DEMOKRACJA, CZYLI DYKTATURA

STANOWISKO GRUPY SAMORZĄDNOŚCI ROBOTNICZEJ

Przyglądamy się parodiom funkcjonowania demokracji we wszystkich praktycznie krajach świata i nie dostrzegamy, że nie mamy do czynienia z prostym sprzeniewierzaniem się demokracji, ale z kryzysem demokracji jako takiej. W tym kryzysie przejawia się kryzys kapitalizmu. Z braku ideologii tworzącej alternatywę dla kapitalizmu, mamy sprzeciw wobec kapitalizmu wyrażający się w odrzuceniu demokracji rozumianej jako „ideologia kapitalizmu”.

To zjawisko powoduje konsolidację nurtów kwestionujących liberalizm z prawa, ponieważ nurt ten z zasady samej odrzuca demokrację jako władzę motłochu, psującą porządek społeczny. Powoduje także dalszy, postępujący rozpad lewicy, ponieważ ta zastąpiła własną ideologię antykapitalistyczną właśnie przywłaszczoną przez kapitalizm demokracją i jej bałwochwalczym kultem.

Czy lewica może odzyskać demokrację dla siebie? Tak, pod warunkiem, że wróci do korzeni tejże, czyli uzna, że demokracja to dyktatura ludu nad jego opresorami, a nie łaskawym przyzwoleniom opresorów na pokorne upominanie się przez lud o swoje prawa człowieka.

W praktyce demokracja rozumiana w interesie ludu stoi w sprzeczności z tą demokracją, która jest dziś uznawana za obowiązującą. Szczególnie dlatego, że konsekwentne rozumienie demokracji jako dyktatury ludu, a do tego jeszcze postulującej skuteczność działania, wymaga hierarchizacji interesów ludu, który jest tworem złożonym. Aspekt „dyktatorski” demokracji nabiera rumieńców i sensu, kiedy w ramach hierarchizowania interesów w łonie ludu dojdziemy do wniosku, że wiodącym interesem jest interes klasy robotniczej.

Co o tym świadczy? Wyborcy głosują – jak w Wlk. Brytanii – nie wedle swych przekonań, ale nawet w pewien sado-masochistyczny sposób, wbrew swojemu bezpośredniemu interesowi. Jak w przypadku Brexitu. Głosują przeciwko polityce wybierania mniejszego zła, przeciwko polityce minimalizowania strat w odniesieniu do własnych interesów klasowych, co jest i pozostaje idiotycznym powodem do dumy wszelkiej maści relatywnie skutecznych działaczy lewicowych – u nas, choćby typu Piotra Ikonowicza. Ludzie mają tego dość, powyżej dziurek w nosie!

Dlatego Ikonowicz nie ma szans wyrwać się ze swego błotka. Posłem może zostać tylko w przypadku sprzedania swoich podopiecznych ich oprawcom w ramach wyborczego kompromisu. I Ikonowicz na to pójdzie – w uspokajającym sumienie przeświadczeniu, że jako poseł będzie mógł załatwić pozytywnie nie kilkadziesiąt spraw rocznie, ale kilkaset.

Tyle, że ludzie głosują jak masochiści, ponieważ rzygają takimi kompromisami. Wolą eutanazję niż wegetację.

Tak samo ma się sprawa w USA, w przypadku Sandersa. Stereotyp głosi, że Amerykanie nie są lewicowi. Jeżeli głosują na Sandersa, który jawi się jako szczyt „lewactwa”, to też jest to przejaw sadomasochizmu. Ludzie myślą, że lepiej sobie dokopać niż pozwolić opresorom na dalsze moszczenie sobie wygodnego gniazdka ich kosztem. Społeczeństwo demonstruje swoją determinację przetrwania siedmiu lat chudych, aby tylko tłuste krowy typu Clinton zdechły.

Jak by nie patrzył, jest to demonstracja determinacji przetrwania choćby tego wszystkiego, co sowietologiczne podręczniki opowiadają o ZSRR czy Korei Północnej. Skoro nie można inaczej, skoro demokracja to gówno…

Najbardziej kolącym w oczy wyrazem niewiary w demokrację i jej degeneracji jest to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie czy w Afryce Północnej, nie mówiąc już o tym, co się dzieje w reszcie tego kontynentu. Nikt nie proponuje nawet tam jakiegokolwiek systemu demokratycznego, który nie służyłby wyłącznie celom rozwalenia (pod hasłem demokratyzacji) tego, co jeszcze tam pozostało względnie stabilne. Argumentu „demokracja” używa się do destabilizacji kraju czy regionu, który w następstwie okazuje się całkowicie nieprzygotowany do wprowadzania tam demokracji.

„Demokracja” jest narkotykiem, którego używa się w celu pacyfikacji części, na szczęście malejącej, lewicy – na tyle zidiociałej, że niezdolnej do samodzielnej, niedoktrynerskiej oceny faktów.

Podobnie, jak gdzie indziej, jest też w Rosji. Ostatnie wybory pokazują, że mimo poparcia dla Putina (i tylko dla Putina, bo już nie dla jego ekipy), ludzie wycofują się, żeby przemyśleć sprawę. Chociaż to grozi wygraną liberałów – na razie jeszcze zagrożenie jest niewielkie, ale absencja wyborcza daje liberałom fory, ponieważ podnosi znaczenie marginalnych grup społecznych popierających liberałów.

Z drugiej strony, społeczeństwo rosyjskie – co zrozumiałe – chciałoby zakosztować większej swobody i demokracji. Nie tej typu zachodniego, która jest faktycznie dyktaturą kapitału, ale – jak się to nieśmiało i niezręcznie wyraża – demokracji robotniczej, demokracji oddolnej, demokracji rad, czyli dyktatury robotniczej jako demokracji autentycznej. W przeciwieństwie do społeczeństw zachodnich, w tym i naszego, społeczeństwo rosyjskie jest do tej demokracji-dyktatury proletariatu zdolne.

Pozornie wydaje się, że największym zagrożeniem dla tak pojmowanej demokracji jest perspektywa rozpadu Rosji. W przypadku anarchistycznej wersji demokracji tak jest istotnie. Ale Rosjanie mają inną, leninowską i rewolucyjną tradycję budowania struktur państwa (a jakże!) w oparciu o organizację lokalnych, zakładowych rad skupiających zarządzanie w skali lokalnej, pod przywództwem świadomej organizacji partyjnej, reprezentującej interes klasy robotniczej. Nie ulegającej faktycznie rozbijackiej koncepcji anarchistycznej, nie liczącej się z realiami politycznymi.

W Rosji, pod wpływem apatii mas pozbawionych możliwości wprowadzenia demokracji robotniczej, może zwyciężyć opcja rozpadu Federacji przy zwycięstwie liberałów. W sytuacji, w której społeczeństwa zachodnie powoli dojrzewają do odrzucenia demokracji burżuazyjnej na rzecz demokracji-dyktatury robotniczej, Rosja obrałaby wówczas kurs przeciw progresywnej tendencji. W ten sposób weszłaby na ścieżkę, po której wciąż podąża Polska, nie mogąca się z tego fatum wyplątać. Ze skutkiem pozostawania „chorym człowiekiem Europy”. Nie życzymy Rosji tego samego losu.

Jak byśmy nie patrzyli, szykuje się konfrontacja autorytarnych trendów, w której to konfrontacji demokracja burżuazyjna opowiada się po stronie prawicowego autorytaryzmu, przeciwko lewicowej dyktaturze proletariatu. Przy braku oponenta w postaci dyktatury proletariatu, prawicowy autorytaryzm zyskuje przewagę polityczną dzięki populizmowi, który przy nieobecności lewicowej alternatywy robi za program lewicowy.

W ten sposób zresztą liberalizm wygrywa na wiarygodności w zrównywaniu już nie tylko faszyzmu, ale i nazizmu, z komunizmem. Lewica typu socjaldemokratycznego uwiarygodnia to zrównanie, ponieważ jej program nie przekracza ram, których nie osiągnąłby prawicowy populizm.

Stąd też, chociaż w szeregach lewicy istnieje uzasadniona (teoretyczna) niechęć do podziałów, to jednak w praktyce, w warunkach zaostrzającego się konfliktu klasowego, nawet w niesprzyjających, zastępczych warunkach, rodzi się konieczność jasnego i niedwuznacznego wyłożenia linii podziału na lewicy.

Jasne, że istnieje obiektywna trudność z realizacją linii dyktatury klasy robotniczej w sytuacji niezorganizowania tej klasy. W sytuacji braku świadomości klasy dla siebie.

Nie jest lewicy łatwiej dziś, niż było partii bolszewickiej w przededniu Rewolucji Październikowej. Kapitalizm do pewnego stopnia sam się już przeżył, a burżuazja jest równie zagubiona, co klasa robotnicza. Przewlekła choroba grabarza wcale nie skutkuje ozdrowieniem truposza. Żyjemy na warunkach wszechogarniającego chaosu i anarchii, polegającego na przechwytywaniu wartości dodatkowej, przy rozregulowaniu procesów produkcyjnych. Naprawa tych ostatnich natychmiast da jako rezultat pojawienie się podmiotu historycznego. Na razie konstrukcja naszej doktryny daje nam możliwość zbudowania nadbudowy, która dopiero umożliwi odtworzenie bazy. Aby odnieść sukces, należy odwołać się do filozoficzno-krytycznej koncepcji podmiotu, czyli klasy robotniczej. System powinien kierować się zasadą regulowania porządku w odniesieniu do interesów bezpośredniego wytwórcy podstawowych warunków materialnych funkcjonowania społeczeństwa.

Aby nie stracić busoli klasowej, należy organizować ten proces w skali świata. Jest to zgodne z przewidywaniami klasyków, że system komunistyczny zwycięża w skali globalnej.
Jak by nie patrzył, sytuacja wyrównuje się w skali świata. Tzn. nie mamy do czynienia z wielością sklonowanych komórek, jak by tego chciała ideologia burżuazyjna, indywidualistyczna, ale z globalnym systemem, w ramach którego decyzje podejmowane w jednym obszarze odbijają się w innym określonymi skutkami. Nasz obszar jest w globalnym podziale pracy obszarem nadbudowy, mówiąc biologicznie – świadomościowym, decyzyjnym. Wybory, jakich dokonamy tutaj (przy braku bezpośredniej więzi z klasą robotniczą jako taką) wyrażą się jednak w sytuacji, z jaką klasa robotnicza w obszarach bazy, reaktywnych, będzie miała do czynienia.

Tym większe znaczenie ma ideologia wytwarzana na naszych obszarach. Musi się ona odznaczać – poza trafnością doktrynalną – także elastycznością i poczuciem podporządkowania wobec impulsów płynących od obszarów bazy. To oznacza, że jesteśmy skazani na ogromną odpowiedzialność i w tej sytuacji musimy bardzo uważnie interpretować sygnały, nie kierując się bezpośrednim interesem własnym czy własnego obszaru.
Narzędzia (internacjonalizm) mamy w ręku, abyśmy tylko chcieli ich użyć.

Z tego punktu widzenia należy interpretować zjawiska na arenie globalnej. Z punktu widzenia ich przydatności dla realizacji programu budowy społeczeństwa bezklasowego na drodze dyktatury proletariatu, która jest aktualną odpowiedzią na degenerację systemu demokratycznego, niewiarę w który właśnie obserwujemy na świecie.

W imieniu Grupy Samorządności Robotniczej
Ewa Balcerek

15 października 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Grupa Samorządności Robotniczej, Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „DEMOKRACJA, CZYLI DYKTATURA

  1. Marcin Brys pisze:

    Uff, odetchnąłem z ulgą. Ostatnie zabawy, dyrdymały na tym portalu prawie zniechęciły mnie do niego. Ale w końcu pojawiło się coś wartościowego. Moje uznanie dla EB.
    Demokracja w popularnym zrozumieniu dawno przestała fascynować. W każdym systemie wiodącą ideologią jest ideologia klasy panującej i zawsze jest to dyktatura. Klasa taka nikogo nie pyta o zdanie lecz sama narzuca innym prawo, normy, treść pojęć w komunikacji społecznej. Jeśli jest jakaś demokracja to w wyznaczonych przez nią granicach, na wyznaczonych zasadach.
    Trudno więc się nie zgodzić z poglądami, że:
    „Czy lewica może odzyskać demokrację dla siebie? Tak, pod warunkiem, że wróci do korzeni tejże, czyli uzna, że demokracja to dyktatura ludu nad jego opresorami,…”
    „„Demokracja” jest narkotykiem, którego używa się w celu pacyfikacji części, na szczęście malejącej, lewicy – na tyle zidiociałej, że niezdolnej do samodzielnej, niedoktrynerskiej oceny faktów.”
    Dwa, warte podkreślenia – „Aby nie stracić busoli klasowej, należy organizować ten proces w skali świata. Jest to zgodne z przewidywaniami klasyków, że system komunistyczny zwycięża w skali globalnej.”
    Moim zdaniem jesteśmy obecnie w trakcie rewolucji. Na początku XX wieku rewolucja była skierowana przeciw kapitalizmowi ale teraz w dobie imperializmu skierowana jest przeciw imperialistom a dokładniej, przeciw głównemu policjantowi imperializmu i jego pomagierom. Jest to trudna walka, w której zagrożone jest życie nie jednostek a milionów. Brak skrupułów przy wywołaniu poprzednich dwóch wojen dla zapanowania nad światem czyni tego przeciwnika niezwykle niebezpiecznym.
    Czy lewica to rozumie? Z moich obserwacji wynika, że jeśli tak to w minimalnej części. Człowiek odbiera informacje ze świata ale jego rozumienie świata jest wynikiem odbicia się tych informacji w jego umyśle, jeśli brak mu podstawowej wiedzy lub dysponuje wiedzą zafałszowaną jego rozumienie świata jest również fałszywe. Dlatego zawsze będę powtarzał, że nie ma ważniejszego zadania od przekazywania wiedzy o rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *