Zawstydzić Żiżka

Trochę trudno zgodzić się z prof. Agatą Bielik-Robson, że Slavoj Żiżek całkowicie minął się z prawdą włączając ją do tej kategorii polemistów, którzy ustawiają go do łatwiejszego bicia. Istotnie, pierwszy tekst pani profesor sprowadzał się w gruncie rzeczy do humanistycznego oburzenia zamierzonym bądź niezamierzonym epatowaniem burżuja truchłem potwora, który swój pseudonim zapożyczył od rosyjskiej rzeki. Ale w przeciwieństwie do pierwszego tekstu, w drugim prof. Agata Bielik-Robson, widząc, że sprawa trickstera nie da się tak łatwo spławić, usiłuje podejść do fenomenu Żiżka poważnie.

Trudno również zgodzić się z opinią pani profesor, że Żiżek powinien doszukiwać się sprzymierzeńca w profesorze Marku J. Siemku, nawet jeśli tylko w jednej kwestii – kamerdynerstwa w oglądzie Lenina. Mamy takie niejasne wrażenie, że prof. Siemek, choć może bywa czasami oportunistą, to jednak profesjonalnie stoi na wysokości zadania i jego zdanie o kamerdynerstwie jako żywo pasuje do samego… Żiżka. Czymże innym jest bowiem stosowanie psychologistycznych analiz wrażliwości Lenina na muzykę Schuberta i wyciąganie z tego wniosków natury politycznej? Zamiast grzebać w łóżku wodza rewolucji, Żiżek grzebie w jego duszy, a przecież perspektywa lokaja pozostaje niezmieniona. Wydaje się dość oczywiste, że do polityka należy stosować przede wszystkim perspektywę polityczną, a nie psychoanalityczną.

Jednak zastosowanie tej perspektywy jest dla nowej lewicy niemożliwe. Po pierwsze dlatego, że rozpatrywanie Lenina jako polityka wymagałoby uznania, że nie jest on wyłącznie Babą Jagą z bajki braci Grimm, ale przedstawicielem pewnego – użyjmy tu modnego współcześnie określenia – projektu lewicowości i socjalizmu. Po drugie dlatego, że nowa lewica w ogóle jest niezdolna do poważnego traktowania polityki. Określenia „poważny” używamy w znaczeniu, jakie nadawał temu słowu prof. Wojciech Kunicki w dyskusji – także wokół książki Żiżka – upublicznionej na łamach dodatku „Europa”.

Nota bene, Slavoj Żiżek również zarzuca współczesnej nowej lewicy brak poważnego podejścia do kwestii politycznych i to jest głównym tematem jego książki oraz tym faktem, który skłonił go do sięgnięcia do tak „drastycznej” formy prowokacji, czyli do Lenina.

Co to jest rzeczywista antysystemowość? Lewica mogłaby się tego uczyć od antysystemowej prawicy, gdyż ta traktuje samą siebie poważnie, w przeciwieństwie do nowej lewicy – sugeruje prof. Kunicki, który zauważa jednak elementy zmiany właśnie we wkraczaniu nowej lewicy na teren, na którym dotychczas nie chciała się ona znaleźć – na teren społeczny i gospodarczy. Kulturowa krytyka (neo)liberalizmu – jak przekonująco pokazuje – jest nie tylko niekonsekwentna, ale i niepoważna.

Powaga polega również na tym, że traktuje się poważnie własną historię, z jej dobrymi i złymi stronami. Niepoważne traktowanie samego siebie polega na udawaniu, że ma się same pozytywy, że w NASZEJ historii nie było stalinizmu, a więc skoro prawica dyktuje, że Lenin równa się Stalin, to lewica czym prędzej się z tym zgadza i pośpiesznie odcina od Lenina, bo jej prawda musi być jednoznacznie pozytywna – co się w życiu nie zdarza. Ale przecież nowej lewicy nie interesuje rzeczywistość, tylko narcystyczny własny obraz; jest notorycznie uzależniona od cudzego (prawicy) zdania na swój temat, ponieważ ma kłopoty z samoidentyfikacją na wszelkich polach, ba, robi z musu cnotę i uważa się za stworzoną do wskazywania drogi innym, którzy nie mają problemów z własną, utrwaloną i będącą źródłem nieznośnej jouissance, tożsamością.

W pierwszych słowach wprowadzających do lektury książki Żiżek pisze coś, co brzmi jak motto jego pracy: „pierwszą reakcją na pomysł, że Lenin mógłby dziś być znowu aktualny jest, rzecz jasna, wybuch sarkastycznego śmiechu. Marks jest OK. – dzisiaj, nawet na Wall Street, znajdą się ludzie, którzy wciąż go uwielbiają: Marksa – poetę towaru, który dostarcza doskonałych opisów kapitalistycznej dynamiki; Marksa od cultural studies (…) Ale Lenin – nie to jakiś żart! Czyż Lenin nie symbolizuje właśnie porażki praktycznej realizacji marksizmu, tej wielkiej katastrofy, która odcisnęła swe piętno na światowej polityce XX wieku, realnego socjalizmu, eksperymentu, który zakończył się ekonomicznie niewydolną dyktaturą?” Po takim wstępie czytelnik miał prawo spodziewać się, że reszta dzieła będzie równie niestereotypowa, co początek. Niestety, Żiżek traktuje Lenina dokładnie w taki sam sposób, jaki wyśmiał w owym cytacie. Z dużej chmury mały deszcz.

Trafnie tym razem prof. A. Bielik-Robson interpretuje Żiżkowy zamysł, a mianowicie, że chce on „ocalić ‘iskierkę utopii’ zawartą w lewicowej tradycji rewolucyjnej”. Trafnie również jej skojarzenia idą w kierunku prawicowej myśli radykalnej, przywoływanej zresztą przez prof. Kunickiego we wspomnianej wyżej dyskusji. Może zrozumiała poniewczasie, że prawdziwa dyskusja, tzn. dotycząca rzeczywistych problemów społecznych, nie da się zamieść pod dywan, pod pretekstem, że „nie ma litości dla (teoretycznych) antyhumanistów”. Starcie między lewicą a prawicą nie może zostać rozstrzygnięte na korzyść lewicy w sytuacji, kiedy ta – odchodząc od marksizmu, a więc i od Lenina – rozmywa granice między lewicą a prawicą prowadząc do popularnego skądinąd i nie tak dawno modnego w kręgach „postępowców” przekonania o tym, że podział na lewicę i prawicę się przeżył. Jest out of fashion, démodé.

„Problem Lenina” będzie zawsze koronnym zarzutem prawicy w zideologizowanym dyskursie politycznym i żadne odcinanie się od „dziedzictwa leninizmu” tu nie pomoże. W obliczu antysystemowego ataku konserwatystów na liberalizm, postawa nowej lewicy po aptekarsku odmierzającej różnice (nieistotne) między liberalizmem a neoliberalizmem, będzie pozostawała postawą niepoważną, a więc pozbawioną skuteczności. Jakiejkolwiek, nie tylko pragmatycznej, jaką chce się wmówić Leninowi, ale i skuteczności (podmiotowości) w dyskursie. Widać to szczególnie wtedy, kiedy nie tylko Kinga Dunin, ale i Sławomir Sierakowski stają się radykalniejsi w polemikach, niż są na co dzień. Ten radykalizm jest innego typu niż ten, wychwalany przez nich zwyczajowo – zostają zmuszeni siłą rzeczy do sformułowań odnoszących się do sfery gospodarczej czy społecznej. Wykraczają poza krytykę neoliberalizmu zbliżając się do krytyki liberalizmu, co jeszcze niedawno nie mieściło się im samym w głowach.

Prof. Agata Bielik-Robson nie polemizując z prawicą w swoim tekście, nie musi jednak obawiać się dylematów związanych z dwuznacznością pojęcia liberalizmu. Dla jej potrzeb wystarczy, że w liberalizmie dostrzeże zaledwie „liberalny ideał wiecznej rozmowy”.

Lenina natomiast interpretuje zgodnie z wykładnią Schmitta „rodem z ‘Teologii politycznej’”: jako dyktatora nie związanego żadnym prawem, arbitralnie je ustanawiającym, a co najważniejsze – legitymizującego przemoc jako „właściwe rozwiązanie polityczne”. Można by sobie tylko prawomocnie zadać pytanie: dlaczego owa (skrajnie) prawicowa wykładnia i sposób interpretowania historii oraz jej twórców okazuje się tak wiążący dla przedstawicieli rzekomej lewicy? Dlaczego sposób interpretowania historii jest narzucony lewicy przez prawicę i to tak skutecznie, że ta nie widzi nic niestosownego w swym braku samodzielności wobec jej rzekomego przeciwnika, a może nawet wroga politycznego?

Co ciekawe, do postaci Hitlera stosuje się przyjęty powszechnie kanon interpretacyjny polegający na robieniu z niego psychopaty, woluntarystycznego dyktatora, który wyskoczył niczym Filip z konopi z czarnej dziury historii. W swojej odpowiedzi na polskie polemiki, Żiżek histerycznie uderza w lament, że wbrew temu, klasycznemu już kanonowi, obecnie usiłuje się robić z nazizmu „historyczną odpowiedź na komunizm”. Ten zabieg jest możliwy w sytuacji osłabienia pozycji lewicy. Robienie z Hitlera jednostkowego psychopaty było grą na odebranie wagi problemowi nazizmu, grą skuteczną, bo grali w nią również i lewicowcy, którym nie odpowiadało poważne potraktowanie Hitlera, a co za tym idzie i rewolucjonistów w sposób poważny. Czyli w sposób odpowiadający prawdzie historycznej i społecznej. Dziś lewica płaci za to cenę. Prawica wyciąga na wierzch prawdziwe korzenie nazizmu, gdyż nie boi się już odporu lewicy na tym polu. Śmieszne są również próby lewicy ocalenia chociażby obrazu Lenina jako psychopaty i sprowadzić krytykę lewicy do bezpiecznego, niepoważnego wymiaru. Wbrew oburzeniu Żiżka, tak, faktycznie, nazizm i Hitler byli odpowiedzią burżuazji na groźbę komunizmu, bardzo wyraźną w trakcie i po I wojnie światowej.

Prawica, przy akompaniamencie cierpiącej na glątwę lewicy, przeprowadziła swój dowód, że odpowiedzialność za nazizm ponosi… lewica. Prawica nigdy nie dokonałaby tego karkołomnego cudu ekwilibrystyki, gdyby nie wspólnictwo lewicy. Gratulacje!

Nawet przez moment nie ma u prof. Agaty Bielik-Robson odwołania do tego, co stanowi o fundamencie lewicowej myśli wyzwolonej spod hegemonii ideowej prawicy, a mianowicie do ruchów społecznych, w tym do ruchu robotniczego, do jego walki i jego klęski. I to nie klęski spowodowanej przez Lenina, który rzekomo sprzeniewierzył się Marksowi, ale klęski tego ruchu w jego walce z burżuazją, z kapitałem, z ich przewagą nie tylko militarną, ale i propagandową. Jeżeli nie bierzemy rzeczywistości ruchu robotniczego pod uwagę, to na nic nie zdadzą się żadne wydumane różnice między liberalizmem a neoliberalizmem, żadna walka z opresją mniejszości dowolnego typu. Sedno walki z prawicą tkwi w kwestii interesu klasy robotniczej i jej świadomości. Dopiero wychodząc od tego, można zastanawiać się, czy byłoby się mądrzejszym od Lenina.

Nota bene, w rozmowie w dodatku „Europa”, redaktor Cezary Michalski raczył odnieść się do poglądów filozoficznych Lenina jako do poglądów „idioty”. W tym kontekście można by przywołać pewien fragment z Żiżka, który cytuje uznanie Karla Poppera dla pracy Lenina „Materializm a empiriokrytycyzm”. Abstrahując od rozsądnych analiz Żiżka – bynajmniej nie bałwochwalczych – podejścia Lenina do metody naukowej czy do pojęcia materializmu, a także od naszego stosunku do Poppera, można by stwierdzić, że lepiej znaleźć się wraz z Leninem w towarzystwie „idioty” Poppera niż wraz z Cezarym Michalskim w towarzystwie jakiegoś bezpodstawnie samozadowolonego buca.

Niezależnie od oceny wartości „teorii odbicia”, ważne są uwagi Żiżka na temat rozbieżności Lenina z Kautskym w rozumieniu kwestii wnoszenia świadomości do klasy robotniczej i na tym polu należy oceniać Lenina, tj. jako polityka, a nie jako filozofa, do czego nie rościł sobie pretensji.

Tego typu zagadnienia pozostają jednak z dala od pola uwagi recenzentów książki Żiżka.

W naszej pierwszej polemice z prof. Agatą Bielik-Robson zwracaliśmy uwagę na to, że Żiżek użył Lenina do pobudzenia nowej lewicy, do sprowokowania jej do odwagi, której od dawna nie posiada, gdyż oddała całkowicie ideową hegemonię prawicy. Uważamy, że prostytuowanie dziedzictwa Lenina do tak marnego i nie wartego zachodu celu jest profanacją zwłok, nie mówiąc już o profanacji pamięci o ruchu robotniczym. Ponadto, rzecz jest niewarta zachodu, albowiem ustami prof. Bielik-Robson nowa lewica odpowiada, że ta iskierka utopii w lewicowej tradycji rewolucyjnej jest balastem u nogi lewicy, pozbawionej tradycji rewolucyjnej i odcinającej się od niej. Po co uszczęśliwiać trupa lewicy wbrew jego woli? Po co Żiżek podjął się tej niewdzięcznej i syzyfowej pracy? Z miłości do paradoksu i bon motu? Całkiem prawdopodobne.

Ale kryje się za tym jeszcze coś innego. Według prof. Kunickiego, „…należy wyjść od pewnej antropologii, od tego, że człowiek jest ze swej natury istotą złą i dlatego musi istnieć państwo, policja, elementarny system porządku i ładu, a także my, czyli nauczyciele akademiccy – po to , by tą ludzką agresją jakoś sterować”. Ta antropologia materializuje się także w przekonaniu, że wszelkie szlachetne porywy (rewolucyjne) muszą ustabilizować się jako jakaś forma ładu społecznego. Takie są ontologiczne podstawy przerastania rewolucji w odrażający system, np. stalinowski. Ciągłość między Leninem a Stalinem jest zawarta w tej ontologii/antropologii zastępującej analizę historyczną, na którą nowej lewicy nie stać. Nowolewicowiec Żiżek tylko obnaża konserwatywne korzenie nowolewicowego defetyzmu.

Istnieje jednak spora asymetria między pozycją konserwatyzmu a pozycją lewicową. O ile konserwatyzmowi taki pogląd służy jako uzasadnienie dla konserwatywnego ładu społecznego, o tyle dla lewicy ten pogląd jest jałowy, prowadzący do wewnętrznie sprzecznych wizji. O ile więc konserwatyści mogą swemu ładowi nadać jakiś wyraz konieczności dziejowej, o tyle lewicowcy muszą odcinać się od wszelkich form rewolucji, gdyż ich nieuchronnym skutkiem jest „samouzasadniająca się przemoc”. Dlatego też z lewicowości wyrasta się na porządnych konserwatystów. Dlatego też Żiżek jest jednocześnie i lewicowcem i konserwatystą, i nie ma w tym nic dziwnego; to tylko Piotruś Pan, który wyrósł z krótkich spodenek złudzeń, ale wciąż nie chce dorosnąć.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

23 stycznia 2007 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rewolucja u bram. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *