Okręt flagowy

Pamięci Daniela Podrzyckiego

Dwa komunikaty następcy Daniela Podrzyckiego, jego wieloletniego druha, Bogusława Ziętka – „Apel do związków zawodowych i ludzi pracy” z 19 września 2005 r., wystosowany w imieniu Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień ’80” (jeszcze w trakcie kampanii wyborczej do Sejmu) oraz „Polska Partia Pracy – co dalej” z 28 września 2005 r., wystosowany w imieniu PPP już po śmierci jej przywódcy – to okręt flagowy przegranej, ale nie zwyciężonej armady.

Trudno bowiem nie zauważyć, że PPP przegrała batalię wyborczą tracąc swojego dowódcę i gubiąc flotę. Nie udało się dokonać desantu, ani uzyskać poparcia miejscowej ludności, która na widok, jakby nie było swojaków, pozostała bierna. Wynik wyborczy poniżej 1 procenta i wyjątkowo wysoka absencja dają dużo do myślenia. Nie został osiągnięty nawet plan minimum – koalicja wokół PPP nie przekroczyła bariery 3 proc., pozwalającej podreperować finanse i postawić na nogi własną machinę propagandową w postaci ogólnopolskiego tygodnika (utrzymanie dziennika i tak było poza możliwościami formacji). Można co najwyżej mówić o zdobyciu przyczółków, co w wojnie, jakby nie było, domowej, a taką jest walka klas, ma wagę jedynie symboliczną.

Flota, której w trakcie kampanii jakby przybyło, składa się z chwilowych sojuszników i kontraktowych najemników (wiązał ich tylko kontrakt wyborczy), którzy przed kolejną batalią i rozwianiu się miraży znaleźć się mogą w innych szeregach. Zresztą każdy gra na siebie. W nowym rozdaniu i pod nowym przywództwem PPP może nawet zostać zmarginalizowana. Nie przypadkiem już dziś krąg „społecznie wrażliwych” lewicowców i prawicowców przekroczył wskaźnik epidemii.

Jak zawsze brak jest odpowiedzialnych za klęskę. Chyba, że odpowiedzialnością obarczymy nieobecnych, do których dołączył ostatnio Daniel Podrzycki.

Nowa koalicja, podobnie jak „autentycznie nowa, uczciwa i wrażliwa społecznie lewica”, o którą upomina się Bogusław Ziętek, skrzyknąć się może co najwyżej wokół kolejnej porcji banałów i stereotypów „współczesnej socjaldemokracji”, z domieszką dziegciu i alterglobalizmu.

Wybicie przez Bogusława Ziętka na czoło celów PPP „zawarcia nowej Umowy Społecznej” – „umowy, która da nadzieję na zmianę swojego losu milionom zniechęconych obywateli. Umowy, która będzie zawierać gwarancję dla ludzi prostych, pozbawionych pracy i środków utrzymania. Umowy, która da szansę na godne życie tym, którzy pracę mają, ale dochody jakie osiągają nie są wystarczające dla utrzymania rodziny. Umowy, która zagwarantuje młodzieży dostęp do wiedzy i bezpłatną edukację, a ubogiemu społeczeństwu – dostępną i bezpłatną służbę zdrowia” – nie jest bynajmniej gwarancją sukcesu, tylko gwarancją klęski.

Wielcy przywódcy uczą się na błędach swoich poprzedników. I tym samym klęskę zamieniają w zwycięstwo. Mali nie wychodzą z cienia swych poprzedników.

Gdy ktoś przed walką myśli już o POKOJU, bo tym jest UMOWA SPOŁECZNA, składa broń! Za takim wodzem i za taką partią nie pójdą ci, których z bierności może wyrwać jedynie walka na śmierć i życie. A taką walką w przypadku wojny domowej jest walka klas.

Gdy chcesz walczyć i zwyciężać, to nie zapraszaj „wszystkich” – zapraszaj tylko tych z „głodujących miast” i tych z „głodujących wsi”, którzy chcą walczyć o wszystko, bo „nic prócz kajdan nie mają do stracenia”. Gotuj się do walki, jak do „ostatniego boju”.

Po raz ostatni z Danielem Podrzyckim rozmawialiśmy po promocji książki Krzysztofa Pilawskiego. Daniel w ręku trzymał dwa egzemplarze broszurki „Skąd się biorą komuniści”. My odpuściliśmy sobie tę lekturę, która już na pierwszy „rzut ucha” wydawała się dziennikarską papką. Niestrawną nie tylko dla socjalistów i socjaldemokratów, ale i przede wszystkim dla komunistów. Daniel nie był ani jednym, ani drugim. Był sobą, był radykalnym przywódcą związkowym i robotniczym. Na niwie „wielkiej” polityki stawiał pierwsze kroki. W polityce zachowywał się jak pijane dziecko we mgle – trzymał się płotu – swojej rodzinnej Dąbrowy Górniczej, swojego związku zawodowego, swoich współtowarzyszy. Po wpadce z „Alternatywą” i flircie ze skrajną prawicą, teraz pokładał nadzieje w „lewicy wrażliwej społecznie”. Z tymi książkami w ręku czuł się nieco nieswojo. Był jednak na tyle świadom zagrożeń, że gotów był słuchać krytyki (więcej – dziękował za krytykę!). Co obiecaliśmy mu solennie, po starej znajomości. Jedno już wiedział – wiedział, że aby wygrać trzeba mieć własną partię i własną prasę. Chciał mówić własnym głosem – własnym, to znaczy robotniczym. Jak każdy jednak ulegał modom i wiodącym tendencjom. Jego receptą był płot-azymut i ster we własnej ręce. Jego siłą była więź z własną glebą – związkiem zawodowym, z Dąbrową Górniczą i własną klasą – więź z Czerwonym Zagłębiem. To dzięki nim był wielką nadzieją radykalnej lewicy i realnym zagrożeniem dla wszystkich. Dla całej klasy politycznej.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

3 października 2005 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamięci Daniela Podrzyckiego. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *