Piotr Ikonowicz: W OCZEKIWANIU NA BUNT

Z cyklu „Jaja jak czerwone berety”

1 grudnia 2016 r. gościem Jacka Żakowskiego w superstacja.tv był Piotr Ikonowicz.

Po występie w super stacji, w którym Piotr ujął się za postrewolucyjną, wspólnotową Kubą i nieodżałowanym Fidelem, utożsamiając się przy tym z Jackiem Żakowskim i wspomnianą przez niego sex-turystyką na wyspę z tego poniekąd również znaną, spłodził on całkiem zgrabny tekst, który tylko nieco wypolerowałem.

Oto on w całej swojej krasie:

W OCZEKIWANIU NA BUNT

Pomysł, żeby ograniczyć wolność zgromadzeń jest po prostu głupi. Przecież jak PiS zacznie pałować demonstrantów to przegra. Wprowadzanie zakazów i ograniczeń musi prowokować do ich łamania. Choćby po to by w ruch poszły pałki służbowe, bo to zawsze oznaka słabości władzy. Dziwi to szczególnie w wykonaniu ugrupowania, które notuje bardzo wysoki poziom poparcia wyborczego.

PiS musiał jednak zauważyć, że ludzie u nas coraz chętniej i liczniej wychodzą na ulice. To objaw zdrowia. Coś się pomału w społeczeństwie odblokowuje. Na razie demonstruje głównie klasa średnia, stosunkowo mało liczna oraz pewna grupa osób aspirujących do bycia klasą średnią. Gdyby na ulice zaczął wychodzić lud, czyli ludzie ciężkiej pracy i niskiej płacy tłumy byłyby nieporównanie większe. Oni jednak wciąż raczej są za władzą, bo ona im, jako pierwsza poświęca uwagę, daje coś, czego inni nie dali. Poczucie pewnego bezpieczeństwa ekonomicznego (500+), możliwość nie podejmowania każdej pracy, nawet takiej za nędzne grosze i bez umowy, minimalną stawkę godzinową, większą płacę minimalną, obniżenie wieku emerytalnego, to wszystko pozwala PiS utrzymywać poparcie, ale i czyni ludzi mniej zalęknionymi i bardziej skłonnymi do upominania się o swoje. To nie przypadek, że 90% ankietowanych zapowiada, że zmieni pracę, jeśli nie dostanie podwyżki. To znak budzenia się ludzi pracy, ich emancypacji, a więc i aktywniejszej roli w życiu społecznym i politycznym. PiS to wyczuwa i niejako awansem próbuje okiełznać nadchodzący bunt społeczny za pomocą metod z arsenału minionej epoki.

Dużo łatwiej trzymać społeczeństwo „w ryzach” za pomocą biedy i stagnacji wynagrodzeń (metoda PO) niż czyniąc ustępstwa na rzecz świata pracy. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bo kiedy jedni dostają, inni też chcą. Spirala roszczeń i postulatów już się zaczyna nakręcać i jest raczej nie do zatrzymania. W tej sytuacji PiS musiałby zdecydowanie i radykalnie pójść w kierunku sprawiedliwego podziału dochodu narodowego kosztem sektora finansowego (frankowicze i w ogóle dłużnicy), pracodawców, deweloperów (masowe budownictwo czynszowe wymuszające obniżenie cen na rynku mieszkaniowym), kosztem najbogatszych (sprawiedliwsze rozłożenie danin publicznych).

To jednak nie jest możliwe, bo PiS to nie partia radykalnej lewicy, lecz partia prawicowa mająca powiązania z kapitałem tak bezpośrednie jak i mentalne. Pierwsze oznaki schodzenia z drogi postępowych reform dała ustawa o zwiększeniu kwoty wolnej od podatku. Sama zasada, że podniesie się kwotę wolną dla najuboższych kosztem pozbawienia jej zamożnych nie jest zła. Tyle tylko, że w wykonaniu tego rządu zasada ta nie zadziałała, korzyści dla biednych są praktycznie niezauważalne, a złość klasy średniej jest jak najbardziej realna. Więcej nawet, ta niby zmiana w jakiejś mierze skompromitowała ideę redystrybucji z góry w dół, bo nie przyniosła odczuwalnej ulgi tym, do których była adresowana.

PiS ma jednak jeszcze inny sposób powstrzymania buntu społecznego. Jest nim reforma edukacji. I nie chodzi o likwidacje gimnazjów, lecz wprowadzenie programu nauczania, który zapewni „jedność moralno-polityczną” narodu. Chodzi o wychowanie młodego pokolenia w duchu patriarchalnego nacjonalizmu, który będzie w kontrze do innych kultur, religii, orientacji seksualnej, feminizmu, tolerancji, i tego, co się nazywa „społeczeństwem otwartym”. Konflikt klasowy, który narasta będą rządzący próbowali zastępować konfliktem wojujących Polaków katolików, homofobicznych nacjonalistów ze wszystkim co nie mieści się w tym ujednoliconym wzorcu narodowo-religijnym.

Zamiast sporu o podział pieniędzy wytwarzanych przez świat pracy,  mamy mieć spór o wartości kulturowe przedstawiany, jako bunt przeciw elitom. W tym kontekście chamskie i prymitywne wypowiedzi polityków prawicy są jak najbardziej na rękę rządzącym. Chcą oni wykorzystać efekt Trumpa, któremu nie zaszkodziło nawet poparcie Ku Klux Klanu.

Żeby do takiego scenariusza nie dopuścić lewicy społecznej nie wolno łączyć się z dotychczasowymi elitami w żadnym choćby najbardziej słusznym proteście. Tylko podgrzewanie najważniejszej linii podziału między biednymi a bogatymi pozwoli nam uniknąć marginalizacji poprzez wrzucenie do jednego worka z dotychczasowymi elitami władzy i pieniądza. I jeżeli się uda powinniśmy te elity atakować mocniej i celniej niż PiS. Jeżeli będą nas przez to pałować, to może nas tylko wzmocnić. Zresztą po odebraniu uprawnień emerytalnych i skandalicznej dezubekizacji policja może stracić zapał.

za: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=546989215491836&id=121066958084066

Chciałoby się rzec – TRZYMAM ZA SŁOWO!

W wywiadzie udzielonym superstacji.tv elit Piotr aż tak bardzo nie atakował. Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. Może to tylko moje odczucie? Co przeważyło – parcie na szkło czy demokratyczne zadęcie?

Włodek Bratkowski

8 grudnia 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przegląd prasy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *