SZKODA SŁÓW

Nie dajmy się zwieść kanikule! Na świecie dzieje się.

Lewica patrzy na wojnę na Bliskim Wschodzie i brunatniejący kontynent europejski zalewany falą imigracji, na nieudany pucz wojskowy w Turcji, na konflikt rosyjsko-ukraiński, na niedoszły Grexit i prawdopodobny Brexit, na narastający separatyzm europejskich regionów… I to wszystko po ogłoszeniu końca historii wraz z zakończeniem koszmaru epoki zimnowojennej. Lewica patrzy i przeciera oczy ze zdumienia…

Lipcowy numer „Le Monde Diplomatique – edycja polska” obdarował swoich czytelników wakacyjnym hitem, w którym znajdziemy cuda, prawdziwe cuda na patyku.

Wstępniak pióra Serge’a Halimi’ego, w nieocenionym tłumaczeniu nestora i demiurga polskich radykałów, Zbigniewa M. Kowalewskiego, przynosi rewelacje rzucające światło na przyczyny stuporu, w jakim radykalna lewica trwa od ćwierćwiecza.

Halimi pisze (a Kowalewski wiernie i z pełnym przekonaniem tłumaczy): „Unia Europejska była projektem elit intelektualnych w świecie podzielonym przez zimną wojnę. Ćwierć wieku temu przegapiła niezwykłą okazję, gdyż świat znalazł się na rozstaju dróg i inny świat był możliwy. Upadł wtedy Związek Radziecki i była szansa, aby wypracować nowy projekt europejski, zdolny zaspokoić dążenia społeczeństw Europy do sprawiedliwości społecznej i pokoju. Nie należało jednak obawiać się demontażu i gruntownej przebudowy unijnej machiny biurokratycznej, chyłkiem i podstępnie skonstruowanej obok społeczeństw, ale należało wymienić wolnorynkowy silnik tej machiny. Taka Unia Europejska przeciwstawiłaby triumfowi konkurencji planetarnej model współpracy regionalnej, ochrony społecznej oraz integracji społeczeństw byłego bloku radzieckiego na zasadzie równania w górę”.

Niestety, wzdycha Halimi, a wraz z nim Z.M. Kowalewski: „… zamiast wspólnoty stworzono wielki rynek. Jest on obciążony komisarzami, dyrektywami, które wydają oni państwom członkowskim, karami, które wymierzają społeczeństwom, ale wielki, ponieważ otwarty na nielojalną konkurencję, do której każą stawać pracownikom. Bezduszny oraz ożywiany tylko i wyłącznie wolą zadowolenia najbogatszych, mających najlepsze koneksje z centrami finansowymi i wielkimi metropoliami. Unia Europejska zasila już jedynie imaginarium pokuty i umartwiania, niezawodnie uzasadnianych jako mniejsze zło.” (http://www.monde-diplomatique.pl/index.php?id=1_1)

Mamy tu wprost i bez owijania w bawełnę twierdzenie, że na przeszkodzie do absolutnej demokracji w świecie zachodniej cywilizacji stał jedynie ZSRR i tzw. blok wschodni, po których upadku otworzyła się niepowtarzalna, acz – ku żalowi mas ludowych – niewykorzystana, szansa dla ludzkości.

Ożywiona takim właśnie duchem, tzw. nowa radykalna lewica w Polsce z niekłamanym entuzjazmem powitała transformację ustrojową, a następnie świętowała wstąpienie naszego kraju do UE w przekonaniu graniczącym z pewnością, że pozwoli to nam doszlusować do europejskich standardów w dziedzinie praw obywatelskich i pracowniczych. Traktując, przy okazji, odpowiednio wszelkich sceptyków okazujących wątpliwości co do tak nieuchronnie czekającej nas świetlanej przyszłości.

Tymczasem, „zamiast wspólnoty stworzono wielki rynek” z wszystkimi tego konsekwencjami. No ale któż by to przewidział!? Kapitał uwolniony od straszaka „komunizmu” powinien, w zgodzie z zachodnim marksizmem, zbudować socjalizm w skali Europy, ba, może i świata! Znikła bowiem zasadnicza przeszkoda na tej drodze – totalitarny komunizm!

Ale przecież nie całkowicie.

Totalitaryzm nie został wszakże zwyciężony! Potężny wróg zachodniej, demokratycznej cywilizacji wszak pozostał w postaci być może jeszcze bardziej przerażającej – jako Federacja Rosyjska, spadkobierczyni Imperium Zła i potęga zagrażająca Europie i obu Amerykom razem wziętym, kraj bezczelnie i agresywnie rozciągający swe granice wszędzie tam, gdzie defensywne bazy militarne USA chcą się skromnie zainstalować, by z chrześcijańską pokorą krzewić pokój i demokrację oraz protestancką etykę pracy!

A wydawało się, że wszystko tak dobrze się zaczęło wraz z dość nieoczekiwanym rozwiązaniem ZSRR, a następnie reformami Jelcyna, przy których „terapia szokowa” Balcerowicza i MFW w Polsce może wydawać się hollywoodzką idyllą.

W tym czasie, kiedy w Rosji uczono „sowków” miłości do demokracji i prywatnej własności oligarchów jako podstawy dobrobytu i sprawiedliwości społecznej, wedle tzw. nowej radykalnej lewicy powinien rodzić się „nowy projekt europejski” jako „możliwy inny świat”. No to właśnie się rodził.

Aby świat cywilizowany mógł się otworzyć na Rosję, musiała ona udowodnić, że jej społeczeństwo dorosło do demokracji. Za Jelcyna mieliśmy więc demokrację, ale coś poszło nie tak. „Ruscy” oblali egzamin z demokracji już na pierwszym zakręcie. Nie dość, że nie podobało im się rozwiązanie ZSRR demokratycznie nie uwzględniające opinii zsowietyzowanej hołoty niegodnej miana społeczeństwa, to jeszcze doszło do puczu, w którym Jelcyn niczym Wałęsa musiał okazać się ojcem narodu i równie jak on spotkać się – co prawda po niewczasie – z czarną niewdzięcznością większości rodaków.

Później było jeszcze gorzej. Zachodnia cywilizacja stojąca na straży nienaruszalności granic w Europie rozpętała krwawą wojnę w sercu tego kontynentu, w wyniku której rozpadł się kolejny bastion totalitaryzmu, tym razem jugosłowiańskiego, w którym prym wiodła przypadkowo Serbia nieodpowiedzialnie związana tradycyjnymi więzami, bynajmniej nie komunistycznego, ale raczej religijnego chowu, z Rosją. Przykład ten, jako pierwszy wskazał na nieuzasadnione przekonanie Europejczyków, że nienawiści rasowo-religijne nie są domeną wyłącznie murzyńskich dzikusów z Afryki. Umiejętnie podsycane dążenie do demokracji jest w stanie czynić cuda! Tutsi i Hutu przestali być przywilejem nieznanym cywilizowanej Europie.

Kraje miłujące demokrację mnożyły się przez pączkowanie wedle zasady, że im nas więcej, tym weselej. Poza aksamitnym rozwodem Czech i Słowacji, mieliśmy całą eksplozję państwowości uwolnionych z więzienia narodów, jakim był Związek Radziecki, o przepraszamy – Sowiecki, bo wszak nie chcemy sugerować, jakoby sowiety miały jakikolwiek odpowiednik w niepokalanym totalitaryzmem języku ojczystym.

Ukraińskie określenie Rada musi zachować dziewiczą czystość, a termin „komisarz” unijny tylko wykształciuchom na podobieństwo Halimi’ego kojarzy się z sowietami. Wśród czystego ludu nie ma odzewu, ponieważ od dawna już w totalitaryzmie został zastąpiony o ile lepiej brzmiącym określeniem „minister”. Swoją drogą, ciekawie w tym kontekście wygląda wskazanie na komisarzy unijnych jako na nosicieli biurokratycznych metod pracy instytucji europejskich, co wyjaśniałoby dlaczego elity europejskie nie wykorzystały szansy, jaką był upadek ZSRR – wbrew optymizmowi radykalnej lewicy, która nie zauważyła, że są one przeżarte sowietyzmem. Na fakt ten są jednak szczególnie uczuleni zawodowi, populistyczni tropiciele lewactwa, uwiarygodniając się w ten sposób jako prawdziwi obrońcy uciskanego przez wypasione jak domowe koty elity umiarkowanie lewicowego establishmentu. Dając tym samym zielone światło wszelkiej maści prawicowemu populizmowi, z czego konkretne, dotychczas marginalizowane partie o prawicowo-autorytarnym rysie nie omieszkały skorzystać. Oskarżając tym samym UE o to, że jest projektem na wskroś trockistowskim. Któż by się bawił w odróżnienie „dobrego” totalitaryzmu (post)trockistowskiego od „złego” totalitaryzmu „sowieckiego”! Nie ma dobrego komunizmu, poza martwym komunizmem! Zapewne, w swej świętej naiwności, posttrockiści uwierzyli, że „komisarz” to komisarz… ludowy. Taki autentyczny…

A tu niespodzianka – taki sam biurokrata, jak rasowy stalinista! Czyż to nie dowodzi, że biurokracja zawsze wyradza się w autorytarną, antyludową władzę? Nie stało demokracji. Nawet ta zachodnia, burżuazyjna, okazała się zbyt mało radykalna.

Paradoksalnie, dopóki trwał ZSRR, biurokracja europejska miała do pewnego stopnia możliwość względnie samodzielnego zarządzania interesami kapitału, kierując się – z konieczności zimnowojennej – interesami ogólnospołecznymi. Po upadku ZSRR, burżuazja mogła znów wziąć za mordę swój komitet zarządzający. Właśnie w tym momencie, kiedy posttrockiści uwierzyli, że ta biurokracja zachowa swą względną autonomię, bo… bo jest demokracja!

Tymczasem, nieodwołalnie coś się popsuło z tak dobrze zapowiadającą się Rosją. Zamiast rozpadu na Księstwo Moskiewskie i inne republiki, Rosja usiłowała uniknąć losu Jugosławii. To było niesłychane zuchwalstwo i bezczelność, którego opinia międzynarodowa nie mogła puścić płazem!

Rosji, co prawda, nie proponowano akcesji do UE. Niemniej wydawałoby się to rzeczą dość naturalną z punktu widzenia światłych Europejczyków, do których nie należy jednak zaliczać ani Kaczyńskiego, ani posttrockistów. W wywiadzie z Łukianowem Sierakowski przypomniał, że Aleksander Kwaśniewski „podczas wykładu w Kijowie powiedział, że przyjdzie taki dzień, że Rosja będzie częścią Unii Europejskiej.” Kiedy? Któż to wie? Biorąc przykład Ukrainę, to nadawała się ona do Unii za Janukowycza, ale już nie za Poroszenki. To dlaczego Rosja, która nie nadawała się za Jelcyna, nie nadawała się także za wczesnego Putina? Obecnie – musztarda po obiedzie, skoro Łukianow przytomnie zauważa: „Kryzys, w jaki wpadła Unia Europejska, spowodował, że przestała być ona ikoną dla Rosji. Europa nie jest już atrakcyjna. Teraz jest tu postrzegana czysto instrumentalnie. A także jako nieprzyjaciel Rosji.”

„Jeśli Unia jest słaba, to tym bardziej może być atrakcyjna dla Rosji, bo można ją rozgrywać.” – zachwala tę strukturę europejską Sierakowski niczym rasowy stręczyciel. „Stosunki popsuły się dopiero po inwazji na Ukrainę. Wcześniej Unia gotowa była akceptować niemal wszystko, w tym demontaż rosyjskiej demokracji.” (http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/rosja/20160818/rosja-putin-ukraina-lukianow-sierakowski)

Może gdyby została okrojona do wielkości Księstwa Moskiewskiego, to byłaby do strawienia. Ale po co? Bez bogactw Syberii Rosja nie jest warta funta kłaków. Byłaby tylko obciążeniem dla Unii, podobnie jak Ukraina nie ma szans na wejście do UE z tego samego powodu. Demokracja nie ma tu nic do rzeczy.

Przy okazji niepostawionej sprawy akcesji do Unii, ujawnia się, że Rosja faktycznie jest zagrożeniem dla pokoju światowego, ale w zupełnie inny, niż się to zazwyczaj podaje, sposób. Wydając Rosję na żer międzynarodowego kapitału, ekipa Jelcyna tym jednym pociągnięciem skłóciła kapitalistyczne stado hien. Dlatego też Z. Brzeziński wyciągnął pesymistyczny wniosek z upadku ZSRR dostrzegając w tym fakcie początek końca niekwestionowanej hegemonii USA w świecie.

Hieny czują krew i nie mogą dopuścić do tego, aby zwierzyna im uciekła, kiedy będą się żarły między sobą. To tłumaczy ciągłe sankcje i kary, reprymendy i oskarżenia pod adresem Rosji – nie ma znaczenia, że brak czasu na wymyślanie czegoś wiarygodnego – usłużne media na służbie kapitału zadbają o robienie opinii międzynarodowej wody z mózgu. Użyteczni idioci spod znaku dwóch imperializmów na lewicy też swoje trzy grosze dołożą. Trzeba zyskać na czasie, aby Rosji uniemożliwić manewr w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie przedłużającego się sporu o podział łupu między wiodącymi imperialistami świata. Chodzi o to, aby nikt nie ośmielił się podjąć samodzielnej gry z Rosją, której ta uchwyciłaby się, niczym ostatniej deski ratunku.

Tak więc oskarżenia i kary nakładane na Rosję są tylko pętami, które nie pozwalają jej uciec przed prześladowcami zajętymi rywalizacją o to, który będzie miał prawo do największego udziału w korzyściach z rozkradania zasobów Rosji. Dlatego też sankcje mają na celu tylko uniemożliwienie konkurencji korzystanie z ropy czy gazu rosyjskiego. Dlatego muszą rezygnować z korzyści porozumień z Rosją, bo nie mogą dopuścić, aby rywale także z nich korzystali. Paranoja konkurencji i „wielkiego rynku” rozpętała się na dobre! Trzeba wytrzymać do momentu, kiedy się ostatecznie nie wyjaśni, kto wywalczy sobie prawo do rozporządzania tymi zasobami. A to trzeba sobie wyjaśnić jak najszybciej i definitywnie. Skoro jednak jest pat i nie udaje się tego zrobić metodami jeszcze pokojowymi, pozostaje – wojna. Rozpad UE, który dzieje się na naszych oczach jest tylko preludium do takiej wojny spowodowanej przeciąganiem się stanu zawieszenia. Chodzi teraz o to, aby zająć jak najlepsze pozycje w przyszłym konflikcie. To nie Rosja stanowi zagrożenie wojenne, ale imperialistyczne, podupadające mocarstwa europejskie, które niespodziewanie dostały w łapy krwisty ochłap, a jednocześnie mają na pyskach kagańce.

Dla USA nie ma większego znaczenia lokalny, europejski konflikt wojenny. Rozpad Europy jest im na rękę, ponieważ tylko osłabienie rywali pozwala na podtrzymanie własnej, równie osłabionej pozycji, i możliwość skupienia się na zasadniczym zagrożeniu azjatyckim.

Najwięcej szans na przygarnięcie rosyjskiego łupu miały Niemcy. Prowadziły też z tego względu najbardziej przychylną Rosji politykę. Nie mogą jednak grać w otwarte karty, ponieważ narażają się na odsłonięcie swej gry i zmasowanie przeciwdziałającego ataku europejskich i nie tylko partnerów. Licytacja na sankcje przeciw Rosji nie jest przeznaczona na użytek Rosji, ale aby powstrzymać Niemcy przed skonsumowaniem swej gotowości zagospodarowania zasobów rosyjskich. Rosja już dawno skapitulowała. Prowokacje urządzane na każdym kroku wobec niej mają za zadanie powstrzymać każdego, kto chciałby zostać ze zwierzyną sam na sam. Imperialiści wszystkich stron kontynentu oraz USA szachują się wzajemnie i to jest tajemnica tego, że udręczona zwierzyna jeszcze rusza kończynami. Bo ją wciąż szturchają. Agresja wobec Rosji jest agresją zastępczą – drapieżniki czują się coraz bardziej rozwścieczone niemożnością wyrwania łupu ani podzielenia go wedle jakichś „sprawiedliwych” zasad między siebie. Kruchy pozór solidarności europejskiej musiał rozpaść się w wyniku potęgujących się podniet: rozpad Jugosławii, faktyczny rozpad WNP, tzw. rewolucje arabskie (będące następstwem rozpadu ładu pojałtańskiego, czyli zimnowojennego), czy wreszcie różne „kolorowe rewolucje” przez lewicowych kretynów uważane za preludia święta demokracji i pokoju na świecie. Przyczyna jest prosta jak drut: po prostu pojawiła się możliwość zyskania łatwego łupu. W obliczu takiej pokusy drapieżniki nie potrafią ukryć swej prawdziwej natury.

Media tzw. niezależne onanizują się różnymi analizami dotyczącymi tajemnicy poczynań Putina: a może ma on imperialne zakusy?; a może się boi, że jak straci władzę, to pozbawią go także życia? Faktem jest, że im bardziej analizują różni mędrcy przyczyny totalnie nieprzystającego do żadnego logicznego scenariusza zachowania Putina, tym bardziej absurdalne są owe tłumaczenia.

Prof. Anders Aslund robi przegląd takich wyjaśnień w artykule pod wielce znaczącym tytułem „The Putin Question” (www.project-syndicate.org?onpoint/the-putin-questio-2016-08). Dowodzi on tym artykułem, że zawsze można liczyć na naukowców, jeśli chce się skutecznie uniemożliwić jakiekolwiek naukowo sensowne wyjaśnienie ważnego problemu, interesującego publiczność.

Pod nagłówkiem „Perwersyjna racjonalność” Aslund serio przytacza opinie polityków, takich jak Bush czy Merkel, którzy w oczach Putina szukali refleksów jego duszy. Serio! A może to były kurwiki Renaty Beger?

Ten poważany uczony zadaje sobie pytanie, dlaczego tak wytrawny strateg, który zapędza w kozi róg swych rywali doprowadzając do zwrotu w stosunkach z Turcją, popełnia tak elementarny błąd wznawiając napięcia w relacjach z Ukrainą? Albo ciesząc się taktycznymi sukcesami w kwestii Ukrainy i Krymu, nie dostrzega strategicznych strat w porozumieniu energetycznym z Chinami, strat, które będą miały zasadniczy wpływ na długoterminowe interesy Rosji?

Odnieść można wrażenie, że Putin przedkłada zrobienie na złość Zachodowi nad dbanie o strategiczne interesy kraju. Traktuje się więc Putina jednocześnie jako wcielenie Kutuzowa i jako kompletnego idiotę. Racjonalizuje się tę sprzeczność – na wzór Michnika – poprzez krytykę braku aktywności Zachodu, co niby ma ośmielać Putina do podejmowania takich nieracjonalnych działań. I wydaje się, że większość opinii publicznej daje się uwodzić takim tłumaczeniom.

W takiej atmosferze, nikt nie śmie zadać prostego pytania o to, dlaczego nie ma nawet próby zintegrowania Rosji z Unią Europejską. Nie mówcie nam, że na przeszkodzie stoi brak demokracji w Rosji – eksperci już ten argument obrócili w śmieszność.

Innym tropem jest opinia Josepha S. Nye’a, znaczącego autora w środowisku zajmującym się zagadnieniami polityki zagranicznej USA. Autor ten tłumaczy, że zagrożenie ze strony Rosji wynika z faktu, że państwa znajdujące się w fazie schyłkowej zachowują się desperacko i mniej liczą się z ryzykiem. Shlomo Ben-Ami, były minister spraw zagranicznych Izraela, szuka wyjaśnienia w tym, że dla pewnych krajów klęska polityczna lub militarna kojarzy się z tak głębokim poczuciem upokorzenia, że starają się one za wszelką cenę zmienić niesprawiedliwy – ich zdaniem – ład międzynarodowy.

Trudno nie przyznać, że obaj panowie wiedzą, o czym mówią – zupełnie, jakby mówili z własnego (kraju) doświadczenia!

Psychologizowanie zdaje się przemawiać do lewicy bardziej niż analiza uwzględniająca – po marksistowsku – analizę sprzecznych interesów burżuazji zaangażowanych w rozgrywkę państw.

Pominiemy opinie takich tuzów polityki, jak Julia Tymoszenko, chociaż nie odstaje ona aż tak bardzo od utytułowanych ekspertów pod względem głębi myśli. Carl Bildt zauważa, że Rosji łatwiej jest podsycać krótkoterminową ulotność sytuacji niż Europie budować długoterminową stabilność.

Problem w tym, że wszystkie hieny Europy robią co tylko w ich mocy, aby uniemożliwić Rosji budowanie „długoterminowej stabilności” – dzięki polityce sankcji, które wbrew oczekiwaniom odbijają się na społeczeństwie i wzmagają nienawiść Rosjan do Europy i poparcie dla Putina. Rozchwianie i upadek Rosji byłyby prędzej powodem destabilizacji Europy (jak wskazuje Brzeziński) niż „szansą” na postępowy projekt.

Jeoffrey Sachs zauważa z kolei, że Putin wydaje się nie rozumieć (w przeciwieństwie do Chin), że sukcesy gospodarcze zależą od dobrych relacji ekonomicznych z USA i Europą. Jak tu panu ekspertowi uwierzyć, że Putin nie rozumie? To może Sachs powinien wysłać mu swój artykuł?

Opinie poważanych ekspertów, sprowadzające się do błyskotliwych spostrzeżeń, że Putinowi chodzi o odwrócenie uwagi od upadającej gospodarki, od upokorzenia spowodowanego Majdanem, o utrzymanie image’u macho i inne tego typu gaworzenia, w które chyba nie wierzy nikt poza polską klasą polityczną – klasą samą dla siebie, nie zasługują na rozpamiętywanie.

Inni eksperci zwracają uwagę bardziej na kwestię kosztów dla Rosji prowadzonej przez Putina polityki, wskazując zresztą, nolens volens, na bezalternatywność tej polityki. Wydawałoby się, że w sytuacji, kiedy cały świat jest jednomyślny w sprawie Rosji, wystarczyłoby stworzyć Putinowi warunki do uchwycenia się jakiejś sensownej alternatywy. Taka była też, jak można przypuszczać, koncepcja polityczna Niemiec, za którą kraj ten został zbesztany i postawiony do pionu przez europejskich i amerykańskich partnerów.

Polityczna gra, która się toczy na naszych oczach, jest niezwykle subtelna i przypomina stąpanie po linie nad przepaścią.

W tej sytuacji można wręcz podejrzewać, że wyzwolenie masowego exodusu uciekinierów z terenów objętych wojną na Bliskim Wschodzie, a mówiąc dokładniej – umożliwienie przeniknięcia fali uchodźców do Europy z obozów w Turcji – jest ukartowanym posunięciem mającym na celu uniemożliwienie Niemcom porozumienia z Rosją, zniwelowaniem przewagi Niemiec w przejęciu zarządzania zasobami Rosji. Bo tylko ten kraj był w stanie zagospodarować zasoby rosyjskie. Teraz już ma inne problemy na głowie.

To, że żaden inny kraj Europy nie jest w stanie zastąpić w tym dziele Niemiec, nie martwi Stanów Zjednoczonych. Niejasna jest w tym kontekście rola Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że podobnie jak Francja, już wcześniej wzięła sobie bombę z opóźnionym zapłonem w postaci imigrantów. Wyjście z UE wydaje się próbą uniknięcia uwikłania na niemiecką modłę. Jednym słowem, każdy obecnie broni się, jak może, w sposób chaotyczny i z konsekwencjami nieprzewidywalnymi dla losów kontynentu.

Jednym słowem, nasuwa się nieodparte wrażenie, że Rosja nie jest jedynym krajem, który stoi przed groźbą katastrofy. Jeszcze mocniej nasuwa się wrażenie, że chaos ten prowadzi w jednym tylko kierunku – wojny, która i tak niczego nie rozwiąże.

Jakże świeżo na tym ponurym tle rysuje się koncepcja niezawodnego grona postępowców z Yanisem Varoufakisem na czele! Ten niedawny minister i obecny celebryta ma rozwiązanie problemów tego świata w duchu jakże przypominającym marzenia starszych kolegów witających z nadzieją upadek „Sowieckiego Imperium” jako początek nowej fazy historii ludzkości.

Otóż Yanis Varoufakis ogłosił wszem i wobec: „Zbudujmy postępowy internacjonalizm”! (https://www.project-syndicate.org/commentary/building-a-progressive-international-by-yanis-varoufakis-2016-07)

Recepta prosta, ale przecież prostota to znamię geniuszu: „Tradycyjne partie polityczne usuwają się w cień, zastępowane przez formujące się dwa nowe bloki polityczne. Pierwszy reprezentuje starą trójkę liberalizacji, globalizacji i finansjalizacji. I choć wciąż jest u władzy, jego notowania szybko spadają. Drugi blok formują Trump, Le Pen, prawicowi zwolennicy Brexitu, antyliberalne rządy Polski i Węgier oraz rosyjski prezydent Władimir Putin. Jedyną drogą ucieczki z tej politycznej pułapki jest postępowy internacjonalizm, oparty na solidarności między większościami ludzi na całym świecie, którzy są gotowi, aby przywrócić demokratyczną politykę na skalę planetarną…”

Cóż na to odpowiedzieć? Pragmatyczną wartość swych koncepcji Varoufakis miał okazję zweryfikować podczas niefortunnego epizodu w rządzie Syrizy. Optymizm, z jakim wyborcy Syrizy podeszli do wymarzonych rządów tej radykalnolewicowej partii, opierał się na jakże dobrze nam już znanym, nierealistycznym założeniu, które przyświecało współtowarzyszom Halimi’ego.

Wydaje się, że jedynym odzewem postępowej większości ludzkości na te analizy i recepty powinien pozostać gest Kozakiewicza, ewentualnie staropolskie popukanie się w czoło. Szkoda słów…

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

21  sierpnia 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przegląd prasy, Ukraina i "Rosyjska wiosna". Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *