TYMOTEUSZ KOCHAN: ZAMACHY NA IMPERIALISTYCZNE ZAMÓWIENIE

Zdaniem wyklętej z rozumu polskiej prawicy atak w Nicei to „efekt politycznej poprawności”, „rezultat multi-kulti” lub ogólny efekt rzekomej muzułmańskiej inwazji na Europę i jej niezwykle pokojowe wartości. Podobny dyskurs podtrzymują zresztą również politycy Zachodu, w tym Francois Hollande, czy inni zwolennicy „polityki tolerancji”, których publiczne wystąpienia służą dziś głównie zaciemnianiu najprostszych faktów, które kryją się za kolejnymi zamachami.

Minimalną trzeźwość umysłu jako jedyny w gronie europejskich polityków zachował premier Bułgarii Bojko Borysow, który wprost skrytykował prezydenta Francji za jego zapowiedź kontynuacji francuskich bombardowań w Iraku i Syrii. Tego typu głosy są jednak odosobnione, europejski imperializm za wszelką cenę ukryć pragnie bowiem w pełni racjonalny i przewidywalny charakter kolejno następujących po sobie zamachów. Wedle powszechnego europejskiego PR-u oficjalnym wrogiem dobrego Zachodu mogą być bowiem tylko szaleńcy.

Jeszcze kilka miesięcy temu – przed atakami – w jednym z wypuszczonych przez siebie materiałów, które strasząc „bezrozumnym islamizmem” wyemitowała nawet polska Panorama, dość rozsądnie wyglądający przedstawiciel Państwa Islamskiego wprost i bardzo klarownie informował Francję, że „dopóki będą trwały wasze naloty, będziecie mieli do czynienia z naszymi zamachami”. Przez cały ten okres /wbrew ostrzeżeniom/ trwały m.in francuskie naloty na pozycje tzw. Państwa Islamskiego, przy okazji których zginęły oczywiście (poza traktowanymi niczym nieludzie „terrorystami”) tysiące cywilów, o czym już w marcu informował m.in Independent w suchej notce podając, że liczba cywilnych ofiar „nalotów anty-ISIS” dobija już do pierwszego tysiąca…

W tym samym czasie, kiedy to tysiące ginęły od zachodnich bomb w Strefie Cienia, jaką stał się Bliski Wschód, Europa jeszcze bardziej zaostrzała swą politykę nowego kolonializmu, we Francji rozszerzono wieczny już nieomalże kapitalistyczny stan wyjątkowy (dla którego poza terrorystami głównym wrogiem stali się robotnicy i związkowcy), a cała zachodnia polityka bliskowschodnia koncentrowała się na walce z uchodźcami i imigrantami, którzy do Europy płyną, ponieważ to Europa wraz z USA zniszczyła ich kraje i domy.

Terroryzm zawsze jest bronią słabszych, czy jednak zachodnie naloty nie są atakami terrorystycznymi i czy ich charakter pozostaje jakościowo odmienny od tego, co robią przedstawiciele Państwa Islamskiego i innych grup terrorystycznych? Jedyna wyraźna różnica tkwi w zachodniej przewadze technologicznej, która z zachodnich bombardowań czyni dziś bardziej przemysł o wyrafinowanym charakterze niż jednoosobowe incydenty i wypady o półamatorskim charakterze, jakimi są obserwowane przez nas zamachy. Konflikt pomiędzy państwami peryferyjnymi zepchniętymi do roli postapokaliptycznych poligonów zachodnich sił wojskowych a europejskim imperializmem schowanym za zasłoną „wojny kulturowej”, którą z Europą prowadzą rzekomo „bezrozumni dzicy”, nie posiada innego charakteru niż charakter czysto ekonomiczny. Stawką jest bowiem ocalenie imperialistycznego dobrobytu Zachodu i spacyfikowanie pierwszej od lat próby usamodzielnienia się Bliskiego Wschodu od polityki USA i Europy.

Próba ta – czyli ISIS – nie musi się nam oczywiście podobać, nie ma też i nie musi w niej być nic pociągającego z perspektywy zachodniej refleksji politycznej, czy społecznej. W realiach państw, gdzie miliony „wyparowały” od zachodnich bomb i gdzie prawem stały się interesy zachodnich koncernów trudno jednak o inną alternatywę i o inny politycznie, czy kulturowo wymiar buntu niż ten, który oferuje dziś Państwo Islamskie z jego przybudówkami. „Islamiści” nie walczą tu jednak z francuskimi autorami epoki oświecenia. Dla zachodniego kapitalizmu, od wieków stale ociekającego krwią, nie istnieje inny scenariusz niż ten, który zakłada siłowe przejęcie tego regionu i utopienie go we krwi do momentu przywrócenia w nim zachodniej hegemonii politycznej. To powtórka z każdej poprzedniej wojny wywołanej imperialistycznym interesem – począwszy od konfliktów XIX-wiecznych, po wojnę w Wietnamie i kolejne interwencje USA na kontynencie amerykańskim.

Terroryzm oraz imperializm to dwie strony tego samego medalu – współczesnego, pasożytniczego systemu kapitalistycznego. Ofiarami imperialistycznego terroryzmu są dziś zarówno ci, którzy giną w Europie, jak i ci, których imperialistyczne bomby dosięgają na Bliskim Wschodzie. Planu pokoju, planu współpracy, czy choćby planu wycofania się z dotychczasowo stosowanych przez Zachód praktyk nie ma i nie będzie – stawką jest bowiem bogactwo kapitalistycznych elit, bogactwo przemysłu i korporacji zbrojeniowych oraz dobrobyt zachodnich społeczeństw, które – tak jak ich elity – od zawsze szczególnie niechętnie myślą o tym, że ktoś mógłby dyktować im cenę za ropę i regulować zakres ich bogactwa, poprawiając przy tym swoje położenie i byt.

Wbrew ideologii nacjonalistycznej i polskim prawicowcom ograniczonym swą ciasnotą poznawczą do poziomu słabo rozgarniętych krzyżowców kolejne zamachy nie są więc rezultatem „tolerancji”, „malowania kwiatków”, czy efektem „ideologii multi-kulti”. Dzisiejszy terroryzm został zamówiony, a zamawiającym był zachodni imperialista, którego „tolerancja” w stosunku do ludów kolonizowanych od wieków waha się pomiędzy kongijskim holocaustem z czasów Leopolda II a amerykańskim wykorzystaniem napalmu. Drobną zmianę przyniosła w tej materii wyłącznie sama technologia i postęp, który kolonizowanym pozwala dziś zbrojnie odpowiadać na zadawaną im przemoc.

Czy jest w ogóle wyjście z tej pułapki? Wysyp reakcji solidarnościowych zieje pustką i bezsilnością. Zachodni polityk, kapitalista, bankier i imperialista nie wzruszą się śmiercią na paryskich, czy nicejskich ulicach – ich współczucie jest udawane, a ich działanie w pełni wyrachowane i obliczone na zaognianie kryzysu międzynarodowego i wzajemnej, międzynarodowej nienawiści, która w przyszłości może wspomóc ich plany i chociażby – skłonić Europejczyków do maszerowania w kamaszach po bliskowschodnich pustyniach, lub chociaż zwiększyć ich poparcie dla tego typu działań.

Wyjścia z pułapki imperialistycznej przemocy nie zaoferuje dziś żadna forma prawicowej refleksji na temat świata. Jest ona bowiem wyłącznym rezultatem panowania imperialistycznych praktyk gospodarczych i jej politycznym rozwinięciem… Wszelki rozsądek, umiar, działanie na rzecz pokoju i prawdziwego „bezpieczeństwa” może być jedynie domeną tych, którzy nie czyhają na bogactwa „tropików” i których umysłów nie skaziła ideologii legii cudzoziemskiej, wypraw krzyżowych, zderzenia cywilizacji, czy kibolstwa przemieszanego z podwórkową ksenofobią i rasizmami skłaniającymi do ataków na okoliczne bary z kebabem.

Tymoteusz Kochan

(Źródło: http://lewica.pl/blog/kochan/31325/)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przegląd prasy, Teksty bieżące, Teksty nadesłane. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „TYMOTEUSZ KOCHAN: ZAMACHY NA IMPERIALISTYCZNE ZAMÓWIENIE

  1. B.B. pisze:

    JAJO BARBARZYŃCY
    (komentarz Ewy Balcerek w dyskusji na lewica.pl)

    Bardzo dobra i słuszna analiza Tymoteusza Kochana. Polemiści autora nie rozumieją, że broń, którą zaakceptowali w obronie przed „najazdem barbarzyńców”, czyli egoizm i partykularyzm, niszczy przede wszystkim to, co mogłoby jeszcze Europę ocalić – siłę atrakcyjną zachodniej cywilizacji.

    Atrakcyjność tej cywilizacji nie polega na serwowanym obecnie pędzie ku prawicowo-populistycznym półfeudalnym stosunkom międzyludzkim, co w zamyśle miałoby uratować kapitalizm cofając go do czasów pierwotnej zapobiegliwości i gospodarności. Ta atrakcyjność jest związana z lewicowymi perspektywami, dziś już skutecznie zarzucanymi.

    Nie ma perspektywy wspólnej obrony przed „barbarzyńcami”. Jest za to typowo elitarne rozgrywanie „barbarzyńców” w rywalizacji wewnętrznej. Egoizm i partykularyzm przejawiany wobec ludzi, którym Zachód zgotował piekło skrzętnie przygotowywane od kilku stuleci wyzysku kolonialnego, obraca się przede wszystkim przeciwko własnym społeczeństwom i sąsiadom z kontynentu. Instytucjonalne przeciwwagi trzymające przez zbyt długi czas w pewnych ryzach kapitalistyczną anarchię zostały skutecznie zdemontowane tym łatwiej, że i tak stwarzały tylko pozór skuteczności jedynie w okresie prosperity.

    Zmiany w Unii Europejskiej są możliwe dzięki naporowi aktualnej sytuacji politycznej, w tym związanej z falą imigracji. Te skutki są w toku i to nie dlatego, że wymuszają je jakieś prawa szariatu czy zamachy terrorystyczne, ale dlatego, że imigracja stwarza pretekst do forsowania zmian politycznych od dawna wymierzonych w status quo, a umożliwiających prawicy ostateczną rozprawę z tym właśnie lewicowym dziedzictwem, ciężko wywalczonym i okupionym krwią robotniczą, które stanowi wartość dla społeczeństw. Czyli z dziedzictwem polegającym na ograniczeniu dzikiego wyzysku świata pracy.

    Świata wyłaniającego się z tryumfu prawicy społeczeństwa nie będą broniły. Już nie bronią. Prawica wmówiła im, że zamiast solidarności ludzi pracy liczy się partykularyzm i egoistyczny interes własny. Tym samym prawica zniszczyła własnoręcznie powód, dla którego społeczeństwo chciałoby utrzymać istnienie zachodniej cywilizacji. Czeka nas nie zniszczenie z zewnątrz, ale implozja.

    Precedensy były, choćby Cesarstwo Rzymskie.

    Opisał to Friedrich Duerenmatt w sztuce bodajże „Romulus Wielki”. Rozciągnięty w czasie rozkład cywilizacji spuentujemy niczym cesarz Romulus: „Odoaker znowu zniósł jajko”. Zagłada też da się oswoić. Ba, nie każdy na niej straci. Tylko ci, którzy stracili już na kapitalistycznej cywilizacji.

  2. Michaił Pokrowski pisze:

    Upadek Cesarstwa Rzymskiego w perspektywie długofalowej okazał się nieuchronny a „barbarzyńska dzicz” okazała się nośnikiem heglowskiego Rozumu, i to mimo, że bezpośrednio po katastrofie nastały czasy Dark Ages. Marsz ludzkości ku komunizmowi to nie prosta linia postępu ale sinusoida. Nie wiedzieć czemu upadek cywilizacji zachodniej traktowany ma być niczym koniec kosmosu. Aby zrozumieć sens dziejów trzeba trochę wyjść poza perspektywę burżuazyjnego filistra.

  3. E.B. pisze:

    Oczywiście, że nie prosta linia i że nie koniec świata. Mroczne wieki też przyniosły niezwykle interesujące koncepcje filozoficzne. Ale perspektywa tysiącletniej linii spadkowej sinusoidy może też nie napawa przesadnym optymizmem. No chyba, że uznamy, iż potrzebny jest kolejny długotrwały epizod utrwalania myślenia religijnego (czytaj: magicznego), aby chytry Rozum mógł od zera rozpocząć drogę do emancypacji ludzkości od przekonania, że nierówności między ludźmi są naturalne i dane od Boga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *