Biuro rzeczy znalezionych

Pamięci Daniela Podrzyckiego

W programie wyborczym Polskiej Partii Pracy i spółki znalazły się: „Praca dla każdego. 35-godzinny tydzień pracy z zachowaniem dotychczas osiąganej płacy. Godziwa płaca za pracę. Minimalna płaca na poziomie 68% średniej krajowej. Zwolnienie emerytów i rencistów z podatku dochodowego od osób fizycznych. Weryfikacja prywatyzacji. Renacjonalizacja majątku sprywatyzowanego z naruszeniem prawa i ukaranie winnych. Świeckie państwo. Bezpłatna i powszechna opieka zdrowotna przy odpowiednim finansowaniu służby zdrowia i racjonalnym rozliczaniu jej kosztów. Niskie stawki VAT na artykuły podstawowe (żywość, leki, art. edukacyjne) i wysokie na artykuły luksusowe. Tolerancja i poszanowanie praw wszystkich mniejszości, w tym narodowych, etnicznych, religijnych i seksualnych. Faktyczne zrównanie w prawach kobiet i mężczyzn. Prawo do bezpłatnej antykoncepcji i aborcji. Wprowadzenie powszechnej i obowiązkowej edukacji seksualnej w szkołach. Rozdział państwa od kościołów i neutralność światopoglądowa państwa. Zniesienie ekonomicznego uprzywilejowania instytucji religijnych. Wspieranie wszelkich działań państw, organizacji, instytucji międzynarodowych i osób, których celem jest anulowanie zadłużenia krajów rozwijających się oraz wprowadzenie 1% podatku od spekulacji kapitałowych (tzw. podatek Tobina). Poparcie uniwersalnych wartości oraz praw człowieka” (Manifest Wyborczy PPP „Pracy i chleba”).

Jednak, jak już pisaliśmy: „tworzenie programu wyrażającego interesy bezpośrednich producentów jest dużo bardziej skomplikowane niż tworzenie programów odzwierciedlających interesy burżuazji, czy to wielkiej, czy to drobnej. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do tych ostatnich, każdy postulat programu klasy robotniczej przekłada się na postulaty polityczne podważające panowanie klasy kapitalistów i grup z nią związanych. Albowiem ocena tego, co jest realne w gospodarce, należy do klasy posiadaczy środków produkcji. Ci ostatni mogą bowiem decydować się na takie pociągnięcia gospodarcze…”, które weryfikują realność postulatów robotniczych, czyniąc je utopijnymi. Klasa robotnicza jest antagonistą burżuazji. Niemniej „subiektywne decyzje kapitalistów są obiektywnymi elementami w mechanizmie gospodarczym każdego kraju i nie można ich arbitralnie wziąć w nawias tylko dlatego, że nie są racjonalne z punktu widzenia klasy robotniczej. (…) Twórcy Manifestu Wyborczego PPP ‚Pracy i chleba’ ignorują te proste prawdy” („Nasze poparcie programowe dla listy nr 2 i Daniela Podrzyckiego” z 2.09.2005 r.).

O ile jednak w manifeście wyborczym PPP i spółka z jednej strony kwestionowały zasady społeczeństwa burżuazyjnego, to z drugiej liczyły na cud nad urną, czyli że burżuazja nie będzie przeciwdziałać ich zamiarom. Zapewne pod wpływem blokady medialnej, która wprost prowadziła do marginalizacji koalicji skupionej wokół PPP, sytuacja zmieniła się diametralnie – PPP i WZZ „Sierpień ’80” apelowali wprost do ludzi pracy.

Bogusław Ziętek przypominał, kładąc nacisk na „walkę z bezrobociem, podniesienie wynagrodzeń i zmniejszenie obciążeń podatkowych dla najuboższych”, NAJWAŻNIEJSZE PUNKTY TEGO PROGRAMU:

„Praca dla każdego. 35-godzinny tydzień pracy z zachowaniem dotychczas osiąganej płacy. Godziwa płaca za pracę. Minimalna płaca gwarantowana na poziomie 68% średniej krajowej, czyli obecnie nie mniej niż 1679 złotych. Zwolnienie emerytów i rencistów z podatku dochodowego od osób fizycznych. Wprowadzenie ustawowych gwarancji pomocy państwa dla osób pozostających bez pracy – ustawa o statusie bezrobotnego, która gwarantuje wypłatę zasiłku dla bezrobotnych przez cały okres pozostawania bez pracy. Bezpłatna edukacja. Pomoc materialna dla dzieci i młodzieży dla wyrównania szans. Bezpłatna i powszechna opieka zdrowotna. Niskie stawki VAT na artykuły podstawowe (żywność, leki, art. edukacyjne) i wysokie na artykuły luksusowe. Weryfikacja prywatyzacji. Renacjonalizacja majątku sprywatyzowanego z naruszeniem prawa i ukaranie winnych. Ustawowe określenie strategicznych dziedzin gospodarki, nad którymi państwo powinno posiadać kontrolę (sektor bankowy, energetyczno-paliwowy, sieci kolejowe i drogi, łączność, strategiczne zasoby surowców)” (Apel WZZ „Sierpień ’80” do związków zawodowych i ludzi pracy, podpisany przez B. Ziętka z 19.09.2005 r.).

Gdy jednak i to nie dało rezultatów, okazało się, że lekarstwem na wszystko ma być Umowa Społeczna, czyli nie „tylko program koniecznych zmian politycznych, społecznych i gospodarczych”, ale wręcz „cała filozofia myślenia o człowieku i jego wartości. Filozofia, która nie jest miła tym, którzy głoszą liberalne poglądy i sprzyjającym im mediom” (B. Ziętek „Polska Partia Pracy – co dalej” z 28.09.2005 r.).

W tej koncepcji – typowo socjaldemokratycznej – umowa czy, jak kto woli ugoda z kapitałem, stanowi rdzeń programu i filozofii koniecznego dziejowego kompromisu społecznego.

Bezkompromisowość i gołosłowność poprzednich postulatów zostaje zatem zastąpiona rozwagą i „gwarancjami dla ludzi prostych”, których nie wiedzieć czemu ma udzielić kapitał.

B. Ziętek sam sobie zadaje retoryczne pytanie „Czy taka Polska jest możliwa?”

Potwierdzeniem słuszności obranej drogi ma być wiara – „Daniel do końca wierzył, że tak”.

Wiary jednak we własne siły najwyraźniej zabrakło, skoro gwarantem stabilizacji ma być Umowa społeczna, o której w poprzednich enuncjacjach programowych PPP nawet nie wspominano.

Tymczasem, Piotr Ikonowicz, który pod koniec kampanii wyborczej wsparł PPP, przypomina, że choć „Daniel chciał ustępstw”, jednocześnie zdawał sobie sprawę (o czym mówił w jedynym publicznym wystąpieniu na żywo w trakcie kampanii wyborczej, w TV3, program „Młodzież kontra…”), że „są dwa wyjścia, albo będzie rewolta społeczna, albo rząd pójdzie na ustępstwa” (P. Ikonowicz „Daniel – walka trwa”, „Trybuna” z 26.09.2005 r.). A zatem brał również pod uwagę wariant alternatywny.

W kampanii wyborczej wszyscy kandydaci do miejsc w Parlamencie i do najwyższych urzędów w państwie deklarowali chęć zajęcia się najbardziej palącymi kwestiami społecznymi. Zwykłemu człowiekowi trudno rozeznać się w tym, kto składa owe deklaracje w dobrej wierze, a dla kogo jest to tylko populistyczna demagogia. W sytuacji rozkładu koncesjonowanej lewicy przestały wielką rolę odgrywać kwestie podziału (sztucznego skądinąd) na formacje post-PRL-owskie i postsolidarnościowe.

W tej sytuacji też kwestie socjalne przestały mieć jednoznaczną „postkomunistyczną” konotację i stały się elementem, który mogły zacząć wykorzystywać formacje centroprawicowe i prawicowe bez narażania się na atak i przypisywanie do „postkomuny”, co spotkało jeszcze „Samoobronę”, choć „solidarne” i „socjalne” państwo z oferty Prawa i Sprawiedliwości przez głównego konkurenta porównywane było do socjalizmu, a przez Daniela Podrzyckiego nawet do komunizmu. Przy czym Podrzycki deklarował się jako socjalista, a Platforma Obywatelska jako „prawdziwie kapitalistyczna”.

W nowym rozdaniu wrażliwość społeczna okazała się hitem sezonu letnio-jesiennego i okryciem najbardziej twarzowym i modnym.

Wyeliminowanie z bezpośredniej rozgrywki o władzę skompromitowanej skandalami korupcyjnymi socjaldemokracji post-PZPR-owskiej sprawiło, że szczycenie się czystymi rękoma przestało być towarem deficytowym. Wyborcy ujrzeli, że pozostali na placu boju „uczciwi” politycy nadal się kłócą i rywalizują ze sobą. Okazało się, że sama „uczciwość” jeszcze nie wystarcza, aby ludzie dobrej woli zebrali się razem dla dobra Ojczyzny.

Walka wewnętrzna prawicy postawiła prawidłowy problem społeczny w dość jednoznacznym kontekście. Walka PiS i PO wyraziła się w klasowym ujęciu sprawy – biedni przeciw bogatym.

Tymczasem w zamazywaniu problemów społecznych prawicę zastąpiła lewica. Sojusz Lewicy Demokratycznej, zajęty sobą i swoją wiarygodnością, całą uwagę skupił na odbudowywaniu wizerunku „uczciwej socjaldemokracji” usiłując wyrwać się z uścisku SDPL i massmediów, które tym właśnie chwytem trzymały go za gardło. Walcząc o etykietkę „uczciwości” oba ugrupowania nie zauważyły, że rywalizacja prawicy przesunęła się na inny obszar zainteresowania wyborcy (co wytknął SLD nawet Mieczysław F. Rakowski). Skorzystała na tym Samoobrona R.P. Klęskę modnego w minionym sezonie wdzianka z kolekcji „Czyste Ręce” najlepiej obrazuje słaby wynik głównego inkwizytora końcówki rządów SLD – Romana Giertycha i LPR oraz niezły – Andrzeja Leppera, „człowieka z charakterem”.

Niestety, całkowitym brakiem wyczucia nadchodzących trendów w modzie wykazała się Polska Partia Pracy przyjmując nowolewicowy program alterglobalistów i maskę nowoczesności i uczciwości. Punkty programowe Manifestu Komitetu Wyborczego PPP nadawały się na alternatywę wobec programu rządzącej socjaldemokracji, gdyż są – podobnie jak program Borowskiego – wytknięciem niekonsekwencji tej formacji u władzy. Jego realność miałaby uprawdopodobnić krytyka SLD za brak uczciwości i zasad, których zabrakło do wdrożenia programu wrażliwego społecznie.

Dziś jednak pierwsze pytanie brzmi – jakie są gospodarcze szanse i warunki realizacji danego programu? Startowanie w wyborach z programem PPP jest jeszcze o tyle wiarygodne, że start w wyborach zakłada walkę o władzę. Natomiast utrzymanie tego programu w warunkach panowania prawicy, co zapowiada Bogusław Ziętek, jest chyba czystą demagogią.

W odczuciu społecznym taki program jest traktowany jako niekontaktowy z rzeczywistością. Program ten podaje pewne konkretne rozwiązania podstawowych problemów społecznych, ale nie podaje żadnych generalizujących haseł przybliżających ostateczną, spójną wizję systemu społeczno-ekonomicznego, który zapewniłby niesprzeczne funkcjonowanie tak wielu elementów, z których każdy onieśmiela swą kosztownością.

O postulacie 35-godzinnego tygodnia pracy z zaliczeniem dotychczasowego wynagrodzenia pisaliśmy już przy okazji Manifestu Porozumienia Lewicy Antykapitalistycznej. W rezultacie Nowa Lewica wróciła 1 Maja do tradycji 8-godzinnego dnia pracy (8 godzin pracy, 8 godzin snu i 8 godzin odpoczynku). Postulat 35-godzinnego tygodnia pracy jest o tyle abstrakcyjny dla pracobiorców, że to rozwiązanie pośrednio wpływa na utratę poczucia panowania nad własnym losem i daje powód do obciążania winą za głodową płacę zmiennika na stanowisku pracy. W dodatku można by nawet postulować 15-godzinny tydzień pracy z zachowaniem dotychczasowej płacy biorąc pod uwagę fakt częstego nie wypłacania wynagrodzeń w ogóle, bądź ich opóźnianie przez pracodawców.

Odwoływanie się do solidaryzmu społecznego na najniższym szczeblu jest całkowicie niepopularne w toku kampanii wyborczej, kiedy to raz na 4 lata ludzie mają igrzyska i mogą domagać się od „klasy politycznej”, żeby sama gimnastykowała się w celu przekonania sceptyków. A PPP chce im zabrać igrzyska!

„Minimalna płaca na poziomie 68% średniej krajowej”. Kto na to zapracuje? Przecież nie ma nawet postulatu, by drakońsko zwiększyć obciążenia podatkowe przedsiębiorców, zaś przedsiębiorca jako osoba fizyczna potrafi ochronić swój dochód dzięki przerzuceniu kosztów luksusowego trybu życia w koszty prowadzonego przez siebie przedsiębiorstwa.

Postulat ustalenia płacy minimalnej na poziomie 68% płacy średniej krajowej odzwierciedla słuszne przekonanie, że zbytnia rozpiętość dochodów społeczeństwa nie pozwala na ukształtowanie się funkcjonalnej struktury gospodarki. Zbytnia rozpiętość dochodów sprzyja spekulacji, np. pośredników, którzy zaniżają ceny producentów i podbijają ceny ostatecznego konsumenta. Zbytnia rozpiętość dochodów nie pozwala na zadziałanie „koła napędowego” gospodarki, cokolwiek by tym kołem nie było.

Jednocześnie trudno się nie dziwić, że skupiono się wyłącznie na rozpiętości dochodów ludzi pracy nie wspominając nic o rozpiętości dochodów między światem pracy a światem kapitału.

Koalicja wokół PPP uwierzyła, że takie krytykowanie nierówności społecznych (w przeciwieństwie do nierówności wewnątrzklasowych, technicznych) byłoby ujawnieniem braku konstruktywizmu.

Jeżeli jednak brać pod uwagę rzeczywiste, wielkie tendencje gospodarcze, to trzeba poważnie potraktować stwierdzenie, że 20% ludzi wystarczy, żeby utrzymać mechanizm gospodarki świata, a więc i kraju. Wtedy nie ma znaczenia, że ludzi bardzo bogatych jest niewielu. Przy takiej proporcji aktywnej gospodarczo ludności do „ludności zbędnej” waga warstwy bogatych nabiera dramatycznego znaczenia.

Widać to na przykładzie usług publicznych, w tym służby zdrowia. Komercjalizacja służby zdrowia jest pomysłem absurdalnym z punktu widzenia klasy robotniczej, która w socjalizmie finansuje ją z wartości dodatkowej. Perspektywa pełnej komercjalizacji służyć ma 20% ludności zamożnej i względnie zamożnej, jednocześnie wykluczając 80% społeczeństwa z korzystania z owej służby. Na tak zawężonej podstawie społecznej sprywatyzowana służba zdrowia może sobie funkcjonować opierając się na zasadach gospodarki wolnorynkowej z finansowymi ulgami ze strony klasowego państwa dla pożytecznych przedsiębiorców.

Manifest wyborczy „Pracy i chleba” nie kwalifikuje się na program klasy robotniczej. Albowiem z żadnego punktu programu nie przeziera klasowa niechęć do kapitalistów, a tylko oburzenie na nieuczciwość, która, jak już mówiliśmy, jest w tych wyborach zgraną kartą. Rzecz charakterystyczna, że po wyborach zgraną kartą wciąż grają zarówno Bogusław Ziętek, jak i nowy sojusznik, Piotr Ikonowicz. Mówią oni wciąż o porozumieniu i budowaniu partii „uczciwej lewicy”.

Nie mówi się o zniesieniu VAT (Unia Europejska!), ale o niskim VAT-cie (wysokim na towary luksusowe). Ten postulat, podobnie jak bezpłatna służba zdrowia, edukacja czy zwolnienie emerytów i rencistów z podatków, wpisuje się w działanie państwa, które aby mieć na ten cel środki musi jakoś wydobyć je z przedsiębiorstw. Natomiast przedsiębiorcy przerzucają koszty na siłę roboczą. Są też w stanie unikać dofinansowania państwa dzięki szarej i czarnej strefie.

Trudno u wyborców wywołać pozytywne reakcje na postulat solidarystycznego dzielenia się pracą w ramach 35-godzinnego tygodnia pracy. Za to też będą musieli sami zapłacić.

Co do renacjonalizacji, robotnicy rzeczywiście sami się jej spontanicznie domagali w 2003 r., ale nie po to, żeby wartość tam wypracowana ginęła w przepastnym brzuchu państwa dopłacającego do kapryszących przedsiębiorców.

Jeżeli nie ma zapewnienia, że państwo będzie stało na straży interesu pracobiorcy przeciwko pracodawcy, czy biednego przeciwko bogatemu (postulat zwycięskiej partii braci Kaczyńskich!), to każda obietnica poszerzania sfer usług publicznych będzie się spotykać z niechęcią, bo doświadczenie uczy, że koszty takich programów ponoszą robotnicy i, szerzej, ludzie pracy. Należy brać pod uwagę stopień skłócenia interesów szerokiej rzeszy ludzi pracy w warunkach trwałego bezrobocia.

Punkty dotyczące swobód obywatelskich w odczuciu społecznym są również kosztami dla pracowników.

Program PPP, podobnie jak program Prawa i Sprawiedliwości postuluje silne państwo, a silne państwo to koszt dla podatnika, zwłaszcza takiego, który nie ma możliwości wykpienia się od podatków. Unikanie jasnego zaznaczenia po czyjej stronie opowiada się to państwo (co dotyczy PPP, a nie dotyczy PiS) jest oczywistym błędem. Jest to błąd aklasowego traktowania państwa. Kuriozalne, że błąd ten popełniła „wrażliwa społecznie” lewica, a nie popełniła „wrażliwa społecznie” prawica, którą – chcąc nie chcąc, konkurując z liberalną Platformą Obywatelską – wyartykułowała z grubsza wprawdzie pod publiczkę, ale jednak program klasowy. W konkurencji z populistyczną prawicą PPP tym razem nie miała żadnych szans.

Jak wiadomo, w biurze rzeczy znalezionych można znaleźć różne rzeczy. Rzecz w tym, że rzeczy znalezione, wcześniej czy później, wystawiane są na licytację, a tu znów decydują układy i pieniądze. Pieniędzy i układów PPP najwyraźniej zabrakło.

Alternatywą mógł być tylko spójny, klasowy i robotniczy program, który nie został jednak wyartykułowany mimo naszego programowego wsparcia. A szkoda.

Ponieważ: „Dziś w Polsce, nie istnieje silny ruch robotniczy, zaś rewolucyjny ruch robotniczy od czasu stalinizmu ma pozycję marginalną. Trudno więc mówić o jakichkolwiek skutecznych i trwałych naciskach owego ruchu na realność programów reprezentujących interesy klasy robotniczej w parlamencie. Jednocześnie ów ruch jednak się tworzy i nieco na podobieństwo Rosji przedrewolucyjnej nie ma ograniczeń wynikających z ugodowości polityki prowadzonej w parlamencie.

Dzisiejsze odwoływanie się związkowców do tradycji niezaangażowania w politykę odzwierciedla ten właśnie stan rzeczy – niechęć do ograniczania postulatów. Jednocześnie w miarę wzrostu ruchu, tendencje do przeradzania się walk ekonomicznych w polityczne będą się nasilały, czego zwiastunem jest między innymi pojawienie się na scenie politycznej reprezentacji politycznej WZZ ‚Sierpień ’80’ – Polskiej Partii Pracy i koalicji wyborczej ugrupowań lewicowych.

W tej sytuacji partie i ugrupowania, które pragną pomóc klasie robotniczej w samoorganizacji i zyskiwaniu samoświadomości muszą zdawać sobie sprawę z opisywanej tu dialektyki walki klasowej.

Manifest Wyborczy Polskiej Partii Pracy nie spełnia jednak z tego punktu widzenia roli programu pomocnego w realizacji zadań stojących przed odradzającym się rewolucyjnym ruchem robotniczym. Jego słabość wynika z narzucenia sobie opcji reprezentowania interesu ogólnospołecznego, chociaż na dziś problemem i zadaniem jest wykrystalizowanie świadomości interesu odrębnego klasy robotniczej. Wynika to z degeneracji ruchu robotniczego w okresie stalinizmu i utrwalonej później sugestii o tym, że interes klasy robotniczej może stanowić co najwyżej część szerszego interesu ogólnospołecznego, gdyż partykularyzm klasy robotniczej wydawał się w niemarksistowskiej, spłaszczonej optyce sprzeczny z interesem powszechnym. Według reguł logiki formalnej należało interes partykularny podporządkować ogólnemu.

Przekłada się to na przekonanie o tym, że problemy społeczne są wynikiem patologii życia społecznego w ogóle, a nie społeczeństwa kapitalistycznego w szczególności; w przekonaniu, że błędy w demokracji formalnej były czynnikiem sprawczym reform liberalnych, a nie obiektywnym elementem cyklu rozwojowego gospodarki światowej.

Nietrafna diagnoza dotycząca przyczyny plag społecznych przekłada się na nieadekwatne środki zaradcze proponowane przez Komitet Wyborczy Polskiej Partii Pracy. Rzecz w tym, że propozycje konkretnych rozwiązań ekonomicznych akceptujących „realny kapitalizm” nie mają oparcia w sile klasy robotniczej, która mogłaby pomóc w realizacji owych postulowanych rozwiązań gospodarczych. Są one łatwo przejmowane przez wszelkiej maści populistów, a nawet przez liberałów, którzy mogą je traktować jak klocki nie burzące konstrukcji całości” („Nasze poparcie programowe dla listy nr 2 i Daniela Podrzyckiego”).

W odpowiedzi na takie poparcie-krytykę Daniel e-mailował: „Dziękujemy za tę opinię, którą przeczytaliśmy uważnie. Najbardziej cieszy nas pełny krytycyzm, odwaga w formułowaniu wniosków i wskazanie elementów doktrynalnych. Pozdrawiam, D. P.” (2 września 2005 r.).

Na taki gest świadczący o jego klasie nie zdobył się żaden – ale to żaden – polityk szeroko rozumianej lewicy.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

3 października 2005 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamięci Daniela Podrzyckiego. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *