięta na margines przez swoich wrogów – po prostu sama umarła z nudów, czego nawet jakoś szczególnie nie zauważono.

    Dyskusje z Brysem grożą tym samym – niebezpieczeństwo polega na tym, że można umrzeć z nudów.

  3. Marcin Brys pisze:

    „Pracownik odpowiedniego resortu”. Ciekawe, a nawet jeśli tak? To znaczy, że był świadkiem, uczestniczył, znał metody, ma wiedzę. Oczywiście dzisiaj to nic nie znaczy. Dzisiaj obowiązuje zasada mówiąca, że im bardziej teoria różni się od rzeczywistości tym gorzej dla rzeczywistości. Zmienia się opis byłej rzeczywistości tak by pasował do teorii. Ci, którzy kiedyś (w PRL-u) świadomie żyli mają przez to wątpliwości czy im się to wszystko nie śniło. Jeszcze trochę i świadków nie będzie, zostaną tylko nosiciele wypranych mózgów.
    „Władca”. Co za pomysł, nie wspominałem o kimś takim. To bajkowa kategoria. Każdy kto choć liznął marksizmu wie, że król, prezydent czy sekretarz to wypadkowa sił działających w klasie dominującej, kukiełka w ich rękach. Ale są inne organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo, za utrzymanie zdobytej władzy. Te zmieniają się z każdą zmianą systemu, z każdą rewolucją, przewrotem czy zmianą układu sił w klasie dominujące. Zmieniają się osoby, misje ale nigdy metody pracy bo te są dorobkiem ewolucji społecznej. I o tym właśnie pisałem, by zwrócić uwagę, że żaden system nie zostawia społeczeństwa samopas, nie rezygnuje z życia pozbywając się kłopotów.
    I jeszcze jedno, często proste, prymitywne koncepcje, oparte na analizie rzeczywistości zawierają więcej prawdy niż wydumane fantazje, popisy słowotoku, koronkowe historyjki pełne mądrych słów.

  4. E.B. pisze:

    1. Różnica pamięci o PRL nie wynika z teorii, która rzekomo fałszuje obraz rzeczywistości, ale z odmienności miejsca obserwacji. To teoria (rzekomo marksistowska, a faktycznie stalinowska i poststalinowska prymitywizacja teorii) zaliczyła kompletny odlot w kwestii odmalowywania PRL jako rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Propaganda sukcesu robiąca za socjotechnikę okazała się dość prymitywna i nieskuteczna, nie mówiąc już o tym, że w sposób całkowicie świadomy fałszowała rzeczywistość. Śmieszne jest w tej sytuacji odwracanie zarzutu i kierowanie go do nas. Ponieważ to władza biurokratyczna kleciła na kolanie bzdurną teorię mającą się nijak do rzeczywistości PRL.

    „Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”

    Stąd to – skądinąd słusznie zauważone – poczucie surrealizmu i tego, że chyba się ten PRL śnił. Fałszowanie obrazu PRL jest wspólnym dziełem tzw. postkomunistów z ich służbami specjalnymi i prawicy nienawidzącej „czerwonych”. Tu, faktycznie, służby specjalne łączą się ponad podziałami ideowymi, bo takowe są im obce w ich „apolitycznym” pragmatyzmie służbowym.

    Dysonans poznawczy pojawia się w sytuacji, kiedy taki PiS – idiotycznie z punktu widzenia pragmatyki władzy – konfliktuje się z owymi służbami na doraźnej zasadzie wzmacniania podupadającej wiarygodności i legitymacji.

    I tu rozgoryczenie takich, jak Brys, bo to kompletnie załamuje jego zdroworozsądkowe rozumienie procesu historycznego jako ciągłości państwowości opartej na opoce ciągłości służb specjalnych jako gwaranta owej państwowości.

    I tu dochodzimy do punktu drugiego.

    2. Brys pisze: „Każdy kto choć liznął marksizmu wie, że król, prezydent czy sekretarz to wypadkowa sił działających w klasie dominującej, kukiełka w ich rękach. Ale są inne organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo, za utrzymanie zdobytej władzy. Te zmieniają się z każdą zmianą systemu, z każdą rewolucją, przewrotem czy zmianą układu sił w klasie dominujące. Zmieniają się osoby, misje ale nigdy metody pracy bo te są dorobkiem ewolucji społecznej.”

    Niestety, Brys, to nie jest marksizm, tylko jego parodia (stalinowska, poststalinowska – jak zwał, tak zwał, grunt, że idiotyczna). Marksizm mówi o procesach społecznych, a nie o intrygach wewnątrz władzy. Można tłumaczyć logikę intryg wewnątrz „grupy trzymającej władzę” walkami w łonie społeczeństwa, ale nie odwrotnie. Jak się nie rozumie teorii, to łatwo rzucać oskarżenia o to, że fałszuje ona obraz rzeczywistości. Problem bowiem w tym, że za teorię bierze się koncepcje ad hoc wymyślane przez kierownictwo resortów w celu uzasadnienia swoich partykularnych, grupowych gierek i rozgrywek. Z tym, że nie ma to nic wspólnego z marksizmem.

    Paranoją jest sprowadzanie mechanizmów rewolucji do „rewolucji w łonie klasy dominującej”, zaś ewolucji społecznej do ewolucji metod pracy służb specjalnych.

    Toteż, kiedy w wyniku realnych procesów społecznych część klasy panującej poświęca interesy „tajnych służb”, aby się uwiarygodnić poprzez odcięcie się od tej części, która ową ciągłość w imię ciągłości struktury władzy utrzymuje, to „zasłużonym działaczom służb” świat się wali na zakuty łeb. A ewolucja świata kulminuje im w katastrofie ekologicznej na skalę globu. I wydaje się im, że wali się teoria.

    Problem w tym, że wali się wyłącznie pseudoteoria klecona na potrzeby dobrego samopoczucia ludzi, którym trudno samodzielnie znaleźć jakieś upiększające usprawiedliwienie wykonywania „brudnej robotny” dla każdorazowej władzy.

    Cóż, prawda jest o wiele prostsza i nie tak efektowna, niestety, jak frazesy o rzekomo wyższej misji kryjącej się za zwykłym wysługiwaniem się każdorazowo zmieniającej się władzy.

  5. Marcin Brys pisze:

    No i cóż, EB potwierdza słuszność tego co na początku napisałem. A ustosunkowałem się do próby wyjaśnienia ( Siermiński, T.Kochan, EB,WB) faktu wyboru przez proletariat systemu kapitalistycznego. Wyboru, bo to nie była przegrana jak w innych miejscach i w innych czasach. Można powiedzieć, że zorganizowany proletariat wygrał walkę o powrót do kapitalizmu, wygrał z lewicą. Nie ważne jakie błędy ona popełniła, proletariat nawet nie miał zamiaru ich naprawiać. Zignorował wszelkie teorie o swojej roli w ewolucji społecznej, świadomości rewolucyjnej, pokazał zwolennikom dyktatury proletariatu i socjalizmu środkowy palec. Takie są pozory. Wyjaśniłem jak to się stało naprawdę, że nie ma z tym nic wspólnego marksistowska teoria procesów społecznych a jest to wynik polityki, manipulacji społecznych w obszarze jednego systemu, który pojawił się sto lat temu i wykorzystując walki w łonie imperializmu zbudował obóz polityczny, gospodarczy i jak to obecnie można zaobserwować, dalej go rozszerza (oczywiście odrzucając romantyczny rewolucjonizm), rozszerza przeciw podstawom imperializmu. W ten sposób można to wszystko wyjaśnić i nie ma tu rozdźwięku między teorią a rzeczywistością.
    Napisałem, że głoszone, między innymi przez wyżej wymienionych, teorie niczego nie wyjaśniają i nie wyjaśnią dlatego też próbują oni ciągle zmieniać obraz rzeczywistości żeby go dopasować do swoich pomysłów, ba, EB nawet wypacza moje myśli (o inżynierii społecznej) bo nie pasują do głoszonej teorii (nie byłoby się do czego przyczepić). Czy naprawdę można aż tak unosić się w chmurach, nie dostrzegać w obecnej rzeczywistości śladów poprzednich dekad, jej dalszego ciągu, ujawnionych dowodów i przyjmować za ostateczną prawdę głoszone przez media oceny przeszłości zgadzając się z głoszonymi przez prawicę teoriami?

  6. E.B. pisze:

    Poza T. Kochanem, nikt z wymienionych przez Brysa nie zamierza „wyjaśniać wyboru kapitalizmu przez robotników”, ponieważ faktycznie żadnego takiego wyboru nie było. Akurat M. Siermiński pokazuje, że tzw. opozycja demokratyczna narzuciła prokapitalistyczne rozwiązanie polityczne, które było odległe od tego, jakie wynikało z powojennej postawy klasy robotniczej. Od siebie możemy dodać, że nie udałoby się owej opozycji tego dokonać gdyby władza biurokratyczna nie ułatwiła realizacji tego programu dzięki wprowadzeniu stanu wojennego i pozbawieniu wątłych sił prosocjalistycznych wiarygodności w oczach robotników. Cele polityczne tzw. opozycji demokratycznej i władzy biurokratycznej były ze sobą zgodne, co pokazał dosadnie spektakl porozumienia okrągłostołowego.

    Proces degeneracji biurokracji i wynik owej degeneracji był procesem obiektywnym w sytuacji stalinizacji ruchu robotniczego, a rzeczywistość potwierdziła racjonalność owej prognozy. Należy tu wziąć pod uwagę obiektywne procesy społeczne, rozwijające się w regionie opóźnionym pod względem gospodarczym, historię polskiego ruchu robotniczego z tradycją podziału tego ruchu ze względu na kwestię niepodległościową, a także fakt wprowadzania w kraju modelu państwa robotniczego z wypaczeniem biurokratycznym plus nieobojętną, trudną sytuację międzynarodową z ciągłym wykorzystywaniem przewagi ekonomicznej przez kapitalistyczny Zachód. A także polityczną demoralizację środowisk lewicowych na Zachodzie, w tym szczególnie zadziwiająco zbieżne z biurokratyczną (przy całym obrzydzeniu dla biurokracji radzieckiej) postawą wrogości wobec robotników, którą dziś powielają niewolniczo różne „sieroty po PRL”, bynajmniej nie wzdychające do autentycznego państwa robotniczego.

    Manipulacje pod płaszczykiem zapewne mogą stanowić jakiś element układanki, ale nie wyjaśniają, a raczej zaciemniają obraz rzeczywistości. Robotnicy po dziś dzień ujawniają postawy żądające przywrócenia zasad sprawiedliwości społecznej, zaś konsekwentnie w swej masie odrzucają recepty liberalne (antyrobotnicze), pod którymi (wówczas i dziś) podpisują się niegdysiejsi mocodawcy specjalistów od intryg i manipulacji ze służb specjalnych.

    Jednocześnie, jako klasa w sobie, do tego pozbawiona partii reprezentującej jej interesy, stają się elektoratem populistycznej prawicy, co do której złudzenia żywią nie tylko prości robotnicy, ale i jakże światli przedstawiciele niektórych odłamów lewicy. Pragmatyzm, mniejsze zło…, różne mogą być powody takich iluzji.

    Świat jest bardziej złożony, ale też o wiele bardziej logiczny, niż matrix specjalistów od manipulacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *