UCZNIOWIE CZARNOKSIĘŻNIKA

 Z cyklu „Jaja jak czerwone berety”

I jak tu uprawiać marksizm, jak tu opowiadać się za rewolucją socjalistyczną, kiedy zewsząd leje się propaganda odsądzająca nas od czci i wiary? Nie tylko nasza przegrana została odtrąbiona wszem i wobec, tysiąc razy podana do wiadomości w najróżniejszych formach masowej komunikacji, ogłoszona na każdym polu i w każdej sferze życia – od społecznego poczynając na intelektualnym i intymnym kończąc… Ostatecznie i bezapelacyjnie.

Parafrazując przewrotnie hasło ukraińskiej rewolucji majdanowej: „całyświatzanas” – jako „całyświatprzeciwnam”, społeczeństwo burżuazyjne niczym rasowy kundel nie tylko na nas nasrało, ale dodatkowo zagrzebało piachem i, na koniec, olało ciepłym moczem.
„Dzięki” stalinizmowi, można rzec, że nie całkiem bez racji…

O ile sam marksizm został poniekąd przyswojony przez naukę burżuazyjną i – po zabiegach taksydermicznych – ustawiony jako pewien przyczynek do rozwijającej się socjologii, to zabieg mający na celu ustanowienie z teorii marksistowskiej ogólnej koncepcji filozoficznej o choćby tym samym statusie, co heglizm, nie mówiąc już o zrewolucjonizowaniu tak filozofii, jak i nauki, nie powiódł się.

Podobnie, jak nie powiodła się zmiana, mająca na celu wyprowadzenie ludzkości ze stanu prehistorycznego do stanu prawdziwej historii ludzkości. A przez dłuższy moment takie zagrożenie dla klasowego społeczeństwa istniało, co odbija mu się do dziś czkawką po ciężkiej traumie. Stalinizm posłużył się teorią marksizmu niczym małpa brzytwą, ewentualnie – biorąc pod uwagę wywrotowość idei komunistycznej – głowicą jądrową. Czyli użył ją do wbijania gwoździ. W bolesne miejsca, faktycznie.

Wśród członków SMP spotyka się zdanie, że marksizm jest prosty, a uczone mądrale usiłują go zagmatwać, aby zniechęcić do jego wykorzystywania przez „zwykłych” ludzi. Szczerze mówiąc, coś w tym jest. Niedostępny „zwykłemu” człowiekowi marksizm zaprzecza swojej istocie. Chociaż powinniśmy również zdawać sobie sprawę z tego, że nie każda sytuacja społeczna sprzyja intuicyjnemu chwytaniu twierdzeń tej teorii. Dla inteligenta, zrozumienie marksizmu wymaga pracy umysłowej, przezwyciężania codziennego doświadczenia, które raczej predestynuje go do identyfikowania się z klasą panującą ze względu na wartości kulturowe i… zależność ekonomiczną. Przyswojenie sobie marksizmu wymaga wysiłku i konstrukcji dość skomplikowanych systemów uzasadnień, które często okazują się kruche, zmienne i niekiedy krótkotrwałe. Oparcie się na prostym życiowym doświadczeniu niesprawiedliwości społecznej nie pogłębia się wraz ze wzrostem ogólnego dobrobytu, ale ulega fluktuacjom zgodnie z obiektywną tendencją, nie wbrew niej. Pauperyzacja klasy robotniczej została zahamowana wraz z zanikaniem tradycyjnej klasy robotniczej w wysokorozwiniętych krajach i przerzuceniem tego zjawiska na kraje zacofane. Problem wraca wraz z powrotem tej klasy. Warstwy pośrednie natomiast są historycznie związane z tendencją rozwojową społeczeństwa, warstwy te nie są specyficzną, stworzoną przez kapitalizm grupą społeczną, a jej relacja do reszty klasowego społeczeństwa jest ustalona historycznie jako grupy żyjącej z wartości dodatkowej, poprzez pośrednictwo klas, które czerpią dochody bezpośrednio z podziału wypracowanej wartości dodatkowej.

Ale rzecz nie o tej kwestii.

Istotna jest sprawa tego, że marksizm obiecywał wyjaśnienie kwestii istotnych dla ludzi, czyli tego, w jaki sposób kształtują się relacje społeczne, że mają one charakter obiektywny i, jako takie, mogą zostać zmienione bez gwałtu zadawanego prawom naturalnym.
Aby tak było, prawa ustalone przez marksizm muszą mieć charakter praw naukowych. Stąd dość zrozumiałe wymaganie, aby – skoro znamy prawidłowości rządzące społecznościami przedkapitalistycznymi – ustalić prawidłowości, które z naukową precyzją poprowadzą nas do stworzenia takich relacji, które zastąpią niesprawiedliwy ład kapitalistyczny nowym, sprawiedliwym porządkiem. Ba, prawa historii z pełnym determinizmem muszą doprowadzić do powstania takiego społeczeństwa, a my możemy pomóc tym prawom, przyspieszyć nastanie nowego porządku.

Rzecz całkowicie jasna dla każdego.

Jeśli marksizm nie potrafi takiej prawidłowości udowodnić, to nie spełnia obietnicy, jaką złożył, i niczym nie różni się od innych teorii, które „tylko objaśniają świat zamiast go zmieniać”…
Dotychczas sądziliśmy, że grzechem pierworodnym rewolucji socjalistycznej i marksizmu było zanegowanie prywatnej własności środków produkcji. To samo wystarczyłoby dla wyroku skazującego na wieczne potępienie. Ale jest też jeszcze jeden element sentencji, który kryminalizuje teorię marksistowską w nie mniejszym stopniu niż stosunek do własności, a mianowicie desakralizacja filozofii i nauki.

Faktycznie bowiem marksizm zlekceważył sobie świętą zasadę obowiązującą w tradycji filozoficznej, czyli zasadę nieudostępniania profanom pełnej wiedzy. Oczywiście, Marks nie był tu pierwszy. Historia filozofii pełna jest męczenników za pomysł, aby operacyjna wiedza o świecie stała się własnością powszechną. Ogólnie rzecz biorąc, tacy myśliciele bywali traceni za głoszenie poglądów demoralizujących maluczkich. Niekiedy później bywali kanonizowani przez następców, którzy poczynali sobie z ich koncepcjami w sposób dowolny, ale bezpieczny, gdyż przesłonięty przeróżnymi metaforami lub zakazami sięgania do tekstów źródłowych przez niepowołanych.
Przemysł utrzymywania motłochu w ciemnocie kwitł na przestrzeni całej prehistorii ludzkości stając się jednym ze sposobów na domaganie się udziału w podziale wartości dodatkowej przez wtajemniczonych. Subtelność myśli rozwijanej na podstawie przekazów, które swoje uzasadnienie czerpały bezpiecznie z poprzedzających je autorytetów, jest fundamentem niekwestionowanego autorytetu nauki i filozofii jako takich. Metoda ostrożności poznawczej, która przesądza o tym, że jakaś koncepcja w ogóle może być poważnie potraktowana, stanowi najcenniejszy skarb przy ulotności pozytywnych koncepcji.
Marksizm, w jakiejś mierze, sprzeniewierzył się tej tradycji. Nie żeby lekceważył metodologię, tego nie można w żadnym wypadku mu zarzucić. Ale uznał – o, zgrozo! – że można wyprowadzić konkretne, praktyczne wnioski z osiągniętego stanu wiedzy. Nie – pozostać przy pracowitym, ale i niekoniecznie jawnym, normatywnym, interpretowaniu i wyjaśnianiu stanu obecnego, ale uznać, że wiemy już na tyle, że możemy zacząć konstruować stan przyszły. Równie normatywnie.

Błędu faktycznego ani metodologicznego w analizie stanu aktualnego u Marksa jako „socjologa” nie znaleziono, mimo usilnych, mniej lub bardziej pomysłowych, prób.
Co do koncepcji ekonomicznej, to uspokajająco uznano, że nie powiedział niczego oryginalnego – poza teorią wartości opartej na pracy, która od 150 lat jest systematycznie i bez powodzenia obalana przez kolejne pokolenia krytyków i, jak do tej pory, najskuteczniej została zwyczajnie odrzucona przez samych… marksistów.

Marks, podobnie jak inni filozofowie, nawiązywał do swych poprzedników, niekiedy bardzo odległych. Ma to znaczenie o tyle, że nie ma marksizmu bez doktryny materialistycznej. Filozofia materialistyczna ma niemal równie złą opinię, co marksizm i komunizm. Stanowi bowiem podstawę do odrzucenia wizji świata opartego na zasadzie samoistnej godności człowieka, nie potrzebującej do tego celu autorytetu bytów nadprzyrodzonych, w rodzaju Boga. Tak się utarło w tradycji filozofii zachodniej. W filozofii wschodniej nie ma potrzeby odwoływania się do Boga, aby zanegować materializm, czy może raczej przezwyciężyć przeciwieństwo między materializmem a idealizmem. W efekcie bezradność człowieka jest w tej filozofii równie wielka, jak w zachodniej, chociaż mniej „wybuchowa”. Wbrew głosicielom koncepcji dostrzegających w obszarach pozakapitalistycznej Europy dynamizm rozwojowy, wydaje się raczej, że społeczeństwa te posiadły umiejętność reprodukcji stanu równowagi poprzez tarcia, co nie jest postrzegane w naszym obszarze kulturowym jako samoistna wartość.
W efekcie tego, przeciwnie niż w naszym kręgu cywilizacyjnym, mądrość Wschodu rozwija się niejako wspak – wedle naszych standardów. A mianowicie autorytet czerpie się tam z faktu zgodności aktualnych ustaleń z przekazami zamierzchłej przeszłości, im starszej, tym lepiej.
W końcu przecież wszystko się powtarza w koło, tyle że na różnych poziomach spirali. Myślenie przyczynowo-skutkowe jest zastąpione myśleniem przez analogię.

Nie dziwi więc fakt, że – jak odkrywa nauka zachodnia – świat ma naturę korpuskularno-falową. To, że dla zachodniej myśli naukowej ma to stanowić koronny dowód obalający materialistyczną wizję świata, w filozofii Wschodu wywołałoby zdumienie – przecież to jest żywy przykład materii, która jest niczym innym, jak pewnym stanem skupienia „energii”, a tych stanów przejściowych może być wiele, nie przecząc ich prawdziwości i materialności w sensie jednorodności tego, co falowe, z tym co korpuskularne.
W tym znaczeniu, punkt ciężkości marksizmu jako filozofii materialistycznej przenosi się z konieczności udowodnienia owej zasady materialistycznej (tłumaczącej to, co jest, w przeciwieństwie do narzuconej konieczności uzasadniania tego, czego nie ma) na zrozumienie pozanaukowego sensu utrzymującego się przeciwstawienia między materializmem a idealizmem.

Stąd tylko krok od głupiego i zbrodniczego, aroganckiego uznania, że należy przyjąć stronę materializmu w jego okrojonej, wykastrowanej postaci, jaką narzuciła mu jego opozycja wobec idealizmu. Ten „jednostronny” materializm – inaczej zwany „wulgarnym” – stał się oficjalną doktryną stalinowskiego pojmowania (i rozwiązywania) problemów filozofii. Coś, co nie przyszłoby do głowy Marksowi. Ani Leninowi.
Nie sposób nie przyjąć surowych słów krytyki pod adresem „rozwijającej się” w ZSRR debaty filozoficznej jako przejawu nieuctwa czy wyrazu karierowiczostwa. Oba typy motywacji istniały. Bez próby usprawiedliwiania, można jednak pokusić się o tezę, że – podobnie jak w przypadku wojen czy buntów chłopskich – okrucieństwo i brak sumienia są tylko ceną za stulecia upodlenia ludzi przez „kulturalne elity”. Rewersem okrucieństwa i pogardy, jakiej ci ludzie doznali, nie poznając innego stosunku bliźniego-pana do siebie. Wbrew krytykom, którzy mogą pleść byle bzdury tylko dlatego, że nie mają monopol na indoktrynację, wymordowanie kadry bolszewickiej było koniecznym krokiem do skutecznego przejęcia dawnego, „pańskiego” stylu rządzenia knutem.

Kiedy jednak rośnie poziom życia i kultury, wystarczy jedno pokolenie, aby przeszłość została zneutralizowana. To jest optymistyczne. Jednak wystarczy chwila, aby elity (stare czy nowe) zdołały ponownie poszczuć na siebie masy, odzyskując swoją „normalność”. Widzimy to dziś, na własne oczy.

Dlatego wydaje się, że odpowiadając na wątpliwość niektórych członków SMP – tak, marksizm jest prosty, ale wyzwania, przed którymi został postawiony, są trudne. Nie będziemy odpowiadać upraszczająco na trudne wyzwania i tylko wtedy teoria marksizmu nie przestanie być prosta.
Bo jak prosto odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego musiały się zdarzyć zbrodnie stalinowskie? Tylko odpowiadając, że pytanie jest źle postawione, bo wcale nie musiały. Trudniej z dowodem, który przecież musi być praktyczny.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

14 luty 2017 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

32 odpowiedzi na „UCZNIOWIE CZARNOKSIĘŻNIKA

  1. Tak było pisze:

    „społeczeństwo burżuazyjne niczym rasowy kundel nie tylko na nas nasrało, ale dodatkowo zagrzebało piachem i, na koniec, olało ciepłym moczem”.

    Nie, społeczeństwo burżuazyjne nie wie o istnieniu trockistów, posttrockistów, neotrockistów, więc trudno żeby na was nasrało, byliście tylko odpadem bicia w „stalinizm”, czytaj: komunizm.
    Swoje odbębniliście, nikt już was nie potrzebuje.

  2. Bartek pisze:

    Socjalizm przegrał konfrontację z kapitalizmem nie dlatego, że komuniści popełnili błędy w filozofii. Kapitalizm wygrał, bo zapewnił większe bogactwo, wyższy dobrobyt. Było to możliwe, bo metropolie kapitalistyczne zachowały zaplecze surowców i taniej siły roboczej w krajach zacofanych. Dzięki temu kapitaliści metropolii zapewnili klasie robotniczej i warstwom pracującym dobrobyt, co skutecznie zakonserwowało stosunki społeczne. Na peryferiach ustanowiono rządy posłuszne, obalono nieposłuszne i do metropolii popłynął strumień wartości dodatkowej, który częściowo skonsumował „proletariat” tych metropolii. Filozofia nie ma tu nic do rzeczy. Nawet jedynie słuszny materializm dialektyczny nic tu nie mógł zmienić. Nawet gdyby partie komunistyczne miały najsłuszniejszą teorię filozoficzną nic by to nie zmieniło. Nie wulgaryzacja teorii filozoficznej jest tu winna. Kapitaliści przeciągnęli na swoją stronę klasę robotniczą, którą zdeproletaryzowali, skorumpowali, zdemoralizowali. Nawet najsłuszniejsza teoria filozoficzna nie zatrzymałaby mieszczanienia klasy robotniczej, która poleciał na lep burżuazyjnego dobrobytu i dała sobie spokój z długą drogą do socjalizmu, o komunizmie nie wspominając.
    Tak było z robotnikami kapitalistycznych metropolii. A co na to robotnicy krajów budujących socjalizm? Ci z rozdziawiona gębą patrzyli na kapitalistyczne metropolie i zachwycali się wszystkim, nawet byle gównem. Tam to jest życie! Imponował im ten burżuazyjny dobrobyt zmieszczaniałej klasy robotniczej Zachodu i takiego samego pragnął całym sercem dla siebie. Socjalizm już przegrał. Zwyciężyła żądza rzeczy. Żadne tam naprawienie socjalizmu, wypierdolenie biurokratycznej burżuazji, wzięcie spraw w swoje ręce, lepsze planowanie, lepsze zarządzanie, organizacja, dyscyplina i wydajność pracy, lepsza kontrola społeczna nad organami władzy i ostrzejsza walka z nadużyciami władzy, z „błędami i wypaczeniami” czyli kontrrewolucją, z ideologią i kulturą burżuazyjną. Nie, nic z tych rzeczy. Niech to padnie, a wejdziemy do raju. Robotnicy zacofanych krajów budujących socjalizm ślinili się patrząc na Zachód. Zamiast odczuwać wyższość czuli się szmaciarzami. Dlaczego? Bo tam robotnik miał lepszy samochód, lepszy sprzęt w mieszkaniu, więcej pieniędzy w kieszeni. To wystarczyło. Żądza rzeczy zaślepiała i odbierała rozum do tego stopnia, że robotnicy radośnie przyklasnęli burżuazyjnej kontrrewolucji i restauracji kapitalizmu. Zamiast stanąć w obronie uspołecznionej własności, choćby najgorzej zarządzanej przez pasożytniczą kastę biurokratycznej burżuazji, rzucili się na gratisowe akcje, które zaraz sprzedali. Zero świadomości klasowej, zero elementarnego instynktu. Jak głowonogi. I co tu ma filozofia materialistyczna do rzeczy?

  3. Marcin Brys pisze:

    „…powinniśmy być wdzięczni Machiavellemu i podobnym mu
    pisarzom, którzy otwarcie i bez niedomówień piszą o tym
    jak ludzie postępują, a nie jak postępować powinni…”
    Francis Bacon

    Nie mam wątpliwości co do słuszności marksizmu, co do jego obecnej (tak, obecnej) roli w naukach, nie tylko tych rozwijanych ale i tych nowopowstających, wciskających się do kanonu nauk społecznych, humanistycznych. Widzi to każdy kto się porusza świadomie w tym obszarze, rozumie czym jest nauka. Również mnie nie zrażają, czy nie podważają mego stanowiska różni „paranormalni”. Mają prawo do swojego spojrzenia, nie wzrusza mnie nawet ich pewność, że Ziemia jest płaska.
    Chciałem dodać kilka swoich myśli do ostatnich zdań wypowiedzi EB i WB. Uważam, że należy skończyć z tym kajaniem się, biciem w pierś, wyrzutami sumienia za „stalinowskie zbrodnie”. Przypomniałem sobie jak w młodości przeżyłem wycieczkę do Oświęcimia, te 6 mln ofiar. Dzisiaj mówi się o ilości niewiele więcej ponad 1 milion.
    Patrzenie marksistowskie to patrzenie na historię jako na naukę partyjną, służącą tym, którzy mają władzę. Tak zwane masy to ludzie nieznający, nierozumiejący przebiegu zdarzeń, przyczyn, praw, patrzący na historię jak na zwykły przebieg przypadkowych (choć powiązanych) zdarzeń na powierzchni, bez wgłębiania się w istotę czy szukania przyczyn. Ich widzenie historii oparte jest, po pierwsze, o prymitywny system edukacji i o przedstawianie historii przez media (w szerokim ujęciu, szczególnie film) a dalej, wynikające z działań manipulacyjnych, propagandowych prowadzonych przez grupę władzy za pośrednictwem mediów. Na usługach rządzących jest armia „autorytetów”, ludzi tworzących fikcyjne obrazy, stereotypy, kłamstwa historyczne, robią to po to by manipulować grupą pierwszą, dla realizacji swoich celów lub celów grup, które oni reprezentują. Wszystko to po to by uzyskać, u tych manipulowanych, poparcie dla realizacji często bardzo niskich celów. To politycy. I nie ma tu różnicy jakiej opcji. Nie można jednak negatywnie ich oceniać bo takie działanie wynika z definicji polityki. Pomagają im różni celebryci („z parciem na szkło”), „wazeliniarze”, „statyści” agencji PR, pracownicy naukowi bez honoru i często bez elementarnej wiedzy ale przylepieni do władzy. Wszyscy przedstawiają się jako elita intelektualna(!!!). Już Arystoteles mówił o nich: „…mniej liczni, bardziej wykształceni i kulturalniejsi, dążą do władzy, bogactwa i zaszczytów, aby móc panować nad innymi. Dążą do tego celu z pogwałceniem wszelkich norm moralnych – po trupach. Gdy już osiągną, to czego tak gorąco pragną, panicznie boją się swoich rywali i poddanych, a nawet przyjaciół oraz opinii publicznej. Ciąży na nich widmo utraty władzy.”
    Rewolucja Październikowa miała przecież wyjątkowo pokojowy przebieg, niemal bez wystrzału.
    Potem, potem była wojna domowa. Chyba każdy słyszał o wojnie domowej w Syrii, wojnach w afrykańskich państwach i tak dalej. Świat był i jest jednym organizmem (choć przedtem w mniejszym stopniu), tak więc żaden kraj, państwo, nie może być w pełni samodzielny, nie posiada „wolnej woli”. Na każdym obszarze ścierają się interesy, sprzeczności, może nie wszystkich ale najważniejszych, największych graczy (państw, korporacji). To co jawi nam się jako obraz działań politycznych to wynik tych walk, wypadkowa tych starć. Tylko głupiec może doszukiwać się wpływu na historię pojedynczych polityków, ich cech charakteru, fobii, paranoi, roztrząsać ich wypowiedzi. Zadaniem historyka powinno być wyjaśnienie kto i w jakim celu sterował, kto, jak i dlaczego wymuszał na nich podejmowanie decyzji, kto wykorzystywał ich cechy charakteru. Jakie były ówczesne warunki gospodarcze, polityczne. I tak przykładowo, ani w pierwszej, ani w drugiej wojnie strony konfliktu nie były wyraźnie, jednoznacznie określone, to była walka, o przeżycie, starych imperiów (Anglii, Francji, Włoch) z nowymi, młodszymi, pragnącymi zająć ich miejsce (USA, Niemcy, Japonia). Wszystko co się działo na świecie było przejawami tej walki. Nie było przyjaźni, uczciwych sojuszy, partnerstwa. Jeśli Lenin w 1917 podróżował do Rosji za pieniądze Cesarstwa Niemieckiego to działo się to w wyniku gry interesów, jeśli niemal zaraz po zwycięstwie Rewolucji Wall Street ładowała w gospodarkę radziecką miliony dolarów to również nie wynikało to z sympatii. To było budowanie układów sił , przyszłych konfliktów. Niemcy dwa razy dali się wciągnąć w wojny ale bez tego nie rozpadły by się europejskie imperia i nie powstało jedno ogólnoświatowe.
    W obu wojnach wszystkie chwyty były dozwolone, również szkodzenie sojusznikom, niszczenie ich potencjału, spowodowanie utrącenia przyszłej ich konkurencyjności.
    Na tym polega polityka, na tworzeniu warunków, okoliczności zmuszających innych do podejmowania decyzji zgodnych z interesem sterującego. Decyzji nie zawsze w pełni świadomych i nie zawsze z uświadomieniem konsekwencji.
    Jeśli tak popatrzy się na historię to pokaże ona inne oblicza.
    Tak łatwo rzuca się oskarżenia o zbrodnie „komunizmowi”. Skala jest olbrzymia, od milionów do dziesiątek a nawet setek milionów. Ale wystarczy wziąć do ręki jakieś opracowania (nawet nie marksistów) typu np. R.Pipes – Rewolucja rosyjska i wielkości te drastycznie się kurczą. Pisze się nieraz o akcji dezinformacyjnej, sabotażu wywiadu hitlerowskiego, który wprowadził w błąd stalinowskie służby, one zaś tuż przed wybuchem wojny zrobiły czystkę pośród oficerów Czerwonej Armii odsuwając najlepszych od służby. A gdyby przyjrzeć się, bez uprzedzeń (typu „komuniści to urodzeni mordercy”), tak zwanemu „czerwonemu terrorowi”, kto się do niego przyczynił. Winni mogą być gdzie indziej. Archiwa są pełne ściśle tajnych akt, takich „nie wyjaśnionych” zdarzeń. Zapomina się, że sterowanie o którym pisałem wyżej odbywa się poprzez podporządkowanie sobie niektórych polityków, działaczy i nie zawsze nazywanie kogoś zdrajcą czy agentem było wymysłem propagandowym.
    Przeżywamy zbrodnie po stronie „komunizmu”, widzimy miliony ofiar zbrodni a nie dostrzegamy ofiar kapitalizmu. Przy nich nawet najbardziej naciągane liczby ofiar „komunizmu” wydają się małe. W samych tylko latach 90. XX w. z głodu, z braku lekarstw zmarło ponad 100 milionów dzieci (tylko dzieci, a gdzie pozostali), teraz w XXI wieku co roku, z powodu niedożywienia umiera ich 12 000 000. Po II WŚ są to setki milionów, dodajmy do tego ofiary wojen, lokalnych konfliktów. Przecież przyczyną tego wszystkiego są podstawowe prawa, cechy kapitalizmu, to jego pazerność, niszczenie i grabież innych, bezwzględny wyzysk. Czy warto więc wdawać się w dyskusje z osobami wypominającymi „komunizmowi” (który przecież nigdy nie istniał) jakiekolwiek zbrodnie. Zasługują oni jedynie na współczujący i pogardliwy uśmiech.
    Powołujący się na marksizm to nie jacyś ekscentrycy o psychopatycznych skłonnościach, to szukający w naukowy sposób drogi do lepszej przyszłości, kierujący się wyznawanym egalitaryzmem.
    Nie dajmy sobą manipulować!

  4. B.B. pisze:

    BEZ KLASY ROBOTNICZEJ NIE DA SIĘ TCHNĄĆ ŻYCIA W REWOLUCYJNĄ TEORIĘ

    Oczekiwanie, że racjonalny człowiek, mając do wyboru socjalizm lub dobrobyt, zadeklaruje, że woli socjalizm, jest zwykłym kretynizmem.

    Wyższa faza socjalizmu – komunizm, głosi wszak zasadę: „od każdego wedle jego zdolności, każdemu wedle jego potrzeb”. Komunizm jest okropnie „konsumpcjonistyczny”…

    W „realnym socjalizmie” robotnicy ponosili wymierne koszty utrzymywania państwa socjalnego. Beneficjentami byli nie tyle robotnicy, co warstwy, które biurokracja próbowała przeciągnąć na swoją stronę – kosztem robotników i z miernym, jak się okazało, skutkiem.

    Nawet rewolucjoniści nie uważali, że skuteczną walkę można prowadzić samymi naukowymi dowodami o wyższości społeczeństwa bezklasowego nad klasowym. Trzeba było do swojej teorii dopiero przekonać klasę robotniczą. Bez klasy robotniczej nie da się tchnąć życia w rewolucyjną teorię – świadczą o tym najlepiej bezskuteczne, półwieczne próby oparcia walki klasowej na innym podmiocie społecznym.

    Przyczyna jest dokładnie taka sama – człowiek jest istotą racjonalną i trzeba skrajnej determinacji, żeby podjął nierówną walkę. Cierpliwość klas wyzyskiwanych w dziejach jest wręcz szokująca. Chwytają się one każdej obietnicy i każdego ustępstwa klasy panującej, jakby ono nie było nietrwałe. Nie wynika to z „konsumpcjonizmu”, ale z kalkulacji – czy warto ryzykować życiem swoim i rodziny dla przewidywanego efektu?

    Robotnicy nie odrzucili socjalizmu. Mimo wielkopańskiego zwyrodnienia biurokracji. To biurokracja zdecydowała o zmianie ustroju. Rzekomy zachwyt robotników dla zachodniego blichtru nie miał tu nic do rzeczy – nie oni decydowali. Ten zachwyt zresztą raczej opanował drobnomieszczaństwo.

    Jakby nie patrzył, rewolucjoniści zdawali sobie sprawę z tego, że spontaniczne akcje i tradeunionistyczna świadomość robotników dają właściwy ruch robotniczy dopiero w zetknięciu się z teorią marksistowską, z socjalistyczną świadomością klasową. Można wierzyć w „spontaneizm”, ale wtedy trudno się nazywać marksistą i uczciwość wymaga, aby nie uzurpować sobie praw do tego miana.

    Między bajki należy włożyć lamenty o upadku ducha bojowego wśród robotników i o tym, że nie poszukują oni idei, która nadałaby kierunek ich żywiołowemu oporowi wobec kapitalistycznemu wyzyskowi. Pokręconym dowodem na to jest tryumf populistycznej prawicy. Populizm nawet wielu inteligentom o lewicowych poglądach wydaje się czymś podobnym do socjalistycznego egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej.

    Czegóż więc wymagać od robotników, którzy od dziesięcioleci nie mają do czynienia z autentycznym ruchem robotniczym?

    Problem dziś z ruchem socjalistycznym nie polega na braku bojowej klasy robotniczej, która walczy jak potrafi o swoje interesy, ale na tym, że to lewica nie przedstawia sensownej teorii klasowej, która byłaby atrakcyjna dla klasy robotniczej.

    Walka o prawa mniejszości różnego typu wciąż stanowi sztandarową ofertę owej lewicy, przy jednoczesnym ataku na klasę robotniczą jako opanowaną przywarami, które stanowią dla lewicy radykalnej kamień obrazy.

    Wrogość wobec imigrantów zabierających miejsca pracy nie jest czymś nowym u robotników. A jednak nie stanowiło nieprzezwyciężalnej przeszkody dla poprzednich pokoleń rewolucjonistów.

    Innym czynnikiem, zastępującym rolę klasy robotniczej, jest w koncepcji radykalnej lewicy, walka narodowowyzwoleńcza. Wiąże się to z przekonaniem owej części lewicy (zgodnym z opinią sowietologiczną), że rola ZSRR sprowadzała się do jego mocarstwowości. A więc akcent nie był położony na wzmocnienie walki wewnętrznej o odbudowanie podmiotowości klasy robotniczej, lecz na przeciwstawianie Związkowi Radzieckiemu krajów-satelitów. Znalazło to odbicie w ewolucji opozycji wewnątrz biurokracji na pozycje narodowe. Po upadku „realnego socjalizmu”, ruch robotniczy cofnął się w oczach kontynuatorów owej opozycji do epoki rewolucji burżuazyjnej z jej narodowym charakterem.

    Paradoksalnie, w tej kwestii radykalna lewica schodzi się z prawicą.

    Trudno nie zauważyć, że z tym programem nie sposób budować rewolucyjnego ruchu robotniczego, a więc i oczekiwać, że lewica znajdzie jakąś drogę do robotników i odciągnie ich od populistycznej prawicy.

    Wniosek: problem słabości ruchu leży głównie po stronie lewicy. To nie ocena, to diagnoza.

  5. Bartek pisze:

    Po co wam lewica?
    Idźcie prosto do robotników, do klasy robotniczej, do proletariatu!!
    Podbijcie ich serca socjalizmem i komunizmem.
    Rewolucja murowana.
    Robotnicy nie mogą się doczekać na komunistów. Smutni, zrozpaczeni czekają na komunistów. Przy swoich warsztatach, przy taśmach, przy maszynach, pogrążeni w swych prywatno-osobistych i tradeunionistycznych myślach czekają na komunistów. Zagubieni, zdezorientowani, jak dzieci, czekają na komunistów, jak na rodziców, bo przecież sami nic nie zrobią, nie zdziałają, nie są w stanie.
    Dlaczego?
    DLACZEGO? taka mać!
    Burżuj nawet z najniżej warstwy swojej klasy, zaraz knuje jak tu zrobić sobie dobrze. Klasowy punkt widzenia przyjmuje żywiołowo, automatycznie, z dnia na dzień, bez studiowania dzieł klasyków i kontynuatorów i bez uświadamiania przez partię taką, czy owaką. Każdy burżuj czuje się odpowiedzialny za swój los i bije się o swój interes klasowy bez pierdolenia jakiejś „awangardy”. Dlaczego robotnik nie przyjmuje własnego punktu widzenia, własnej perspektywy klasowej i nie daje temu wyrazu w swoim politycznym zaangażowaniu? W ciemię bity?
    Tak jak istnieje wiele partii burżuazyjnych, skupiających różne warstwy burżuazji, tak powinno istnieć wiele partii robotniczych skupiających różne warstwy klasy robotniczej i każda powinna się bić chociażby o swój partykularny, wręcz tradeunistyczny interes. A tu partii burżuazyjnych cały wachlarz, a robotniczej ani jednej. Zero i null. Robotnicy nie czekają na komunistów.

  6. B.B. pisze:

    KLĘSKA UCZY POKORY

    Jakoś nie pociesza nas myśl, że zamiast 6 milionów, w Oświęcimiu zginął „ledwie” milion ludzi.

    Wiadomo, że statystyka ofiar „komunizmu” podlega prawidłowościom „naukowej” licytacji. Nie na tym jednak polega „partyjność” w nauce.

    Sowietolodzy, tak jak Bartek, będą niewzruszenie powtarzać swoją mantrę – tu: o „zbrodniczości systemu”, wspartą odpowiednio spreparowaną statystyką. Jak gdyby sami czuli, że mniej niż 100 milionów, to byłby śmieszny zarzut. Bo życia ludzkie nie są dla nich ważne – leją krokodyle łzy. Chodzi o taką skalę, która by ich samych przekonywała.

    Mniejsza więc o argumenty, skoro w propagandzie nie chodzi o argumenty, ale o emocjonalną skuteczność trafiania do nieuprzedzonego odbiorcy.

    Można rozumieć obiektywne przyczyny stalinizmu, ale to nie oznacza, że należy godzić się z nimi i przechodzić nad nimi do porządku dziennego.

    Zwycięzców się nie sądzi. Klęska uczy pokory.

    Wbrew pozorom, właśnie filozoficzna składowa marksizmu ma tu duże znaczenie. Partyjność w nauce oznacza, że bierzemy stronę tych, którzy reprezentują swoim położeniem klasowym ruch postępowy ludzkości. Tzn. ruch w kierunku urzeczywistnienia potencjału tkwiącego we wspólnocie ludzkiej.

    To podejście ma swoją implikację (analogiczną do teorii predestynacji), a mianowicie: brak sukcesu świadczy o nietrafności założenia. Utrzymanie założenia wymaga skrupulatnej i obiektywnej, bezkompromisowej, analizy przyczyn niepowodzenia.
    Nie – usprawiedliwień i uników w rodzaju: „oni są nie lepsi!” „Oni” bowiem nie reprezentują ruchu postępowego i ich działania mogą być przypadkowe i… bez znaczenia.

    Nieważne, co o naszym ruchu sądzą jego wrogowie – ważne jest to, czego my się możemy nauczyć z naszych doświadczeń. A to wymaga umiejętności dokonania rzetelnej oceny własnej historii.

    Jak na razie, to brak takiej oceny skutkuje utrwalaniem takiego wizerunku doświadczenia historycznego, który wpisuje się w schemat mocarstwowości jako istoty ZSRR. Gloryfikacja Stalina podtrzymuje tę interpretację. I blokuje ruch do przodu w świadomości lewicy. Poststaliniści i posttrockiści zgadzają się w tej kwestii, tylko stawiają przeciwne znaki przed mocarstwowością jako zasadniczą cechą ZSRR.

    Jednocześnie gubią to, co zasadnicze dla przyszłości ruchu.

  7. E.B. pisze:

    No właśnie, Bartek! Wreszcie załapujesz!

    Tak, jak burżuazja spontanicznie walczy o swój partykularny interes („konsumpcjonistyczny”, a jakże!) i g… obchodzi ją los kapitalizmu jako taki – ma od dbania o interes klasowy swoich zarządców interesami burżuazji – tak robotnicy dbają prawomocnie o swój partykularny, „konsumpcjonistyczny” interes. Tyle, że nie za bardzo mają własnych zarządców swoim interesem klasowym. A powinna nim być lewica rewolucyjna.

    Nie jest to relacja patriarchalna wobec robotników, ponieważ relacja ma być taka, jak burżuazji wobec swoich zarządców – to jej „najmici”, którzy mają się ćwiczyć w podskokach, żeby jej dogodzić.

    Na tym polega dyktatura proletariatu. Klasa robotnicza decyduje o podziale dochodu narodowego i dochodów. W ramach demokratycznej procedury, jeśli tylko jest to możliwe, albo w ramach dyktatury, jeśli jest to konieczne.

    Tak jak burżuazja, która odwołuje się do zasad demokracji lub do państwa policyjnego – w zależności od stadium walki klasowej.

    Dixit et pixit.

  8. Aras pisze:

    „Jakby nie patrzył, rewolucjoniści zdawali sobie sprawę z tego, że spontaniczne akcje i tradeunionistyczna świadomość robotników dają właściwy ruch robotniczy dopiero w zetknięciu się z teorią marksistowską, z socjalistyczną świadomością klasową. Można wierzyć w „spontaneizm”, ale wtedy trudno się nazywać marksistą i uczciwość wymaga, aby nie uzurpować sobie praw do tego miana.”

    To trafne spostrzeżenie, ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden istotny aspekt… Większość robotników z którymi mieliśmy do czynienia po II wojnie światowej w PRL, w ogóle często robotnikami przed wojną nie byli i wywodzili się z w najlepszym razie z drobnomieszczańsko nastawionej klasy chłopskiej z szeregiem jej nawyków oraz odziedziczoną, by najmniej nie świadomie lewicową świadomością społeczno-polityczną. A to wiązało się jeszcze z kryzysem rewolucyjnego klasowego ruchu robotniczego, który w warunkach powojennych był osłabionymi wcześniejszymi czystkami. Nie miał po prostu kto wnosić świadomości klasowej w szeregi nowo powstającej klasy robotniczej, stąd i „naturalnie” poniekąd wyłonili się zarządcy jej interesów z pozostałości klasowego ruchu robotniczego…
    Nie bez powodu część komunistycznych przedwojennych działaczy pytała się po 1956 roku… gdzie się podziała… szkoła komunizmu… w Polsce, gdy partię zaczęły dominować postawy odległe od wydawałoby się jej własnej tradycji…

  9. Ergo pisze:

    „Robotnicy nie odrzucili socjalizmu… To biurokracja zdecydowała o zmianie ustroju”.

    Jeśli o zmianie ustroju nie decydowała klasa społeczna, tylko jakaś „biurokracja”, to czas pogrzebać marksizm.

  10. Tru Patriot pisze:

    Biurokracja na czele z Żydem ge. Jaruzelskim dogadała się z Żydami którzy już wcześnij przeszli na syjonizm i w Polsce tż wprowadzili rządy syjonu…

  11. E.B. pisze:

    Ergo,

    I kto tu jeszcze utrzymuje, że nikt nas nie czyta, bo piszemy zbyt trudno? Jak widać, czytają, nawet w niedzielę i na bieżąco, a w dodatku – ze zrozumieniem!

    Trudno o zmianę ustrojową, kiedy budowa socjalizmu nie przekroczyła etapu państwa okresu przejściowego. 70 lat biurokratycznej kontrrewolucji w ZSRR i państwach satelickich, oraz na świecie, prowadziło nieuchronnie do restauracji kapitalizmu. W tym sensie, do obalenia resztek państwa okresu przejściowego nie była potrzebna klasa społeczna. Warstwa biurokratyczna mogła zadekretować restaurację własności prywatnej środków produkcji, ponieważ była dysponentem tych środków, bez mechanizmu kontroli własnościowej ze strony klasy robotniczej. Jedyne narzędzia kontroli własnościowej posiadała biurokracja, ale nie posiadała legalnego tytułu własności.

    Obrona realnego socjalizmu wymagałaby więc skutecznego buntu wobec biurokracji, przejęcia jej realnych uprawnień dysponenckich wobec własności i zbudowania instytucji kontroli robotniczej. Biurokracja zniszczyła tę kadrę, która była zdolna coś takiego przeprowadzić, natomiast oparła się na tych siłach opozycji, które wydawały się zdolne do wprowadzenia instytucji własności prywatnej, opartej na kapitalistycznych podstawach.

  12. Tylko Pan Janusz pisze:

    Tylko Pan Janusz, a właściwiej rzecz ujmując Jego Królewska Mość Pan Janusz Korwine Mikke posługuje się jezykiem zwięzłym oraz zrozumiał, bez tych całych aberracji z odwoływaniem do klas itp bzdur… Pan Janusz stoi na czele honoru Polsk, ale czasami zachowuje się nie roztropnie… i dlatego razem z Żydami z UE głosuje a umową handlową z Żydami kanadyjskimi…

  13. Marksiści powszedni pisze:

    Nie można powiedzieć, że marksistów w Polsce nie ma… Czy nie może mieć racji L. Balcerowicz, iż http://www.newsweek.pl/polska/balcerowicz-marksizm-i-zwiazki-zawodowe-maja-sie-w-polsce-dobrze,artykuly,355451,1.html … marksiści wręcz rządzą polską nauką oraz prężnie działają w związkach zawodowych?

    Z drugiej strony https://www.fronda.pl/a/matka-kurka-na-wolnym-rynku-marksisci-z-czerskiej-umra-z-glodu,87728.html Czy zatem nie jest racją, że marksiści, ale to właśnie z L. Balcerowiczemn i innymi żydami oraz esbekami rządzą w polskiej polityce i właśnie kształtują polską politykę, przeszkadzają prawdziwym polskim przedsiębiorcom 😉

  14. Szybki rynek pisze:

    W Polsce wolny rynek byłby prawdziwie wolnym rynkiem, gdyby związki zawodowe nie były tak silne oraz nie miały poparcia marksistów wypowiadających się często na łamach prasy którzy, mimo wygodnego życia, jątrzą oraz starają się by roboli oraz młodzieży przekazywać marksizm (w związku z czym robole jak i młodzież są bardzo marksistowsko, wręcz komunistycznie nastawieni)… http://www.newsweek.pl/polska/balcerowicz-marksizm-i-zwiazki-zawodowe-maja-sie-w-polsce-dobrze,artykuly,355451,1.html

    Z drugiej strony można też usłyszeć głosy, że to jednak L. Balcerowicz i wspierającego go marksistowskie środowisko Gazety Wyborczej przeszkodziło wielu polskim prawdziwie biznesmenom i razem z marksistami, esbekami i pewnie Żydami z Ameryki wprowadziła drugi… PRL http://www.fronda.pl/a/matka-kurka-na-wolnym-rynku-marksisci-z-czerskiej-umra-z-glodu,87728.html

    I jak można teraz zaufać tym krytykom z lewicy 😉 mądrzącym się, iż marksizm jest za trudny i ludzie go nie zrozumieją, nie przystaje do rzeczywistości… Gdyby go nie rozumieli, nie ufaliby marksistowskim tubylcom” czy marksistowskim publicystom, nie głosowali na żydowskie marksistowskie partie polityczne, nie ufali esbeckiej nowomowie… marksistowskiej… 😉

  15. niedzielny czytelnik dyktatura.pl pisze:

    „Warstwa biurokratyczna mogła zadekretować restaurację własności prywatnej środków produkcji, ponieważ była dysponentem tych środków,…”

    Na Strajk.pl pod jednym z tekstów Gadziny padło oskarżenie czytelnika: „to wy zaczęliście wyprzedaż majątku Polski!”. Gadzina odpowiedziała ze spokojem, „to my komuchy zbudowaliśmy ten majątek i mieliśmy pełne prawo go sprzedać”.

  16. niedzielny czytelnik dyktatura.pl pisze:

    Chociaż bardziej odpowiedź brzmiała tak „to my komuchy zbudowaliśmy ten majątek i mieliśmy większe prawo od innych – czytaj tzw. liberałów i konserwatystów w stylu Korwina – go sprzedać”

  17. podejrzany człowiek w czerwonym kapeluszu pisze:

    @Tylko Pan Janusz

    Pan Janusz zapewne wtedy spał i śniło mu się, że masakrował w PE lewaków. Zwyczajny przypadek zadecydował, że ręka, która we śnie operowała maczetą, na jawie nacisnęła przycisk „za”.

  18. Pa, pa, Marks pisze:

    Historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk biurokratycznych.
    Biurokrata i niewolnik, biurokrata i plebejusz, biurokrata feudalny i chłop-poddany, biurokrata cechowy i czeladnik, krótko mówiąc, biurokraci i uciemiężeni pozostawali w stałym do siebie przeciwieństwie, prowadzili nieustanną, to ukrytą, to jawną walkę.
    Nasza epoka, epoka kontrrewolucyjnego ZSRR, wyróżnia się jednakże tym, ze uprościła przeciwieństwa biurokratyczne. Całe społeczeństwo rozszczepia się coraz bardziej i bardziej na dwa wielkie wrogie obozy, na dwie wielkie, wręcz przeciwstawne sobie klasy: biurokrację i proletariat.

  19. homo economicus pisze:

    Ludzie muszą wreszcie zrozumieć, że pracownik i pracodawca to tak naprawdę sojusznicy w walce z biurokracją, razem stanowią współczesny proletariat. Zniszczmy razem biurokrację a potem wspólnie stworzymy lepszy i sprawiedliwszy świat, w którym wszelkie stosunki międzyludzkie będą oparte na dwustronnych umowach między pracodawcą a pracobiorcą! Po co nam do szczęścia PIP, związki zawodowe i inne zbiurokratyzowane urzędy?

  20. Tylko JKM! pisze:

    @homo economicus

    Najprawdziwsza prawda! Ludzie muszą wreszcie zrozumieć, że teoria skapywania dobrobytu z bogatych na biednych działa. Działała też w XIX wieku tylko lewaki zafałszowały historię. Dzisiaj pomiędzy bogatymi i biednymi stoją biurokraci i łapią kropelki do swoich wiader i przez to biedota ma pretensje do bogatych, że im gówno skapuje.

  21. Marcin Brys pisze:

    @homo economicus
    @Tylko JKM!

    Nie wszystkim odpowiada żywienie się odpadkami, i tym co kapnie ze stołu.
    Pewno jaja sobie robicie.

  22. pytajnik pisze:

    @Tylko JKM:
    czy to prawda, że pana Janusza ożeniła kosą jego własna córka jak ją molestował? Było coś takiego kilka lat temu?

  23. Tylko JKM! pisze:

    @Marcin Brys

    „Pewno jaja sobie robicie.”

    Jaja to sobie robią lewaki znani jako „The Yes Men”. My Korwiniści jesteśmy poważni i wierzymy w to co mówi Pan Janusz bo Pan Janusz całe swoje życie mówi to samo w przeciwieństwie do takiego Balcerowicza z PZPR. Na całej waszej lewicy tylko jeden człowiek przypomina Pana Janusza a mianowicie Pan Włodek.

    @pytajnik

    Pan Janusz jak przystało na prawdziwego mężczyznę kocha wszystkie kobiety bez wyjątku.

    Nie masz argumentów w dyskusji to wchodzisz człowiekowi z butami w życie prywatne. To typowe dla lewaka!

  24. pytajnik pisze:

    @Tylko JKM
    tak sie obruszyłeś bo też molestujesz?
    Ja tylko tak z ciekawości

  25. wierzący konserwatysta pisze:

    Do: Marcin Brys

    Bogactwo skapuje z bogatych na biednych i to jest fakt występujący w przyrodzie. Jest takie stare anglosaskie porzekadło, mówiące, że przy koniu, który ma pełne koryto owsa wróble nie są nigdy głodne. Dlatego moja rodzina mieszkająca w USA głosowała na miliardera Trumpa. Uważam, że w Polsce też należy zagłosować na bogacza.

    Do: pytajnik

    A ty jesteś pewnie gejem i dajesz dupy ciapatym.

  26. czerwony jak cegła pisze:

    @wierzący konserwatysta

    Jakaś naciągana ta teoria. Koń to nie człowiek, to poczciwe zwierzę. Nie ma rąk i nie może opłacić owsem zbirów, za pomocą których mógłby przegonić małe sprytne podjadające mu z korytka wróble.

  27. Tylko JKM! pisze:

    Do: czerwony jak cegła

    Wy lewacy wszystko relatywizujecie, szukacie dziury w całym przez co odbieracie prostym ludziom marzenia i wiarę w to, że ich los może się odmienić, że tacy ludzie jak Prezydent Trump im pomogą. My prawicowcy dajemy ludziom wiarę w dobro człowieka. Wiarę w to, że człowiek bogaty też jest dobry. A wy dzielicie ludzi na dobrych i złych. I to z powodu tak błahego powodu jak pieniądze.

  28. pytajnik pisze:

    @wierzącykonserwatysta
    Nie, nie jestem i nie daję. Mogę zapewnić, że moje na wskroś heteroseksualne życie erotyczne – acz wolne od perwersji – przyprawiłoby o zazdrość konserwatywnych onanistów. Dlatego nie zdradzę szczegółów.
    Natomiast pewien szczegół w twej odpowiedzi jest niepokojący: jeśli ktoś stosuje argument typu „a u was biją murzynów” (tłumaczę: „a ty na pewno też robisz coś brzydkiego”) to w ten sposób faktycznie przyznaje się do zarzutu. Czyli ty też molestujesz. Smutne. A kogo, jeśli wolno spytać? Swoją młodszą siostrę?

  29. pytajnik pisze:

    @Tylko JKM
    A czy to prawda, że frajerów nazywa się teraz januszami dlatego, że takie imię ma JKM? Bo pare lat temu tego nie było.
    …Właściwie nie musisz odpowiadać. Lubię trolling ale już mi się tu trochę nudzi. Nikogo inteligentnego, sami janusze.
    EOT

  30. B.B. pisze:

    IMPERATYW I EMPATIA

    Nie każdemu odpowiada chora emocjonalność zataczająca się od „bezinteresownej miłości do plebsu” do rasistowskiego odczłowieczania „robola”. To tylko dwie strony tego samego medalu. Jak widać z tej dyskusji, „bezinteresowna” miłość łatwo przekształca się w zawiedzioną, jeśli obiekt nie pokrywa się z bezpodstawnymi wyobrażeniami na jego temat.

    Za to plebs można kochać, bo plebs tym się różni od „robola”, że potrafi się odwdzięczyć zapierdalaniem za pół darmo, w świątek czy piątek.

    Coś takiego, to można pokochać! Miód na serce sfrustrowanych kapitalistów in spe, na dorobku…

    Empatia nie jest monopolem lewicy. Jeśli zorganizowane masy ciążą ku prawicowemu populizmowi, to dlatego, że prawicowi populiści też te masy kochają. Pod warunkiem i dopóki świadomość owych mas pozostaje na poziomie tradeunionistycznym.

    Klasa robotnicza ze zradykalizowaną świadomością społeczną (nie mylić ze świadomością rewolucyjną) budzi lęk; plebs z tradeunionistyczną świadomością – empatię.

    Adrem chciałby, żeby lewica odrzuciła to, co ją odróżnia od prawicy i zdegradowała się do roli, powiedzmy, chadecji.

    Pomarzyć wolno. Ale dla lewicy życzenie adrema, sorry, nie jest imperatywem kategorycznym.

    EB w komentarzach lewica.pl

  31. W.B. pisze:

    NEGATYW I POZYTYW

    Negatyw – użyte przez nas sformułowanie:
    „Oczekiwanie, że racjonalny człowiek, mając do wyboru socjalizm lub dobrobyt, zadeklaruje, że woli socjalizm, jest zwykłym kretynizmem” ostatecznie da się sprowadzić do zwrotu „oczekiwanie [Bartka] jest zwykłym kretynizmem”.

    Pozytyw – podążając śladem Bartka, Motyla, RR i lemskiego w poszukiwaniu świadomego „robotnika-kretyna” wkrótce dojdziemy do pomysłodawcy imbecylizmu kulinarnego, który pozytywnie odpowiada na ich zapotrzebowanie.

    (komentarz BB na lewica.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *