JE SUIS… QUI? (JESTEM…, NO KIM?)

Prowadzona od wielu dekad polityka organizacji skrajnie lewicowych w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, a znajdująca małpie naśladownictwo wśród organizacji-kalek w krajach II i III Świata, mająca na celu wtopienie się lewicy w budowanie radykalnej demokracji burżuazyjnej, doprowadziła do aktualnego stanu lewicy, zwłaszcza rewolucyjnej. Odchodzenie od klasowej teorii marksistowskiej opartej na wiodącej roli klasy robotniczej dało w efekcie rozmycie podmiotu procesu „rewolucyjnego”, a w rezultacie – unieważnienie klasycznego podziału na lewicę i prawicę w imię solidaryzmu 99% społeczeństwa w obliczu 1% zdefiniowanych posiadaczy własności środków produkcji.

Wraz z tak szeroko pojętym podmiotem rewolucyjnym przyjęto również jako własne te wartości, które wyznają tradycyjnie owe grupy społeczne składające się na ów podmiot. Okazało się, że te grupy nie przeszły na ideologię klasy robotniczej – nie mając z nią wiele wspólnego, a nawet stojąc z nią w niejakim konflikcie interesów. Sprawdza się formuła, że zdeklasowane drobnomieszczaństwo może, owszem, dostarczyć sporego kontyngentu działaczy, ideologów i teoretyków ruchu robotniczego, ale na pewno nie stanie się masą członkowską organizacji wyznających ideologię partii robotniczej.

Ten wewnętrznie sprzeczny proces rozwojowy lewicy w sensie organizacyjnym i teoretycznym szedł do przodu rozwijając wszelkie możliwości i konsekwencje takiego programu, alternatywnego wobec programu Marksowskiego.

Dziś mamy kulminację procesu i czas żniw.

Organizacje lewicy rewolucyjnej nie widziały możliwości utrzymania się przy życiu i aktywności pozostając na marginesie. Stąd konieczne kompromisy dotyczące teorii. Wtopienie się owych grup w ruchy ogólnodemokratyczne spowodowało, że poza utrzymaniem jakiegoś zaczepienia w ruchach społecznych, skrajna lewica przestała być postrzegana jako zagrożenie ustrojowe. Dzięki temu nastąpiło ideowe zbliżenie z prawicą otwartą na problemy socjalne, na te warstwy społeczne, które podlegają wyzyskowi. Odrzucenie marksowskiej wizji problematyki wyzysku, tj. robotniczego punktu widzenia na to zagadnienie, zaowocowało zbliżeniem ze stanowiskiem nacjonalistycznym, początkowo w wydaniu takim, że grupy lewicowe, krytycznie wobec własnych państw imperialistycznych, dostrzegały postępowy aspekt ruchów narodowowyzwoleńczych krajów Trzeciego Świata. Prawica krajów półperyferii (w tym Polski) nie widziała powodu, aby tego sposobu postrzegania sytuacji nie rozszerzyć na swoje kraje i ich zależność od międzynarodowego rynku.

Tak się „szczęśliwie” złożyło, że posttrockistowskie organizacje skrajnej lewicy postrzegały także sytuację krajów-satelitów ZSRR w tym samym kodzie – jako kraje peryferii w stosunku do Związku Radzieckiego. Ten instrumentalnie traktowany „nacjonalizm” grup skrajnie lewicowych był używany jako mimikra pozwalająca owym organizacjom na poczucie się „jak u siebie” wśród „ludowych” przywódców buntów mających nieraz miejsce w krajach tzw. obozu realnego socjalizmu. Proces ten został zapoczątkowany w Polsce przez tzw. rewizjonistów, którzy od koncepcji powrotu do leninowskiej formuły samorządności robotniczej przeszli do bardziej „realistycznej” polityki oparcia się na autorytecie ideologii Kościoła i Narodu. Wszystko to szło – nie zapominajmy o tym – równolegle na Wschodzie i na Zachodzie, gdzie nastała moda na eurokomunizm i zbliżenie marksistowsko-chrześcijańskie.

Tak więc podłoże pod rozmycie różnicy między skrajnymi: lewicą a prawicą zostało przygotowane długą pracą. Warto zauważyć, że kompromis był dość jednostronny – ustępowała lewica, zaś prawica odwoływała się wyłącznie do swej chadeckiej postaci i czekała na nawróconą lewicę na ustalonych od dawna pozycjach.

Ten proces pomógł w dużym stopniu w „sukcesie” przeorganizowania ruchu „Solidarności” w ruch obalający system realnego socjalizmu zamiast jego reformy od stalinizmu w kierunku powrotu do programu Leninowskiego.

Trzeba też, nawiązując do tego, co zostało wyżej powiedziane, zauważyć, że część (niewielka) prawicy – przekonawszy się, że skrajna lewica przestała być alternatywą systemową (ustrojową) wobec demokracji burżuazyjnej, odważyła się sięgnąć po jej niektóre narzędzia, takie jak tradycja 1 Maja czy walka klasowa. Oczywiście, we własnym, narodowym sosie. Ponieważ sytuacja globalna jest taka, że konflikty kapitalizmu stawiają poszczególne kraje lub grupy krajów naprzeciwko siebie z przeciwstawnymi interesami ekonomicznymi, znaczenie ponadnarodowej solidarności klasy robotniczej wydaje się sprawą drugorzędną, socjalna (populistyczna) prawica wydaje się jeszcze bliższa skrajnej lewicy niż do tej pory.

Z klasowego punktu widzenia jest to zbieżność taktyczna, oparta na fakcie, że sytuacja krajów półperyferii wydaje się analogiczna do krajów Trzeciego Świata. Skrajna lewica zaczyna grać w prowojenną grę prawicy wynikającą z przyjęcia za dobrą monetę koncepcji o Polsce jako kraju pokrzywdzonym w międzynarodowym podziale pracy.

Jednocześnie zaślepiona skrajna lewica w Polsce nie zauważa faktu, że w krajach Zachodu odbudowuje się (cokolwiek w niedookreślonej jeszcze formie) konflikt klasowy oparty na zasadniczym przeciwieństwie między pracą produkcyjną a możliwością tworzenia cywilizacyjnej nadbudowy. Kraje półperyferii, takie jak Polska, przestają funkcjonować w UE jako kraje całościowo pokrzywdzone w kapitalistycznym podziale pracy. Ludzie pracy Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii – w aktualnej sytuacji – przestają być beneficjentami dominującej pozycji swych państw wśród narodów świata, bo ledwie starcza na zaspokojenie wciąż rosnących potrzeb kapitalistów i grup z nimi najbliżej związanych.

Tak więc, w momencie, kiedy wali się i to, na czym swoje „ideologiczne”, a słuszniej mówiąc „propagandowe” zbliżenie z lewicą opierała prawica nacjonalistyczna, lewica pozostaje na drugim planie ideologicznym i teoretycznym. Staje się dodatkiem do przodującej ideowo prawicy narodowej oddając jej resztki własnej wiarygodności.

Ci co dziś najbardziej na skrajnej lewicy krytykują tych lewicowców, którzy idą jak w dym w objęcia narodowców, są jednocześnie tymi, którzy taki obrót rzeczy najskrupulatniej wieloletnią pracą przygotowali.

Cóż więc robić?

Wydaje się, że przede wszystkim należy potraktować dzisiejszą sytuację jako szansę na odtworzenie tożsamości lewicy rewolucyjnej. Wbrew temu, co większość lewicy sądziła, odbicie lewicy rewolucyjnej od dna nie odbędzie się z wykorzystaniem przejmowania miejsca po socjaldemokracji czy dzięki zaprezentowaniu się na tle lewicy reformistycznej dowolnego chowu. Tego typu taktyka, nacechowana daleko idącym pragmatyzmem, okazała się albo izolacjonizmem w oderwanym od teorii aktywizmie nakierowanym na skrajnie pragmatyczne cele w ramach systemu burżuazyjnego, albo skrętem w objęcia narodowej prawicy, która dała tylko listek figowy dzięki pozornemu przejęciu części haseł lewicy. Pozornemu, ponieważ wynikającemu ze specyficznej koniunktury politycznej, a nie z ugruntowanej teorii, która lewicę i prawicę dzieli w sposób zasadniczy i nieprzekraczalny.

Nie ma mowy o ewolucji działaczy prawicy na lewo, jeśli dokonuje się to w ramach teoretycznych ideologii prawicowej, jak to ma dziś miejsce w przypadku partii Zmiana i Mateusza Piskorskiego.

Zbliżenia między skrajną lewicą a prawicą populistyczną mogło się odbywać na bazie Polskiej Partii Pracy, ale polegało to na rywalizacji o bazę związkową. Przepływali z lewicy do prawicy ci działacze, dla których rozróżnienie między lewicą a prawicą już wcześniej nie było większym problemem, albo ci, którzy nawet wśród komunistów kultywowali tradycje patriotyczne i narodowe.

Flirt z koncepcjami nacjonalistycznymi opierał się na tym, że tacy działacze jak Zbigniew M. Kowalewski doszlusowywali do posttrockistów właśnie z klimatów populistyczno-narodowych, kontynuując i rozwijając te wątki, które koniunkturalnie łączyły wizje narodowe z postawą antyradziecką i sympatiami do krajów peryferyjnych, gdzie ideologię socjalistyczną czy komunistyczną zastępowały koncepcje narodowe właśnie.

Aktualna sytuacja jest tym bardziej szansą dla lewicy rewolucyjnej, ponieważ w krótkim stosunkowo czasie (ćwierćwiecza) przetestowano skutki modnych i wpływowych na lewicy ideologii teoretyzujących i uzasadniających teoretycznie odpuszczanie lewicy swoich imponderabiliów. Teraz wszystko zaczyna się prostować w sferze ideowej.

Jeżeli ktoś poczuwa się do lewicy rewolucyjnej, to zasadniczym celem dla niego powinna być odbudowa tej właśnie formacji. Obecna sytuacja pozwala na weryfikację stosowanych w minionych dziesięcioleciach koncepcji stanowiących odpowiedź na bieżące wyzwania, odpowiedzi „na skróty”, odpowiedzi zgniłego kompromisu, braku kręgosłupa itd. Wszystkie one uległy kompromitacji, bo doprowadziły do tego, co dziś mamy w kwestii tożsamości lewicy rewolucyjnej. Ta tożsamość formacji jest dla nas kwestią zasadniczą. Zderzenie z populistyczną i narodową prawicą jest dlatego olbrzymią szansą na odbudowę niezależnej lewicy rewolucyjnej. Wiemy już, czym się różnimy od lewicy burżuazyjnej i reformistycznej, ale okazaliśmy się nieodporni na „uroki” populistycznej prawicy, ponieważ radykalna lewica umoczyła się w minionych latach kolaboracją z burżuazją w ramach opozycji polegającej na reformowaniu demokracji burżuazyjnej w nieklasowo radykalnym kierunku.

Należy odwrócić sytuację, to lewica rewolucyjna powinna przyciągać ludzi, których interesy klasowo predestynują ich do takiego sojuszu. Tymczasem siła przyciągania i oddziaływania populistycznej prawicy na radykalna lewicę polega na tym, że owa prawica ma możność skutecznego działania w warunkach państwa klasowego. Problem polega na tym, że ta prawica, która jest atrakcyjna dla radykalnej lewicy, stanowi margines w państwie prawicowym. I, jak się okazało, margines podlegający prześladowaniom i nie mający większego oddziaływania na interesujące nas grupy społeczne. Kompromis ideologiczny jest niewart swej ceny. Ta część prawicy znajduje się w podobnej sytuacji politycznej, co radykalna lewica. Formacja lewicy rewolucyjnej nigdy nie wyjdzie ze swego impasu, jeśli będzie trwała w mało ambitnym zamyśle bezpośredniej konfrontacji tylko z tą częścią prawicy. Ćwiczenia w odróżnieniu się od tej prawicy jest dobrym punktem wyjścia dla odbudowy tożsamości lewicy rewolucyjnej, ale nie powinno się do tego zadania ograniczać. Naszym wyzwaniem jest prawica jako taka, dominująca prawica narodowo-populistyczna otwarcie zwalczająca tradycje i koncepcje lewicy rewolucyjnej.

Nie wszystkim zwolennikom partii Zmiana pasować będzie odbudowa tradycji lewicy rewolucyjnej, a pewnie nawet i nie większości. Nie wszystkim na lewicy radykalnej także będzie to pasowało. Nie przypadkiem deklaracje ideowe Partii Socjaliści wyglądają na pełny plagiat deklaracji partii Zmiana. Jeżeli nie zostało podniesione oskarżenie o plagiat, to zapewne dlatego, że autor jest po prostu ten sam.

Ideowo ta lewica nie różni się od tej prawicy. Czy o to nam chodzi? Jak widać, w sytuacji największego zbliżenia, dochodzi równocześnie do największego rozziewu. Coś nie pozwala na poczucie totalnej solidarności.

Jeżeli zaciera się rozróżnienie między lewicą a prawicą, to sytuacja z partią Zmiana pokazuje, że nie jest to prawda. Jeżeli to Zmiana przechodzi ewolucję lewicową, to ośrodkiem przyciągania powinna być lewica, a nie prawica – to chyba logiczne. Inaczej ta ewolucja wygląda wyłącznie na analogiczny zabieg pragmatyczny, jak zabieg wykonany przez lewicę radykalną w minionych dziesięcioleciach, mający na celu zachowanie własnej tożsamości grupy różniącej się od szerszej formacji wyłącznie jakimś szczegółem. W przypadku partii Zmiana jest to stosunek do Rosji i do NATO. Nie musi to być dla prawicowców ze Zmiany kwestia tak zasadnicza, jak dla lewicy szukającej odróżnienia od lewicy burżuazyjnej. To kwestia oceny sytuacji aktualnej, podporządkowanej nadrzędnemu celowi narodowemu. Aspekt lewicowości jest wykorzystywany jako sposób na wyróżnienie się od narodowo-populistycznej lewicy dominującej na scenie. Jest to prawica bardziej radykalna i przez to bardziej otwarta. Niemniej, podobnie jak prawica narodowo-populistyczna na Zachodzie, jej taktyka w polityce zagranicznej jest podporządkowana własnemu wyobrażeniu racji stanu. Doświadczenie Polskiej Partii Pracy jest tu najlepszym przykładem – lewica rewolucyjna nie jest w stanie nic ugrać. Dlaczego? Ponieważ nie ma nic do zaproponowania jako pozbawiona własnej, specyficznej tożsamości.

Taktyczne w istocie sojusze z narodowo-populistyczną prawicą nie są w stanie wydać oczekiwanych owoców. Mogą jednak być korzystne dla sprawy obu stron (zakładając ideowość zmarginalizowanych grupek prawicowo-nacjonalistycznych) tylko w sytuacji wspierania koniunkturalnie wspólnej sprawy z osobnych pozycji. Np. nacisk na zmianę polityki zagranicznej kraju (stosunek do Rosji i do sojuszy wojskowych). Ale nasz stosunek do tych kwestii, choć zbieżny, wynika z innych przesłanek i z punktu widzenia lewicy rewolucyjnej prowadzi do innych celów owej polityki zagranicznej. Zmiana jest pragmatyczna i jej stosunek do Rosji jest grą w realiach geopolitycznych, z czego wynika poparcie dla prokapitalistycznej władzy W. Putina. Lewica rewolucyjna ma inne cele polityczne i inny ogląd – internacjonalistyczny i rewolucyjny. Tak więc nie jesteśmy tożsami. Ale mamy szansę w tym drobiazgowym procesie analizy własnych pozycji odbudować swoją tożsamość. Konsekwencje samookreślenia na tym przypadku będą szersze niż tylko w odniesieniu do partii Zmiana. To będzie samookreślenie w stosunku do reformistycznej i burżuazyjnej lewicy oraz w stosunku do tzw. nowej radykalnej lewicy.

Mając to wszystko na uwadze, powinniśmy także pamiętać, że nawet u przeciwników ideowych są ludzie ideowi i gotowi do najwyższych poświęceń w imię swoich ideałów. Nie tylko do zamiatania ulic i odcierpienia aresztu. To wszystko przed nami, raczej nie uciekniemy. Każdy będzie miał możliwość sprawdzić się, dlatego już teraz powinniśmy jasno określić w imię czego gotowi jesteśmy cierpieć. I co zdarzy nam się świadomie zdradzić.

Dlatego doceniajmy postawy ideowe, ale nie tylko wtedy, kiedy się z nimi utożsamiamy. Jako rewolucjoniści powinniśmy zachowywać się godnie i szlachetnie. To znaczy, że możemy i powinniśmy oddawać należną sprawiedliwość odwadze NIE TYLKO WTEDY I DLATEGO, ŻE ZGADZAMY SIĘ Z IDEĄ GŁOSZONĄ PRZEZ KOGOŚ. Ale między oddaniem sprawiedliwości cudzej odwadze a solidaryzowaniem się z tym, co on głosi – jest różnica.

W imieniu Grupy Samorządności Robotniczej
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

27 maja 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Grupa Samorządności Robotniczej, Polemiki i dyskusje, Teksty bieżące. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „JE SUIS… QUI? (JESTEM…, NO KIM?)

  1. Uno pisze:

    ZOMO kontra Marks, Luksemburg, Trocki

    Nie lubię tzw. „dyskusji” grupek lewicowych, czyli wzajemnego recenzowania porażek, kończącego się jałowymi pyskówami i atakami osobistymi.

    Takie personalne wycieczki okraszone „egzaminami” z marksizmu to broń obosieczna. MN wezwał do tablicy jednego z autorów Dyktatury Proletariatu [„zachęcam Cię Piotrze do złożenia prostej deklaracji: „w kwestii narodowej mam stanowisko nieleninowskie”].

    Równie dobrze można zachęcić MN do złożenia deklaracji, że w kwestii roli klasy robotniczej ma stanowisko niemarksowskie a może nawet niemarksistowskie.

    „wyzwolenie klasy robotniczej musi być dziełem samych robotników”

    To zdanie Marksa wpisane bodajże po raz pierwszy w statucie Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (Pierwszej Międzynarodówki) powtórzyła R. Luksemburg w tekście „Czego chce Związek Spartakusa?” (projekt programu Komunistycznej Partii Niemiec (Związku Spartakusa), jednogłośnie przyjęty, i opublikowany w „Die Rote Fahne” z 14 grudnia 1918 r.) oraz – w odrobinę zmienionej formie – Lew Trocki w pracy „Ich moralność a nasza” (1936).

    Zdaniem MN klasę robotniczą może w tym dziele wyręczyć/zastąpić: partia (czyt. biurokracja stalinowska), armia czerwona, ZOMO. Historia upadku tzw. realnego socjalizmu dowiodła, że ZOMO nie może obronić socjalizmu przed rządzącą partią „komunistyczną”, która ten socjalizm chce „urynkowić” i „zdemokratyzować”, a przykład Chin pokazuje, że kapitalizm może zostać przywrócony w „republice ludowej”, przez partię komunistyczną.

    Pomysł zastępowania/wyręczania klasy robotniczej nie jest nowy w historii lewicy, choć niemarksistowski. Robotników próbowali już wyręczyć radykalni, drobnomieszczańscy bombiarze, czyli anarchiści i eserowcy oraz późniejsze ugrupowania tzw. partyzantek miejskich.

  2. Bartek pisze:

    „wyzwolenie klasy robotniczej musi być dziełem samych robotników”

    Robotnicy przehandlowali komunizm za ochłapy z burżuazyjnego stołu. Półtora wieku od Manifestu Komunistycznego, w którym wszystko zostało jasno i prosto wyłożone i co?
    Całe pokolenia komunistów, głównie drobnomieszczańskich, nawracały robotników na komunizm i co?
    Oświecały, organizowały, prowadziły do walki, flaki sobie wypruwały, garowały w wiezieniach, życie poświęcały i co?
    Robotnicy wypięli się na nich. Ich wysiłek, poświecenie, ofiara poszły na marne. Nie udało im się rozniecić ognia rewolucji, zaangażować robotników w walkę o własne wyzwolenie społeczne. Robotnicy olali komunistyczną ewangelię i komunistycznych kaznodziejów. Polecieli na lep „dobrobytu”. Za znośne warunki egzystencji sprzedali rewolucję i przeszli na reformizm (po cholerę rewolucja, da się żyć w kapitalizmie, kapitalizm można reformować w kierunku socjalizmu), a następnie za drobnomieszczański dostatek olali reformizm (po cholerę socjalizm, w kapitalizmie jest dobrze) i pogodzili się z kapitalizmem. Historia ruchu robotniczego przebiega od buntu do ugody. Burżuazja najpierw oswoiła dziki proletariat, a następnie wytresowała go sobie. Teraz to mieszczański „proletariat”. Wystarczy rzucić mu kość i przestanie warczeć. Spokojnie, nie ugryzie. Jest dobrze ułożony, karny i posłuszny.

    Klasa robotnicza sprzedaje się, jak niewolnik na targu, a komunistyczni kaznodzieje mogą im tylko kadzić o wyzwoleniu, socjalizmie i komunizmie i że „wyzwolenie klasy robotniczej musi być dziełem samych robotników”. Robotnicy bardzo wzięli to sobie do serca i olali wszystkie partie komunistyczne na całym świecie. A zdawało się, że sprawa jest prosta, wystarczy oświecić, rzucić hasło, przynieść światło idei, a robotnicy podchwycą, wezmą sprawę w swoje ręce, zaangażują się. A tu nic. Burżuazja rzuciła kość i wszystko poszło się jebać.

  3. Marks kontra "Uno" pisze:

    „Uno” poczęstował nas demagogią ale nie odpowiedział na kluczowe pytanie:

    Po której stronie należy wtedy stać? Czy po stronie PPR realizującej program importowania zdobyczy Rewolucji Październikowej na ziemiach polskich, czy po stronie ogłupionych katolicyzmem i antykomunizmem mas robotniczych.

    Samemu Marksowi można zarzucić „pomysł zastępowania/wyręczania klasy robotniczej”, w końcu po co Międzynarodówka Komunistyczna (czyt: biurokracja stalinowska… sorry, marksistowska).

  4. Uno pisze:

    [„Uno” poczęstował nas demagogią ale nie odpowiedział na kluczowe pytanie: Po której stronie należy wtedy stać? Czy po stronie PPR realizującej program importowania zdobyczy Rewolucji Październikowej na ziemiach polskich, czy po stronie ogłupionych katolicyzmem i antykomunizmem mas robotniczych.]

    Pytanie jest równie głupie jak wyznawcy Stalina i kompletnie bez sensu – dotyczy hipotetycznej sytuacji, która nie miała miejsca, i w tamtym miejscu i czasie nie mogła mieć miejsca. Odzwierciedla nieprawdziwy obraz polskiej rzeczywistości powojennej lansowany przez IPN.

    To nieprawda, że import zdobyczy Rewolucji Październikowej odbywał się bez poparcia społecznego, wbrew woli klasy robotniczej, czy nawet katolickiego i ogłupionego chłopstwa.

    Pamiętajmy, że przed wojną Polska była krajem rolniczym, ze słabo rozwiniętym przemysłem, i to właśnie biedne chłopstwo stanowiło wówczas najliczniejszą grupę społeczną. Poparcie lub przynajmniej neutralną bierność tej grupy społecznej PPR szybko „kupiła” nadaniami ziemi z reformy rolnej, dostępem do edukacji i opieki medycznej, awansem społecznym i cywilizacyjnym. To nie oddziały NKWD lecz głównie chłopscy synowie w polskich mundurach (stuprocentowi Polacy i katolicy) likwidowali bandy zbrojnego podziemia antysocjalistycznego.

    Dowód, że import zdobyczy miał poparcie społeczne?
    Spróbujcie chłopom odebrać ziemię „bezprawnie” nadaną przez komunistów. W ćwierć wieku od zwycięstwa kontrrewolucji nikt nie odważył się nawet zaproponować tak oczywistego aktu „sprawiedliwości dziejowej”.

  5. NKWD contra "Uno" pisze:

    „Pytanie jest równie głupie jak wyznawcy Stalina i kompletnie bez sensu – dotyczy hipotetycznej sytuacji, która nie miała miejsca, i w tamtym miejscu i czasie nie mogła mieć miejsca. Odzwierciedla nieprawdziwy obraz polskiej rzeczywistości powojennej lansowany przez IPN”.

    Odpowiedz równie głupia jak współcześni wyznawcy Trockiego.
    Rożnica między reakcją a lewicą nie polega na kreowaniu przeciwstawnych faktów historycznych – bo te są jedne, niezależnie od tego czy mówi o nich IPN czy komunista. Różnica polega na faktów interpretacji. Dla IPN to, że większość robotników i chłopów nie chciała komunizmu, a nawet jego namiastki (referendum 1946, wybory 1947) to pozytyw, dla lewicy to negatyw.

    „To nieprawda, że import zdobyczy Rewolucji Październikowej odbywał się bez poparcia społecznego, wbrew woli klasy robotniczej, czy nawet katolickiego i ogłupionego chłopstwa”.

    Nie ma żadnych przesłanek żeby twierdzić, że to nieprawda. Wśród chłopstwa poparcie miała idea reformy rolnej a wśród robotników nacjonalizacja głównych gałęzi gospodarki ale te były do zrealizowania i w kapitalizmie, nie na tym polegały zdobycze Rewolucji Październikowej. Chłopi żyli w strachu przed kolektywizacją a robotnicy w swej masie byli zwolennikami tzw. gospodarki mieszanej.

    „To nie oddziały NKWD lecz głównie chłopscy synowie w polskich mundurach (stuprocentowi Polacy i katolicy) likwidowali bandy zbrojnego podziemia antysocjalistycznego”.

    W o wiele bardziej postępowych narodach, ani we Włoszech, ani we Francji, komuniści władzy nie zdobyli. No ale tam nie było NKWD.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *