GDZIEŚ MIĘDZY PO A PIS…

Co tam marksizm! Znany teoretyk lewicowy, RR, wiedzie nas prostą, acz bez żadnego automatyzmu, drogą do socjalizmu – bez zbędnych problemów piętrzonych po drodze przez różnych wichrzycieli typu EB czy BB. A sprawa jest prosta jak drut i polega na rozróżnienia dwóch, dopełniających się, rodzajów realnego, tj. niedoktrynerskiego, antykapitalizmu: 1) czynnego realnego antykapitalizmu i 2) biernego realnego antykapitalizmu.

Nadstawmy więc ucha.

„Czynny realny antykapitalizm jest rzeczą zrozumiałą dla osób praktykujących takie działania. Pojęcie o nim uzyskuje się w praktyce. Przykłady takich działań są pokazywane czasami również na tym portalu. Oczywiście wielu biurkowych ideologów będzie próbowało podciągać pod nie też inne aktywności, bądź je problematyzować, odbiegając od ich znaczenia dosłownego. Rację jednak ostatecznie będą mieli sporze praktycy.”

„Czynny realny antykapitalizm” to, jak możemy się domyślić, działania mające na celu uzyskanie w ramach kapitalizmu maksimum zabezpieczeń socjalnych – pewność zatrudnienia, świadczenia socjalne i godna emerytura, wolność zrzeszania się w organizacjach związkowych i temu podobne postulaty, określane zazwyczaj jako postulaty ekonomiczne.

Czym jednak różniłby się ten program polityczny od programu socjaldemokratycznego, który wszakże do miana antykapitalistycznego nie pretenduje? Okres powojennej prosperity, bezpowrotnie miniony, pokazał zresztą, że nawet w tak sprzyjających warunkach przerośnięcie kapitalizmu w socjalizm jest w perspektywie tej formacji procesem asymptotycznym, czyli nigdy nie osiągającym swego celu. Ta część dyskutantów, którzy opowiadają się za tym modelem, ujawniła się otwarcie – w wyniku tej i innych dyskusji – jako zwolennicy nie żadnego tam socjalizmu, ale „kapitalistycznego dobrostanu”.

Różnica leżałaby więc w tym, że program RR miałby być autentycznie „antykapitalistyczny”. Gwarantem tego miało by być tworzenie tu i teraz warunków dla budowy socjalizmu w przyszłości. Do tego służy RR przywołane wyżej pojęcie „biernego realnego antykapitalizmu”: „Trochę jednak mniej znany i zapominany jest bierny, realny antykapitalizm. Jest on równie ważny, choć nie może być traktowany jako działanie zastępcze dla czynnej aktywności. Wymienię tutaj najważniejsze sfery tej aktywności: oficjalna polityka, tj. głównie absencja wyborcza, ignorowanie wszelkich nawoływań partii politycznej do udziału w ich grach, akcje obywatelskiego nieposłuszeństwa przeciwstawiające się istocie systemu;
zachowania konsumenckie, tj. powstrzymywanie się od zakupów towarów wytworzonych w warunkach eksploatacji lub innych przestępstw kapitalizmu na ludziach lub przyrodzie, zwalczanie konsumeryzmu – kupowania niepotrzebnych towarów ze względu styl życia, bycia trendy itd.; niekapitalistyczna gospodarka – najbardziej pożądana, jednak najtrudniejsza do zrealizowania dla zwykłych ludzi – chodzi tutaj o wzajemnym świadczeniu sobie przez jednostki usług lub drobnej produkcji bez pieniądza i zysku; kultura – odcinanie się od wpływu kultury tego systemu na siebie, tj. przede wszystkim mediów politycznych, szkolnictwa, przeróżnych instytutów itd. oraz zachowywanie i rozwijanie kultury antysystemowej, w tym zachowywanie pamięci o działaczach i historii antykapitalistycznej oraz komunikowanie takich zdarzeń i idei.”

I zaraz dodaje: „Ten ostatni rodzaj działalności jest elementem pomocniczym całego właśnie kompleksu zachowań i działań, a nie samą istotą przeciwstawiania się kapitalizmowi jak głoszą wszyscy uświadamiacze. Natomiast samo deklarowanie swoich antykapitalistycznych poglądów i prezentowanie jakichś wizji bez żadnego wiązania ich z praktyką nie jest dla mnie przejawem żadnego realnego kapitalizmu ani czynnego, ani biernego.”
W ostatnim zdaniu autorowi chodzi o „realny antykapitalizm” 🙂 No cóż, freudowskie przejęzyczenie.

Zauważmy przy okazji, że marksowska praxis nie jest tożsama z tzw. pieszczotliwie działactwem. Wynika ona w sposób konieczny z teorii, nie zaś z pragmatyzmu.

RR odrzuca puste deklaracje i żąda dowodu na ich pokrycie: „Hic, Rhodos, hic salta!” Świadectwo realnie antykapitalistycznej postawy można i należy dać tu i teraz! Nie przez docieranie do klasy robotniczej i pomoc w organizowaniu się jej (praktyka marksistowska), ale poprzez konkretną działalność adresowaną do wszystkich ludzi dobrej woli.

Zbędne dodawać, że dla nas hierarchia ważności jest całkowicie odwrotna.
RR wychodzi z konstatacji, że nie od dziś wiadomo, iż zasadniczą trudnością na radykalnej lewicy jest przekucie deklaracji na rzeczywistą aktywność – przyczyny są aż nadto dobrze znane i określone. Niczego nowego nie wymyślisz. Od czego jednak inwencja ambitnych jednostek. W tej mętnej wodzie rzeczywistych problemów RR usiłuje przedstawiać stare, zgrane idee jak coś nowego.
Przejdźmy więc do rozbioru tych „nowych” idei.
Szczególnie w aktualnej sytuacji szyderczo wręcz brzmią zalecenia „ruchu oporu” wycięte żywcem z 1968 roku, okresu prosperity kapitalizmu, gdzie chodziło o zdroworozsądkowe przeciwstawienie się szkodliwej dla zdrowia fizycznego i psychicznego plagi obfitości – taniej żywności i rozrywki.
Problemem dzisiejszego świata jednak jest nie hamburger czy porno, ale to, w jaki sposób lewica powinna odpowiedzieć na kryzys światowego systemu produkcji i globalnego wyzysku, w którym uczestniczymy wszyscy, a nie tylko arystokracja robotnicza. Jak się ustosunkować do faktycznych warunków, w których powinna się tworzyć koncepcja systemu zastępującego kapitalizm. Wyzwanie to nie zostanie skutecznie podjęte w postaci ruchu ekologicznego, chociaż ekologia w tyle głowy istnieć powinna, ani dowolnego ruchu na rzecz rozwijania radykalnej demokracji. Te problemy wymagają właśnie ideologicznie (politycznie) prawidłowej odpowiedzi. Więc hierarchia ważności zadań i działań ma znaczenie zasadnicze.

W tej perspektywie nie ma miejsca na infantylne dywagacje o „kapitalistycznym dobrostanie”, ponieważ welfare state to był niepowtarzalny etap historii, który już się nie wróci, jak mówi czeski klasyk. RR deklaratywnie odżegnuje się od dyskutantów, którzy mają tego typu złudzenia. A jednocześnie sam bezkrytycznie przyjmuje za rzecz oczywistą, że warunki dla jego programu w ramach – a jakże – systemu kapitalistycznego jak najbardziej istnieją. Czyli popada w te same iluzje, co jego oponenci. Lewica w sposób samobójczy abstrahuje od zasadniczych warunków, w których musi podejmować działania. Mamy określony splot uwarunkowań politycznych na świecie, który zmiótł stare, poczciwe rozwiązania jako dawno nieaktualne. Pozostały rozwiązania mało poczciwe. W tym kontekście traktowanie serio rozwiązań, które odwołują się do kapitalizmu jako do ich zaplecza, jest śmieszne, by nie rzec tragiczne. Liczenie na to, że kapitalizm daje perspektywę na tyle długą, że możliwe będzie budowanie alternatywnego społeczeństwa w oczekiwaniu na Godota, jest co najmniej nierozsądne.
Nasi oponenci wychodzą jednak z realistycznego założenia, że kapitalizm – poza oczywistością wyzysku – daje też atrakcyjną wizję określonego stylu życia, który w sposób perwersyjny jest atrakcyjny również dla wrogów systemu. Dlatego – nie ma zbawienia poza kapitalizmem, nawet gdyby był to kapitalizm gnijący. Skądinąd, „czynni antykapitaliści” usiłują naiwnie zniszczyć to, co stanowi o atrakcyjności kapitalizmu, i zastąpić siermiężnym modelem, którego atrakcyjność jest wątpliwa. Jednym słowem, brak logiki i refleksji jest grzechem głównym tego nurtu, w tym względzie przebijającego nawet infantylizm socjaldemokratycznych zwolenników „kapitalistycznego dobrostanu”.

Kiedy ogarniemy wzrokiem warunki naszego działania, tak jak się one prezentują w rzeczywistości, to zrozumiemy, że – przeciwnie do tego, co twierdzi RR – pierwszym zadaniem pozostaje walka o świadomość, zaś cała reszta może poczekać.

To, co RR wymienia na końcu jako działanie pomocnicze stanowi właśnie „istotę przeciwstawienia się kapitalizmowi” ze względu na jeden, ale zasadniczy powód. Działania wymienione przez RR wcześniej odwołują się do świadomości klasowej pośrednio, natomiast ta ostatnia – jeśli rozumieć przez to nie tylko puste, huczne deklaracje, ale rozwijanie teorii i ideologii oraz propagandy – odwołuje się do świadomości klasowej bezpośrednio. Jeżeli wymienione przez RR w pierwszej kolejności formy działalności usiłują dotrzeć do świadomości powszechnej jako do głównego adresata, to ta ostatnia – ma na celu dotarcie do adresata wyróżnionego, konkretnego, mającego znaczenie strategiczne dla realizacji celu. Obie formy działalności mogą się uzupełniać, ale hierarchia ważności jest odwrotna do tej, jaką zasugerował RR.

I tak, RR rozstawia po kątach wszystkich uczestników dyskusji: „Zarówno wyjściowa deklaracja socjalisty jak też komentarze i dyskusje toczone wokół niej i prawie wszystkie takie teksty na portalu traktują model socjalizmu oraz ustanowienie w przyszłości tego systemu jako zastępnik realnego oporu. Myli im się, mówiąc językiem Kanta, funkcja regulatywna socjalizmu z … jego zadaniem konstytucyjnym w wyznaczaniu praktyki politycznej. Socjalizm w tej funkcji oznacza tylko to, że należy tak długo podejmować realne działania antykapitalistyczne, aż nie powstaną warunki do rozpoczęcia powstawania socjalizmu. Opowiedzenie za socjalizmem może być tylko probierzem wiarygodności antykapitalizmu (i to raczej tylko negatywnym, tzn. jeśli ktoś deklaruje się jako przeciwnik socjalizmu, to raczej trudno go podejrzewać, że będzie działał antykapitalistycznie), ale nie konstytuuje żadnej praktyki.”

RR nie chce zauważyć prostej kwestii. Mamy na lewicy (szeroko pojmowanej) zwolenników i przeciwników socjalizmu, no, powiedzmy – antykapitalizmu. Problem nie polega na tym, że lewicowi przeciwnicy antykapitalistów nie przyłączą się do antykapitalistycznego, biernego projektu. Ten projekt bowiem, mając w perspektywie zmianę socjalistyczną – w ich mniemaniu – grozi katastrofą na wzór tych, które już zdołaliśmy poznać z historii. Jak byśmy nie odsuwali w przyszłość momentu ujawnienia prawdziwego zamysłu ukrytego pod pozorem apolitycznej zabawy w alternatywną kulturę, bomba musi prędzej czy później pęknąć, ponieważ, jak pisze sam RR, „socjalizm już na początku musi wykluczyć z rynku znaczące sfery gospodarki”. Mówiąc bez właściwej RR skłonności do owijania w bawełnę, proces ten zakłada likwidację wielkiej prywatnej własności środków produkcji, a moment zderzenia między zwolennikami takiego „krwiożerczego” socjalizmu a jego przeciwnikami nastąpi nieuchronnie. Projekt RR prowadzi do tego, iż zderzenie to będzie miało miejsce przy braku świadomej swych celów organizacji politycznej, co jest oczywistą receptą na klęskę.
Może i o to mu chodzi.

W galimatiasie, jaki RR wytworzył w swojej głowie, wymknęło mu się stwierdzenie totalnie od czapy: „Żadna więc partia socjaldemokratyczna nie osiągnie w kapitalizmie większych sukcesów socjalnych przez to, że w swoim programie zapisze jako ostateczny cel osiągnięcie socjalizmu.” Akurat przez wiele dziesięcioleci partie socjaldemokratyczne mogły budować państwo socjalne, ponieważ miały poparcie ludzi pracy, albowiem głosiły budowę socjalizmu. Później, dziwnym trafem, odrzucając ten zapis, ich stan posiadania i popularność jakoś przypadkowo malały, a one odchodziły po kolei do lamusa historii.

Wracając do kwestii „budowy socjalizmu przez zaskoczenie”: warunki do budowy socjalizmu powinny być tworzone bez „niepotrzebnych” sporów ideologicznych, które tylko rzucają kłody pod nogi przyszłych „budowniczych”. Tymczasem same założenia projektu stwarzają warunki do zaistnienia konfliktu przez to, że niedookreśloność celu przyciąga do projektu także i przeciwników socjalizmu, zadowalających się „kapitalistycznym dobrostanem”. Neutralizowanie ich sprzeciwu na początku drogi i wykorzystanie jako „użytecznych idiotów” odbije się czkawką w godzinę prawdy.

Zdaje się, że koncepcja RR sprowadza się do jakiegoś typu „elitarnej” koncepcji „zawodowych rewolucjonistów”, która przy założonym przezeń braku sporów programowych może wyrodzić się w… stalinowskiego chowu koncepcję „kadrową” w ramach zamordystycznej partii wodzowskiej.

Wreszcie RR precyzuje cel swego ataku: „Podobną kalkę myślową stosuje kilku dyskutantów – zwolenników modelowej walki z modelową klasą przeciwstawną kapitalistom. Ukonstytuować socjalizm według nich może tylko taka walka, przy czym niektórzy uważają, że nawet obecnie jest prowadzona, inni, że nie jest, z takich czy innych powodów i nie może być, bo nie walczą modelowe podmioty. Ogół tych kalek, i polityczna, j.w. i ta ekonomiczna bazuje na wyobrażeniu metodologii i strategii prosocjalistycznej jako pewnego automatu. Nie ma realnej walki, ponieważ automat nie działa. A dlaczego nie działa? Bo: a) włączono nieodpowiedni guzik (BB i EB) – siły polityczne nie odwołują się do tradycyjnej klasy robotniczej jako podmiotu rewolucyjnego); b) automat jest zepsuty (Bartek) – zepsuł się motor rewolucji, klasa robotnicza, ponieważ została przekupiona i już nic nie można zrobić; c) wybrano zły program (nie wiadomo, czym jest socjalizmu – inni dyskutanci). Gdyby jednak ten automat był sprawny i wszystko mający, no to, hop, siup i już mamy socjalizm.”

Wiemy już, na czym polega w oczach RR jego wyższość nad całością dyskutantów na lewica.pl. W przeciwieństwie do jego koncepcji prowadzenia z kapitalizmem walki tu i teraz – co jawi się mu jako banalnie proste, pozostali dyskutanci jako „gadająca kanapa” chcieliby mieć „guzik atomowy”, który uruchamiałby proces toczący się już dalej bez konieczności włożenia daniny pracy.

Natomiast atrakcyjność i samograj (by nie rzec – automatyzm) modelu RR polega na tym, aby każdy robił to, co lubi, i żeby, realizując się twórczo, traktował to jako własny wkład w dzieło antykapitalizmu. „Moje szczęście – szczęściem ludzkości!” W sposób naturalny dla każdego drobnomieszczanina, RR traktuje drobnomieszczański styla życia jako naturalny dla kondycji ludzkiej. Stąd jego apel o to, aby powstrzymywać się od kupowania rzeczy niepotrzebnych i inne praktyczne porady kołtuna.
Marksizm wychodzi z minimalistycznego postulatu, aby zadowolić się wyzwoleniem robotnika od wyzysku w procesie produkcji. Reszta problemów drobnomieszczańskiego kołtuna rozwiąże się w tej sytuacji sama – zwyczajnie nie będzie miał okazji do kupowania rzeczy zbędnych, bez konieczności walki wewnętrznej ze swymi nałogami.

Walka o socjalizm rozgrywa się przede wszystkim na terenie zakładu pracy, a nie na scenie teatralnej. Nie ma mowy o automatyzmie, jeśli mówimy o konieczności walki o świadomość klasową i o konieczności walki z oporem burżuazji. Problem w tym, że tylko cel wyzwolenia klasy produkcyjnej gwarantuje, że to, co otrzymamy będzie socjalizmem. Wszystkie inne warianty, jakby nie były radykalne, są tylko próbami ulepszania kapitalizmu. Trudno się więc dziwić, że kładziemy nacisk na ten warunek konieczny, lżej sobie ważąc wszystkie pozostałe. Trudno wystrzelić, nawet jeśli pod ręką jest wszystko: i kule, i lont, a tylko… brakuje armaty.

„W tych sporach i kontrach o rolę klasy robotniczej mieszają się prawdy cząstkowe i wygodne nierealistyczne usprawiedliwienia. Jest prawdą (zbieżną z poglądem Bartka), że w Polsce i krajach rozwiniętych gospodarczo klasa robotnicza w swej masie nie prowadzi walki antysystemowej. Tu i ówdzie występujące spory czy strajki nie osłabiają kapitalizmu, a w ostatnich latach obserwuje się coraz niższe poparcie społeczne dla wszelkich partii prosocjalistycznych. Jest to fakt empiryczny.”

A niby jak miałaby ją prowadzić? Po pierwsze, dawno już lewica uznała (za prawicą), że klasy robotniczej (jak za Marksa – już nie ma, że została ona zastąpiona proletariatem, na który składa się 99% społeczeństwa. Dzięki czemu stosunek owego proletariatu do kapitalizmu wydatnie zyskał na ambiwalencji. Po drugie, nadużyciem jest utożsamianie powstających tu i ówdzie partyjek z socjalizmem czy lewicą w nazwie z nastawieniem prosocjalistycznym. Można by je nazwać, co najwyżej, prosocjalnymi. Część z nich używa pojęcia „socjalizm” czy „socjaliści” jako uwikłanego w kontekst PRL – pozytywnie czy negatywnie, ale nie wychodząc poza horyzonty wyznaczone tamtym okresem. Ani „socjalizm realny”, ani jego krytycy z prawa nie stanowią alternatywy dla kapitalizmu. Trudno się dziwić, że nie zyskują poparcia u tych, którzy są najbardziej zainteresowani radykalną alternatywą dla „złodziejskiego kapitalizmu”.

Wedle RR osłabianiem kapitalizmu byłoby natomiast spontaniczne tworzenie alternatywnej kultury.
Tu autor powtarza to, co powiedział wyżej, usiłując uzasadnić, że proponowane działania mające na celu stworzenie równoległego społeczeństwa są „realnymi działaniami antykapitalistycznymi”, które, co prawda, nie prowadzą do obalenia kapitalizmu, ale przygotowują grunt pod „rozpoczęcie budowy socjalizmu”. Abstrahując od tego, że jest to idealistyczne podejście, autor znowu staje przed wyminiętym poprzednio przez siebie pytaniem o model socjalizmu, w tym wypadku – o określenie warunków wystarczających do rozpoczęcia owej budowy socjalizmu.

A jakże RR ustosunkowuje się także do naszego sporu z Bartkiem: „Jednak dyskutant ten [Bartek] wyraża tutaj postawę pretensjonalną. Wini on klasę robotniczą za ten stan rzeczy, gani jej postawę moralną. Zwykło się uważać, że do krytyki zaniechań jakichś działań mają prawo tylko osoby je podejmujące, a on żadnych takich sukcesów, ani prób nie ma. Poza tym taka roszczeniowość niezgodna jest z samym marksizmem, do którego rozwiązań, opisów i wyjaśnień dyskutant chętnie nawiązuje. Ludzie walczą z systemów ze względu na swoje interesy ekonomiczne, a nie z pobudek idealistycznych.”
Niby RR krytykuje Bartka, ale tak naprawdę to dopinguje go, aby wyciągnął ostateczne wnioski ze swych pretensji do robotników. Po co się wściekać na robotników, że wybrali ochłapy z burżujskiego stołu zamiast rarytasów ze stołu biurokracji? Postąpili racjonalnie, na swoje rozeznanie. A że było to błędne rozeznanie… RR nie rozumie, że tymczasem Bartek usiłuje rozliczyć robotników z ich wywiązania się misji dziejowej, która abstrahowała od interesu partykularnego klasy robotniczej. Interes ogólnospołeczny, jaki miała realizować klasa robotnicza polegał bowiem (w oczach ideologów biurokratycznych) na zabezpieczeniu interesu biurokracji rządzącej i jej popleczników. Szczególnie chodziło to o resentyment związany z faktem, że pomniejsi biurokraci nie zdołali się uwłaszczyć na majątku po PRL. Ci, co zdołali tego dokonać, urazy do robotników nie chowają.
Wedle RR Bartek powinien zrozumieć, że robotnik to taki sam Kowalski, jak on czy RR. I od razu lepiej! Można się z czystym sumieniem przyłączyć do budowania utopii alternatywnego społeczeństwa w ramach kapitalizmu.

Bartek więc „abstrahuje od zróżnicowania klasy robotniczej, pracowniczej i wszelkich, potencjalnych podmiotów antysystemowych. Pomija fakt, że w łonie klasy robotniczej wykształciły się warstwy (lub podklasa) wysokopłatnych specjalistów, które nie tylko poprawiły swoją pozycję materialną, ale pragną ją zachować, a nawet wzmocnić (z uwagi na trendy technologiczne, które skłaniają do zatrudnienia niewielkiej ilości wysoko kwalifikowanych pracowników). Pomija także fakt, że nastąpiła znaczna dekoncentracja produkcji kapitalistycznej i usług, która wyklucza integrację pracowników lub utrudnia podejmowania akcji oporu. To właśnie w gronie tej grupy jest najwięcej milczących niezadowolonych, wrogów systemu. I to właśnie w tych grupach antykapitalizm może znaleźć oparcie. Oczywiście w momencie powstania warunków do powstania socjalizmu w jakimś miejscu, nie może odbyć się to bez udziału większości klasy produkcyjnej….”
Jasno widać, że klasa robotnicza nie różni się od pozostałych grup społecznych.
Ponieważ, wedle RR, „klasa produkcyjna” (nie sprowadzana sekciarsko do klasy robotniczej) dzieli się na grupy zróżnicowane ze względu na swoją pozycję materialną, faktycznie przestaje być klasą wyróżnioną i staje się zwykłym zbiorem jednostek. Ponieważ takie samo zróżnicowanie dotyczy wszystkich pozostałych grup społecznych, a są one – mimo to – zdolne do „działań antykapitalistycznych” w obszarach im właściwych, to nie ma na pozór problemu z włączeniem robotników do tej działalności. A tu – figa. Wbrew poczciwym zapewnieniom RR, że robotnicy to taka sama grupa społeczna, jak każda inna, ich próba budowania alternatywnych stosunków społecznych w miejscu ich życia (pracy) nie będzie miała charakteru równie spokojnego, jak w drobnomieszczańskich kółkach feministycznych czy teatralnych, czy tym podobnych. Już kapitalisty głowa w tym, żeby projekt RR ograniczył się do obszarów, które kapitalista ma w głębokim poważaniu.

W związku z tym zagrożeniem zapewne RR – w pewnym poczuciu realizmu – przepisuje robotnikom miejsce na widowni. Mają się oni włączyć dopiero „w momencie powstania warunków do powstania socjalizmu w jakimś miejscu”, co „nie może odbyć się … bez udziału większości klasy produkcyjnej”. Robol ma się włączyć w odpowiednim momencie, a do tej pory ma siedzieć cicho i nie przeszkadzać. Nie ma co go szturchać, żeby się ruszył, bo wszystko spaprze. Więc Bartek powinien przestać budzić demona.

RR wraz ze swymi wiernymi aktorami teatru alternatywnego da sobie radę sam: „Do tego momentu realna klasa rewolucyjna jest po prostu zbiorem osób, które działania antykapitalistyczne podejmują. Klasa rewolucyjna, jako różne grupy społeczne, w których egzystencjalnym interesie jest zmiana systemu, jest współcześnie ideą regulatywną. Obejmuje ona tych wszystkich, których egzystencja indywidualna i gatunkowa jest zagrożona przez inne grupy społeczne i powiązane z nimi środki materialne. Walka toczy się w ich interesie, co nie znaczy, że wszystkie przynależne do niej jednostki ją podejmują.”

RR poleciał po bandzie i przedstawił swoje credo w sposób zrozumiały dla wszystkich. Odrzucił pryncypialnie klasę robotniczą, a na jej miejsce powołał „klasę rewolucyjną”, złożoną z „różnych grup społecznych, w których egzystencjalnym interesie jest zmiana systemu”. W miejsce „obiektywnego interesu” postawił „egzystencjalny interes”, zamiast na dziejową misję proletariatu – na jakże współczesną (nowoczesną, godną XXI wieku) kantowską „ideę regulatywną”.

Nie po raz pierwszy RR bierze się za poprawianie Marksa. Doprawdy lepszy jawny wróg niż gorliwy besserwisser!

Warto też, na koniec, mimochodem zauważyć, że RR usiłuje dostosować się nie tyle do konkretnych, aktualnych, politycznych warunków globalnego kapitalizmu, ale do poziomu „mainstreamu” dyskutantów na lokalnym forum dyskusyjnym. A ci rozbuchani klęską idei socjalistycznej oportuniści (oportuniści za PRL i oportuniści za III RP) usiłują wyrzucić z lewicy tych wszystkich, którzy opowiadają się za odrzuceniem kapitalizmu. Mamy więc ciekawą próbę „doprecyzowania” rozmytej definicji lewicy poprzez przesunięcie jej na prawo. Ponieważ z liberalną prawicą łączą ich wiara: w demokrację i liberalizm polityczny, zaś z populistami – umiarkowane postulaty socjalne, nowozdefiniowane przez RR w podsumowaniu dyskusji miejsce dla „prawdziwej lewicy” jawi się gdzieś między PO a PiS-em.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

15 maja 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polemiki i dyskusje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „GDZIEŚ MIĘDZY PO A PIS…

  1. Andrzej Jędrzejewski z domu Rękas pisze:

    BB.EB: przez wiele dziesięcioleci partie socjaldemokratyczne mogły budować państwo socjalne, ponieważ miały poparcie ludzi pracy, albowiem głosiły budowę socjalizmu. Później, dziwnym trafem, odrzucając ten zapis, ich stan posiadania i popularność jakoś przypadkowo malały, a one odchodziły po kolei do lamusa historii.

    Bajki. Znaczenie mialo istnienie ZSRR i panstw realnego socjalizmu, to ten fakt sklanial kapitalistow na Zachodzie do ustepstw a nie zadne „poparcie ludzi pracy” dla socjalizmu. No ale w porownaniu do kapitalizmu panstwa realnego socjalizmu nie spelnily wysokich wymagan postawionych przez bratkowskich wiec do lamusa odeszlo nie tylko welfare state ale i socjalizm.

    „Jest prawdą że w Polsce i krajach rozwiniętych gospodarczo klasa robotnicza w swej masie nie prowadzi walki antysystemowej”.
    BB.EB: A niby jak miałaby ją prowadzić?

    Bratkowscy znow robia z robotnikow idiotow. Przed 1989 istnialy masowe partie komunistyczne i nawet uwzgledniajac fakt, ze po roku 1956 zburzuazinialy, to i tak byly o wiele bardziej prorobotniczne oraz prosocjalistyczne od partii socjaldemokratycznych. Mimo to poparcie mialy o wiele nizsze wsrod robotnikow niz socjaldemokraci.

    BB.EB: Ani „socjalizm realny”, ani jego krytycy z prawa nie stanowią alternatywy dla kapitalizmu.

    Przezabawne, solidaruchy wystawiaja cenzurke realnemu socjalizmowi, ktory BYL alternatywa dla kapitalizmu, a sami dla niego nigdy nie byli, ani nigdy nie beda.

    BB.EB: Doprawdy lepszy jawny wróg niż gorliwy besserwisser!

    Na szczescie nikt kto nie jest skazony zalganym bratkowsko-trockistowsko-antykomunistycznym paradygmatem, na klamstwa Dyktatury Solidaruchowatej nie pojdzie.

  2. Andrzej Jędrzejewski z domu Rękas pisze:

    Linki, linkami ale nie traktowałabym poważnie wypocin bratkowskich ponieważ ingerują w komentarze demaskujące ich zajadły antykomunizm.

  3. B.B. pisze:

    NIE WEZMĄ NAS NA LITOŚĆ

    Odrzucając epitety, z wpisów Jędrzejewskiego pozostaje stwierdzenie, że: 1) „realny socjalizm” był alternatywą dla kapitalizmu; 2) upadek „realnego socjalizmu” był spowodowany brakiem jego obrony przez robotników.

    Można by pokusić się o sprostowanie, że alternatywą dla kapitalizmu było państwo robotnicze, powstałe w wyniku Rewolucji Październikowej, a które słabło w wyniku splotu różnych okoliczności wewnętrznych i zewnętrznych, tracąc z konieczności cechy faktycznej alternatywy dla kapitalizmu. Dowód na to został boleśnie przeprowadzony w realu. Brak obrony przez robotników w Polsce ma korzenie złożone i wielowątkowe, przy czym zasadniczą rolę odgrywa w tej sztuce biurokracja. Pisaliśmy o tym wielokrotnie.

    Zasadniczo wszystkie tendencje posttrockistowskie wiedzą na pamięć, o co chodzi. Dwiema idiotycznymi skrajnościami są te formacje posttrockistowskie, które całkowicie przypisują „realny socjalizm” do systemu kapitalizmu państwowego i te, które z krytyki „stalinizmu” przeszły do bezwarunkowej obrony w obliczu upadku obozu „realnego socjalizmu”.

    Trochę za późno, panowie.

    Ta obrona wszak nie przekreśla tradycyjnego, krytycznego oglądu tzw. zdegenerowanego / zdeformowanego państwa robotniczego i służy raczej obronie tożsamości grupkowej różnych, niezliczonych odprysków posttrockistowskich, które usiłują wywołać wrażenie, że każda niesie św. Graala, z którego ani kropla nie spadła na konkurencyjne organizacje.

    Zacietrzewienie Jędrzejewskiego nie ma więc podłoża programowego (nawet jak na standardy Spartakusowców), a tylko wątpliwy, osobniczy temperament spotyka się z podobnie „temperamentnym” stylem aktywizmu w tej formacji. Dyskusja na takie „argumenty”, które przynoszą ujmę owej formacji, nie służy niczemu innemu, jak wylewaniu własnego rozżalenia, któremu – mimo oskarżeń – nie jesteśmy w niczym winni. Trzeba było, jak jeden mąż, stanąć na barykadzie i zginąć.

    W końcu paru robotników zginęło w PRL-u i to nie tylko w Wujku. Przeciwstawiając się stalinowskiej biurokracji, jakby nie było. Czyżby jeden (skądinąd późno nawrócony) Spartakusowiec po orwellowsku chciał przepisać historię swojej formacji, wymazując z jej trockistowskich pism założycielskich krytykę stalinizmu? W końcu okazuje się, że stalinowskie, zdegenerowane państwo robotnicze było – w ich oczach – „alternatywą dla kapitalizmu”. Jedyną realną, bo klasa robotnicza zdradziła.

    To może należałoby skrytykować własną rodzinę posttrockistowską (i siebie) za podkopywanie przez dziesięciolecia wizerunku ZSRR na arenie międzynarodowej? Jakoś nie zauważyliśmy, aby zmuszali ich do tego antysocjalistycznie nastrojeni robotnicy, którzy nie stanowili bazy dla organizacji posttrockistowskich. Może obok papieża i Reagana, wśród grabarzy „realnego (stalinowskiego) socjalizmu” należałoby postawić i nurt posttrockistowski jako całość? I to przede wszystkim, jako głównego winowajcę, bo przecież z poparciem robotników jakiś papież czy prezydent mogliby nam tylko nafiukać.

    Aby być wiarygodnym, należałoby się więc rozliczyć najpierw z własną organizacją. Tyle, że to mogłoby się dla naszego krytyka skończyć źle w szeregach własnej organizacji, która nie potrafiła zmobilizować szerokich mas społecznych, o ileż przecież radykalniej nastrojonych od „roboli”, w obronie „realnego socjalizmu”.

    Tak więc, ataki na naszą stronę nie są podyktowane żadną próbą analizy problemu, przekonania oponenta do swoich racji, ale nawiązują do najbardziej ponurych tradycji stalinowskich niszczenia konkurencji wszelkimi metodami. Stosowane są nie tylko wobec nas, żeby była jasność. Biurokratyczna, udawana ideowość, w której historycznie zakorzeniona jest polska odnoga formacji Spartakusowców, idzie w parze ze stalinowskimi metodami walki.

    Jednym słowem – litość bierze…

    Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
    17 maja 2016 r.

  4. B.B. pisze:

    ZAIMKI, DMUCHAWCE, WIATR…
    (komentarz E.B. w dyskusji na lewica.pl pod tekstem Pawła Jaworskiego)

    Co się rzekło, to się rzekło. Czasem lepiej się wycofać, niż twierdzić, że miało się coś innego na myśli.

    Nasza interpretacja wywodów RR bierze wszakże pod uwagę wprowadzone przez niego niuanse: „Tu autor powtarza to, co powiedział wyżej, usiłując uzasadnić, że proponowane działania mające na celu stworzenie równoległego społeczeństwa są „realnymi działaniami antykapitalistycznymi”, które, co prawda, nie prowadzą do obalenia kapitalizmu, ale przygotowują grunt pod „rozpoczęcie budowy socjalizmu”. Abstrahując od tego, że jest to idealistyczne podejście, autor znowu staje przed wyminiętym poprzednio przez siebie pytaniem o model socjalizmu, w tym wypadku – o określenie warunków wystarczających do rozpoczęcia owej budowy socjalizmu.”

    Skądinąd na ten zarzut RR nie odpowiada, zadowalając się biadoleniem nad złym użyciem zaimka – akurat był dobrze użyty i właściwie zrozumiany.

    Jakby nie patrzył, RR nazywa swoją wizję działalności możliwej tu i teraz „biernym realnym antykapitalizmem”, czyli właśnie „realnym” – w odróżnieniu od krytykowanych przezeń „pseudodziałań” nie biorących pod uwagę realiów politycznych i społecznych (choćby braku poparcia ze strony klasy robotniczej). RR proponuje to, co radykalna lewica w zasadzie uznaje za słuszne działanie. RR jednak, jako człowiek ambitny, wpycha tę działalność w swoją wizję polityczną, która już nie ma szans na zyskanie aprobaty większości zainteresowanych tą stroną sceny politycznej.

    Biorąc RR za słowo, jego koncepcja „biernego realnego antykapitalizmu” to działalność przygotowawcza pod sytuację, w której możliwe będzie przejście do budowy socjalizmu. Z wysokim prawdopodobieństwem można przyjąć, że ten wzorcem dla RR był PRL – ustabilizowana prowizorka.

    To pachnie jednak mocno przechodzonym modelem socjaldemokratycznym, więc RR, który pragnie uchodzić za radykała, przyczepia do tego modelu swój „czynny realny antykapitalizm”. Jest to model działania propagowany przez różne grupy lewicowe, które nie pasjonują się modnymi kwestiami „mniejszościowymi”, ale stawiają na postulaty ekonomiczne.

    Trudno, darmo – to wciąż nie jest jednak model marksowski. Ale RR nie musi być marksistą, nikt nie musi. Nawet na lewicy.

    Jednak RR chce także oddziaływać na marksistów, więc musi coś zrobić. W tym celu bierze kilka pomysłów Marksa i „ulepsza” je na swoją socjaldemokratyczną modłę.

    Ten jego pomysł na „przejęcie” marksistów opisaliśmy następująco: „[RR] Odrzucił pryncypialnie klasę robotniczą, a na jej miejsce powołał „klasę rewolucyjną”, złożoną z „różnych grup społecznych, w których egzystencjalnym interesie jest zmiana systemu”. W miejsce „obiektywnego interesu” postawił „egzystencjalny interes”, zamiast na dziejową misję proletariatu – na jakże współczesną (nowoczesną, godną XXI wieku) kantowską „ideę regulatywną”.
    Nie po raz pierwszy RR bierze się za poprawianie Marksa.”

    W ten tfu!rczy sposób RR, niczym dobra dupodajka, zadowolił wszystkich: i anarchistów, i marksistów, i zdroworozsądkowych socjaldemokratów. Tyle, że wyłącznie w swojej rozbuchanej wyobraźni.

    Dzięki temu „ulepszeniu” Marksa, RR powiązał swój „bierny realny antykapitalizm” z „czynnym realnym antykapitalizmem”, nieco wbrew sobie (?) podporządkowując ten drugi („czynny”) temu pierwszemu („biernemu”). Odwracając w ten sposób, w praktyce, hierarchię ważności, czego nie omieszkaliśmy mu wytknąć.

    Zarówno bowiem klasa-podmiot została rozmyta, przez co pasuje do adresata działań w ramach „biernego realnego antykapitalizmu”, jak i interes obiektywny klasy robotniczej został zastąpiony „interesem egzystencjalnym”, co znaczy tyle, co nic. Tym bardziej pasuje do rozmytego podmiotu i rozmytej działalności okrążającej działalność „właściwą”, na której temat RR nie ma nic do powiedzenia, poza tym, że jako budowa socjalizmu będzie miała miejsce „kiedyś tam”. Wreszcie kantowska „idea regulatywna” zamiast konkretnego zadania proletariatu – cóż mogłoby brzmieć milej dla ucha mieszczańskiego filistra?

    W ten sposób, podkreślamy, „działalność pomocnicza” staje się „działalnością główną”, bo narzuca swoje widzenie świata, swoje kompromisy, swoje uwikłania…

    A my tego nie doceniliśmy! Taki już los zapoznanych geniuszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *