CO ROBIĆ, KIEDY NIE WIADOMO, CO ROBIĆ?

orlik_seamstress_detailNa lewicowych stronach internetowych i portalach aż roi się od różnorodnych analiz wskazujących przyczyny kryzysu polskiej (i nie tylko polskiej) lewicy oraz od różnorodnych recept i gotowych przepisów na uzdrowienie chorego, lewicowego organizmu. Mimo tego, że autorzy szczerze starają się ze wszystkich sił wykrzesać z siebie najdoskonalsze manifesty, padają one niczym przysłowiowe perły przed przysłowiowe wieprze, przyduszone mniej lub bardziej trafną krytyką o oderwanie od rzeczywistości.

Dlaczego tak się dzieje?

Wszak na lewicy wiadomo nie od dziś, i jest to aksjomat wiedzy lewicowej, że kapitalizm posiada wady. Nie ma już, co prawda, pełnej zgody na określenie charakteru i zakresu owych wad. Na lewicy istnieje szerokie spektrum poglądów na ten temat – od przyjmowania, że kapitalizm jako taki jest „w porzo”, tylko doskwiera nam jego neoliberalna postać, będąca niefortunnym powrotem do starego, nieetycznego jeszcze, bo prymitywnego, XIX-wiecznego kapitalizmu, aż po antykapitalistyczny pogląd, że kapitalizm jako taki jest niereformowalny i jedynym lekiem jest zniesienie kapitalizmu raz na zawsze, niezależnie od postaci, jaką przyjmuje.

Można przy tym zauważyć, że nie jest to sytuacja nowa.

Istnienie tak skrajnie różniących się poglądów politycznych w odniesieniu do kapitalizmu i społeczeństwa burżuazyjnego nie jest wynikiem rozwoju gospodarczego Zachodu po II wojnie światowej, ani tym bardziej po powstaniu tzw. państw dobrobytu, ale istniało od początku krystalizowania się „socjalistycznej utopii”. Można rzec, że spór o to, jak rozwiązać problem niesprawiedliwości społecznej, jaką generuje społeczeństwo burżuazyjne, jest wręcz cechą immanentną politycznemu zjawisku lewicy.

Jeśli to zrozumiemy, to – wydaje się – zniknie powód do niepotrzebnej irytacji ze strony szczerych krytyków kapitalizmu usiłujących przekonać zwolenników opcji socjaldemokratycznej do postawy antykapitalistycznej. Oczywiście, czym innym jest przekonywanie nieprzygotowanych politycznie zwolenników przeciwnej opcji, a czym innym płonna nadzieja na to, że świadomi swej tradycji socjaldemokratycznej liderzy owej opcji zostaną kiedykolwiek przekonani i zrezygnują z propagandy na jej rzecz. Propagandy, która – w przeciwieństwie do propagandy antykapitalistycznej – cieszy się odpryskiem wpływu, jaki zapewnia przynależność do idei klasy panującej.

Drugim elementem utrudniającym przebicie się idei antykapitalistycznej jest obiektywne zjawisko zanikania historycznej tendencji ku społeczeństwu bezklasowemu ze względu na rozbicie i rozproszenie historycznego nośnika owej misji dziejowej, jakim była klasa robotnicza.

Dopóki istniała klasa robotnicza, były podstawy, aby budować organizację na bazie jej obiektywnego interesu klasowego, jakim było zniesienie kapitalizmu. Dowodem wprost na związanie idei społeczeństwa bezklasowego (komunizmu) z klasą robotniczą jest dzisiejszy stan ideologiczny i organizacyjny lewicy, która jako bazę społeczną ma warstwy i grupy społeczne niezainteresowane żywotnie przejściem do nowego ustroju społeczno-ekonomicznego.

Stan lewicy w Polsce i na świecie jest najlepszym, bo praktycznym do bólu dowodem na trafność konkretno-historycznej analizy Karola Marksa i jego wniosku o dziejowej roli klasy robotniczej. Nie wystarczy sama świadomość, którą posiada część intelektualnej elity lewicowej, o konieczności zniesienia prywatnej własności środków produkcji, ponieważ nie sposób oprzeć nowego typu własności na kompetencjach zawodowych współczesnych, rozproszonych dostawców usług różnego typu, których nie spaja żadne poczucie wspólnoty wykreowane w trakcie praktycznego brania w posiadanie środków produkcji mających znaczenie z punktu widzenia całego społeczeństwa.

Stopień rozwoju współczesnych sił wytwórczych i globalizacja przejawiająca się w zorganizowaniu życia społecznego dowolnego miejsca na Ziemi wedle sztampy narzuconej przez przodujące gospodarki świata, wykluczają realność anarchistycznych pomysłów na tworzenie lokalnych wspólnot typu „nasza chata z kraja”, zaś stworzenie z owych wspólnot lokalnych sieci globalnej, zastępującej współczesną sieć, napotyka na takie same niechęci ze strony samodzielnych, najważniejszych usługodawców, którzy nie mają żadnego interesu, aby poddawać się siermiężnemu ustrojowi lokalnego rynku zamiast korzystać z dobrodziejstwa globalnego marketingu i płynącej stąd możliwości odcinania kuponów od swej twórczości.

Opór, na jaki skarży się większość lewicowych analityków, płynie ze strony tego właśnie społeczeństwa, które lewica chciałaby uszczęśliwić. W praktyce anarchiści, poza anarchistami-komunistami, nawet nie odczuwają potrzeby ograniczania się do miana lewicy, twierdząc, że przekraczają w swojej praktyce (i teorii) nieaktualne już, staromodne podziały na lewicę i prawicę. Zupełnie, jakby już żyli w społeczeństwie, które lewica dopiero usiłuje budować. Z ich punktu widzenia należy żyć tak, jak by już się żyło we właściwym czasie i miejscu. Jest to, mniej więcej, taktyka wzorowana na dziecku, które zamyka oczy, kiedy się boi, i od razu robi się mu raźniej.

Istnieje powiedzenie, że właściwie zadane pytanie to więcej niż połowa odpowiedzi. Wydaje się, że bezradność widoczna na lewicy wynika głównie z faktu nieumiejętności zadania właściwego pytania. Pozostałe elementy analiz porywają trafnością drobnych spostrzeżeń i obserwacji. Jednocześnie nic nie wnoszących do skutecznego rozwiązania postawionego problemu.

Pierwszym więc elementem marksistowskiej analizy powinno być opisanie we właściwych kategoriach aktualnej sytuacji gospodarczo-politycznej, w jakiej przyszło nam żyć i działać. Elementy obu analiz istnieją, ale nie ma umiejętności połączenia ich w taki sposób, aby rezultat dał nam efektywne wskazówki praktycznego działania. Po pierwsze, z faktu, że żyjemy w formacji globalnej, wynika wniosek, że nasze rozumowanie powinniśmy prowadzić w kategoriach globalnych, a nie dawać się podtapiać się w rodzimym bagnie, tak aby było patriotyczniej i lokalniej.

Co to wszystko oznacza w praktyce?

Przede wszystkim, oznacza to, że formacja marksistowska, którą reprezentujemy jako skrajne w stosunku do socjaldemokracji skrzydło na lewicy, nie powinna się rozmywać w istniejącym spektrum lewicowych koncepcji. Niby zrozumiałe, ale w praktyce sprawa okazuje się nie tak oczywista, jak by się wydawało. Tutaj interesująca kwestia wyłania się w łonie samego, wydawałoby się najbardziej marksistowsko-leninowskiego nurtu. Tropiony i odrzucany na przeciwległy biegun lewicowego spektrum nurt socjaldemokratyczny okazuje się tkwić w samym jądrze bieguna skrajnie lewicowego – w poststalinizmie. Podobnie wpływy i naleciałości socjaldemokratyczne odradzają się we wpływach zachodniej tzw. nowej radykalnej lewicy. Nie wystarczy tu zwykłe odrzucenie wątków socjaldemokratycznych, potrzebne jest przewartościowanie historycznych: społecznych i ekonomicznych podstaw patologicznej ewolucji koncepcji społeczeństwa nie opartego na wyzysku w swoje przeciwieństwo.

Jeżeli martwimy się zastojem dominującym w polskim grajdołku, to wydaje się, iż jest to typowy objaw uśpienia czujności przed burzą. W skali globalnej zbiera się potężny kataklizm o sile tsunami, z którego może się wyłonić najbardziej skrajna postać formacji społecznej, aby tylko była ona w stanie zaproponować światu i ludzkości trwanie. Nawet jeśli nie mamy pod ręką hegemona walki o społeczeństwo bezklasowe, marksiści powinni się orientować na globalną klasę robotniczą i jej rolę w narastającym konflikcie.

Motywem przewodnim w polemice z panującym dyskursem narzuconym przez ideologię grupy panującej z nadania rodzimego i obcego kapitału powinna być odmowa udziału w proimperialistycznej awanturze mającej na celu dążenie władz Polski do zapewnienia sobie udziału w przewidywanych łupach wojennych jako pomysłu na stabilizację gospodarczą kraju. Chodzi o sprawę istotniejszą niż tylko taktyka gospodarcza. Chodzi o zasadę – jaka działalność jest podstawą dobrobytu społecznego? Twierdzenie, że wartość dodatkowa może pochodzić z cyrkulacji handlowej i z pracy nieprodukcyjnej leży u podłoża chwiejności lewicy co do możliwości popierania tego typu polityki władz jako wyraz pragmatyzmu nie przeczącego teorii.

Jeżeli chcemy, aby lewicowa, marksistowska, dyskusja stała się atrakcyjna dla szerokiej publiczności, musi ona wnosić coś nowego i świeżego w obecny klimat. Nie możemy pozwolić na to, aby wyrwane elementy teorii marksistowskiej służyły jak „bezpańskie” gadżety do podnoszenia medialnej oryginalności dyskutantów najczęściej nie mających nic wspólnego z marksizmem. Paradoksalnie można rzec, że audytorium jest gotowe na słuchanie o marksizmie z tego względu, że jest to „owoc zakazany”. Świadczy o tym powszechność używania jako epitetów takich nazw, jak „bolszewizm” czy „komunizm”. Wbrew intencjom używających ich, świadczy to o potencjale emocjonalnym tkwiącym w tych określeniach. Pokazanie, że marksizm, komunizm, bolszewizm są pojęciami mającymi zupełnie inną treść niż przypisywana im przez media, jest oczywiście trudne, ze względu na brak dostępu do mediów. Niemniej, ciekawość byłaby tu zapewniona ze strony sporej części audytorium.

Nie zrobią tego ci, którzy mają dziś na lewicy największe parcie na szkło i jednocześnie możliwość pewnej realizacji tego „parcia”. Dlatego też, szansą dla lewicy marksistowskiej byłoby wygranie dyskursu z lewicą socjaldemokratyczną i antykomunistyczną. Co zresztą staje się dziś mniej lub bardziej uświadamianą potrzebą młodego pokolenia radykalnej lewicy. Jeszcze bardziej spektakularnym osiągnięciem byłoby wygranie sporu z prawicą. Obie formacje mają uszy zamknięte na takie dyskusje ze względu na zadowolenie z obecnej sytuacji. Zadowolenie to nie jest zbytnio stabilne, tak więc chęć dyskusji może się pojawić. Należy się przygotować na taką sytuację.

Temu celowi zresztą powinno służyć reanimowane właśnie Stowarzyszenie Marksistów Polskich, w którym pluralizm poglądów powinien pozostać zachowany, ponieważ nie istnieje żadna inna płaszczyzna instytucjonalna, na której ma szansę zostać przeprowadzona owa dyskusja merytoryczna w łonie lewicy, prowadząca do skrystalizowania polskiego nurtu marksizmu, zdolnego do podjęcia podobnej dyskusji z prawicą.

Aktualna awantura wokół Polski prowadzi do wyjścia liberalnych demokratów na szersze wody, co może służyć podtrzymywaniu koncepcji Unii Europejskiej mimo jej faktycznego kryzysu. Sytuacja jest skomplikowana, ponieważ wielu lewicowców uważa, że w zaistniałej sytuacji należy popierać względnie postępowe siły prounijne, aby nie dopuścić do rządów faszyzujących populistów. Jednocześnie, kiedy jak nie w tej sytuacji, walczyć o perspektywy społecznych grup wyzyskiwanych przez kapitał, którego nie chcą znieść ani obrońcy liberalnej demokracji, ani prawicowi populiści.

Jeśli jednak chcieć działać perspektywicznie, nie oglądając się na bieżące kalkulacje, należałoby podjąć bezpardonową, ideologiczną walkę z konkurencją na lewicy nie zważając na zarzuty o rozbijaniu jedności w sytuacji zagrożenia populistycznym „faszyzmem”.

Ta taktyka wymaga jednak pewności co do przyjętych założeń i zaufania do analizy bieżącej sytuacji. Musi się ona opierać na przestudiowaniu obecnego stanu świadomości rewolucyjnej działaczy przyznających się do nurtu robotniczego. Mamy stale przed oczami to, co się dzieje na polskiej scenie radykalnej lewicy, dostrzegamy inicjatywy, których powodzenie lub niepowodzenie świadczy o poziomie fali świadomościowej.

Przedstawiliśmy kilka punktów wartych podjęcia w ramach takiej dyskusji. Chodzi o punkty istotne dla lewicy, która chce coś zrobić w sensie faktycznym. A to wymaga decyzji i odwagi Lenina. Wymaga oparcia się nie tylko na choćby najbardziej błyskotliwej analizie stanu bieżącego, ale i na oparciu tej analizy na fundamencie teoretycznym. O ile z analizy bieżącej wychodzi nam pragmatyczna gra na konkretnych nastrojach masowych, to fundament teoretyczny jawi się współcześnie jako igranie z iskrą, z której może rozgorzeć prawdziwy płomień. Właśnie teoria kieruje nas na tory bardziej radykalnej refleksji nad działaniem niż to wynikałoby z analizy stanu bieżącego. Dlatego w okresach chaosu i rozbicia, teoria stanowi drogowskaz, ale jednocześnie wydaje się czymś przerażającym, bo nieodwołalnym w swym radykalizmie. W okresach przypływu fali rewolucyjnej zaś ta sama teoria wydaje się bladym odbiciem radykalizmu wkurzonych mas. Świadomość złudności naszej optyki powinna nas ośmielać do podejmowania wyzwania myślowego, teoretycznego.

Rzeczywistość, napięta niczym strzała w łuku, tylko czeka na moment zwolnienia. Żyjemy w czasach, kiedy dawne elity nie potrafią już utrzymać dotychczasowego ładu i muszą uciekać się do eskalacji wojen, aby zapewnić trwanie swego panowania.

Nam jako rewolucyjnej lewicy – z grubsza i hasłowo – nie pozostaje nic innego, jak odzyskanie (otrzepanie z kurzu) teorii marksizmu i zorganizowanie rządu światowego, a raczej – zgodnie z naszymi zasadami – rady delegatów reprezentujących interesy ludu pracującego pod przewodnictwem klasy robotniczej. Należy potraktować grupy marksistowskie w poszczególnych krajach jako krajowe oddziały jednej organizacji, jednej międzynarodówki. W zalewie szczątkowych międzynarodówek, które już dawno utraciły swój profil ideowy, należy pokusić się o stworzenie międzynarodówki zbudowanej na bazie dyskusji o sprawach, które historycznie narosły w ciągu ostatnich stu lat i nie zostały poddane konsekwentnej dyskusji, ponieważ brakowało teorii stojącej w opozycji. Nie brakowało zaś teorii tłumaczących i usprawiedliwiających faktyczne „działactwo”.

W imieniu Grupy Samorządności Robotniczej
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

24 kwietnia 2016 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Grupa Samorządności Robotniczej, Polemiki i dyskusje, Teoria i metoda. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „CO ROBIĆ, KIEDY NIE WIADOMO, CO ROBIĆ?

  1. „o sprawach, które historycznie narosły w ciągu ostatnich stu lat i nie zostały poddane konsekwentnej dyskusji”
    Zostały poddane więcej niż autorzy myślą, w najgłębszy sposób przez Bertranda Russella (zob. go angielskie – nie polskie – za życie Russella wydania książek Authority and the Individual, History of Western Philosophy, Power, Freedom vs Organisation, Problem of China, Practice and Theory of Boshevism, German Social Democracy. Czytać go książki lepiej odwrotnie od porządku, w którem były pisany, zaczynając od wykłada Nobla – What desires are politically important? – to chyba 15 stron), ale ta dyskusja była stanowczo zapomniana już przed tym jak autorzy się rodzili. Więc nic dziwnego że państwo trzyma tej wersji społecznego humanizmu, którą zna lepiej.

  2. B.B. pisze:

    UWADZE CZYTELNIKÓW POLECAMY
    dyskusję na portalu lewica pl. pod tekstem Pawła Jaworskiego „Tego nie powie socjaldemokracja” http://lewica.pl/?id=31252&tytul=Pawe%B3-Jaworski:-Tego-nie-powie-socjaldemokracja.

    Oto wpisy E.B.:

    FAŁSZYWA NA WSKROŚ ŚWIADOMOŚĆ

    Lewicy „podziękowano”, ponieważ nie miała konkurencyjnego w stosunku do prawicy programu, a nie dlatego, że występowała z hasłami antykapitalistycznymi Bo (poza nielicznymi, chlubnymi wyjątkami) nie występowała. Zajmowała się raczej entuzjastycznym popieraniem haseł „demokratyzacji” (oraz feminizmem i prawami mniejszości), wykazując się przy okazji nieprawdopodobnym debilizmem politycznym. Ten debilizm polegał na przyjmowaniu za dobrą monetę dobrodziejstwa „bezprzymiotnikowej” demokracji, nie bacząc na fakt, że ta burżuazyjna demokracja buduje się na fundamencie niepohamowanej ofensywy ideologicznej i materialnej kapitalizmu.

    Natomiast ówczesne kierownictwo partyjne podjęło się z własnej inicjatywy budownictwa kapitalizmu, pragnąc tym samym przyklepać swoje interesy związane z uwłaszczaniem się nomenklatury.

    Tak więc kalka tzw. nowej radykalnej lewicy w Polsce oraz dryfująca na pozycje burżuazji kompradorskiej partyjna nomenklatura z socjaldemokratycznym obliczem szły ręka w rękę w dziele tworzenia od podstaw kapitalizmu (pardon – demokracji!) w kraju. W jak najbardziej pragmatycznym interesie nomenklatury partyjnej przekształcającej się w burżuazję kompradorską było zohydzanie socjalizmu, zaś popłuczyny lewicy radykalnej uznały, że mogą coś ugrać na wygrywaniu wyścigu z prawicą o laur prawdziwego krzewiciela bezprzymiotnikowej wolności i demokracji, czyli faktycznie – wolności i demokracji burżuazyjnej.

    Zabawa trwa nadal. Obecnie, kiedy krytyka pozornej, fasadowej demokracji, manipulującej „prostym obywatelem” jest podnoszona przez PiS, można tylko się uśmiać obserwując, jak to i pozostałe narzędzia analizy i hasła lewicy przejmują prawicowi populiści, wykorzystując je nawet nie tyle przeciwko lewicy – ta jest dla nich już trupem, nad którym nie warto się zatrzymywać – ale przeciwko „fasadowej demokracji” centro-prawicy.

    A tzw. lewica polska nadal uważa, że hasła lewicy są niepopularne i nie mają szansy wśród „ludu”. Faktycznie nie mają szansy w aspirujących do miana klasy średniej grupach społecznych. Bazę ruchu robotniczego przejęła prawica. Lewica zaś dostosowuje się do bazy zastępczej. Stąd ewolucja ideowa.

    Twierdzenie, że trzeba pokoleń, aby hasła lewicy przebiły się do świadomości jest myśleniem zaklinowanym w traumie przełomu lat 80 i 90 ub. wieku. Jeżeli nie odzyskamy własnych haseł, to będziemy świadkami tego, jak historyczna konieczność toruje sobie drogę na ślepo. I już widzimy, że bez zorganizowanej świadomości klasowej to zadanie będzie realizowane poprzez niepotrzebne wojny i zbędne cierpienia.

    Praktycznie jest wszystko, czego lewica potrzebuje dla swego działania. Brak tylko (i aż) lewicowej organizacji klasowej.

    I KTO TU KOMU ZARZUCA ZDZIECINNIENIE?

    Wedle taraka Polacy zagłosowali „przeciwko państwu socjalnemu” i przeciwko komunizmowi, głosując jednocześnie na obiecane lepsze samochody i powszechny dobrobyt.

    Skoro Polacy głosowali na jeszcze bardziej radykalne duby smalone w odróżnieniu od nie-radykalnych dub smalonych państwa socjalnego w PRL-u, to znaczy, że głosowali na bardziej radykalny komunizm niż „komunizm” PRL-u. W ten sposób:

    pierwsza teza taraka została obalona niczym pół litra na czterech.

    Jeżeli Polacy „nadal w wyborach odrzucają partie lewicowe, jedyne które mogłyby poprawić poziom życia biednych mas”, to znaczy, że tarak posługuje się oksymoronem. Te wskazane „partie lewicowe” są ostatnimi, które chciałyby i „mogły poprawić poziom życia biednych mas”. Te partie składają się z takich jak tarak czy adrem realistów, którzy odrzucają duby smalone. Głosując przeciw takiej lewicy i na populistów, Polacy nadal głosują na radykalne duby smalone, więc:

    teza taraka, że „Polacy nie chcą nawet socjaldemokratów u władzy a na radykalnych komunistów co najwyżej popukają się w czoło” jest empirycznie, pozytywnie zweryfikowana jedynie w pierwszej jej części. Druga część pozostaje życzeniowym myśleniem taraka, który – jako prawowierny socjaldemokrata – nie chce lepszych samochodów i powszechnego dobrobytu dla mas, ponieważ jest tych mas za dużo o kilka miliardów.

    Trzecia teza o konieczności zmuszania Polaków do pokochania dub smalonych obala się sama – Polacy wszak kochają duby smalone…

    NO TO, JEŚLI CHCECIE NA POWAŻNIE…

    Adrema łączy z Bartkiem głęboka pogarda dla motłochu/robotników, który/którzy „głosowali” za kapitalizmem z ciemnoty, nie mając pojęcia o tym, na co głosują. Różni ich propozycja za czym ciemny lud powinien głosować: za socjaldemokracją, która uważa, że kapitalistyczna zasada wynagradzania czynników produkcji, konserwująca wyzysk robotników, jest zasadą słuszną lub za PRL-owskim „komunizmem”, który zasadę wyzysku robotników opierał na „fizjokratycznej” zasadzie opodatkowania bezpośrednich wytwórców wartości dodatkowej. Co było podyktowane konkretno-historycznymi okolicznościami, ale przez biurokrację wykorzystane jako uzasadnienie przedłużania wyzysku klasy robotniczej w interesie tejże biurokracji przekształcającej się w kompradorską burżuazję via socjaldemokratyczna mutacja.

    Obie te strategie, które interes ekonomiczny klas uzależnionych od władzy biurokratycznej (czy burżuazyjnej) i stanowiących tejże władzy ideologiczną opokę, oparte na bezpośrednim wyzysku robotników, sami robotnicy mają głęboko gdzieś.

    Centro-prawicowa socjaldemokracja współczesna, popłuczyny po dawnej socjaldemokracji opierającej się na wpływach w klasie robotniczej, otwarcie deklaruje swoje poparcie dla kapitalistycznych przedsiębiorców, przez co zajmuje pozycję wrogą wobec swej niegdysiejszej bazy. „Komuniści” natomiast demonstracyjnie obnoszą się ze swoim stetryczałym, niemal 30-letnim resentymentem wobec klasy robotniczej, demonstrując swoją niezdolność do zrozumienia historii ruchu robotniczego. Co wynika zapewne z niezdolności do zdystansowania się wobec biurokratycznej (stalinowskiej) wersji owej historii.

    W efekcie, prawicowy populizm znajduje wspólny język z resztkami klasy robotniczej, wzmacniając ów sojusz dzięki operowaniu narodową symboliką, która – z braku identyfikacji z uświadamianymi wartościami klasowymi – daje robotnikom brakujące poczucie wartości i godności ludzkiej, nieważne, że oparte na fałszywej i nietrwałej przesłance. Ważne natomiast, że agresywność populistów odzwierciedla poczucie frustracji wynikającej z bezradności robotników wobec bezpośrednich przeciwników klasowych. Aktywność oparta na pobudkach intuicyjnych daje duże możliwości manipulacji.

    Odzyskanie robotników dla sprawy jest wciąż realne pod warunkiem głębokiej zmiany świadomościowej nie tyle robotników, co zadufanych w sobie i bezideowych pseudolewicowców.

  3. B.B. pisze:

    CIEKAWE PYTANIA
    (kolejny wpis EB w wyżej poleconej dyskusji na lewica.pl)

    Zacznijmy od pierwszego, zasygnalizowanego problemu: „… teoretycy socjalizmu i komunizmu z XIX wieku stworzyli jakąś ogólnikową wizję, filozofię, jak dany ustrój i gospodarka miałby działać. Ale praktycy i pragmatycy, którzy stanęli przed wyzwaniem wcielenia idei w życie np. Oskar Lange, poszli drogą, która ziściła się np. PRL-u. Ale ty ten PRL najwyraźniej potępiłeś.”

    – w założeniu klasyków marksizmu, nowy ustrój społeczny powinien zostać wywalczony w krajach wysokorozwiniętego kapitalizmu. Nie ma więc problemu zupełnie innego sposobu organizacji sposobu produkcji, a za to powstaje problem politycznego zabezpieczenia interesu klasy bezpośrednich wytwórców. Podobnie, jak parlament jest strażnikiem interesu klasy burżuazji jako całości (nierzadko wbrew partykularnemu interesowi poszczególnych kapitalistów), należy tak zorganizować władzę polityczną, aby stała na straży interesu klasy robotniczej jako całości;

    – jest to pierwszy okres – okres przejściowy – określany mianem socjalistycznego, po którym dopiero nastąpić powinno przejście do społeczeństwa bezklasowego. Nawyki utrwalone w okresie przejściowym spowodują, że pewne zachowania społeczne odzyskają swoją naturalną postać relacji międzyludzkich, nie obarczonych piętnem rywalizacji wynikającej ze sztucznego deficytu zasobów;

    – innym warunkiem takiego postulowanego procesu przejścia do społeczeństwa socjalistycznego jest zwycięstwo tego systemu w skali globalnej. Znaczenie tego warunku wynika z faktu, że gospodarka kapitalistyczna, ze względu na swój dynamizm, który odróżnia ją od wszystkich pozostałych systemów ekonomicznych, w konfrontacji z niekapitalistycznym otoczeniem, biernie reagującym na zewnętrzne bodźce, bezwzględnie niszczy to otoczenie, ponieważ zwyczajnie potrzebuje każdej ilości paliwa dla podtrzymania swej dynamiki;

    – to, że system gospodarczy wydaje nam się skomplikowany, nie wynika z istoty samego systemu, ale z kapitalistycznego „opakowania”. Można się tu posłużyć analogią ze znanymi nam usługami na rynku kapitalistycznym, które powinny przybliżyć istotę sprawy. Np. skomplikowany system pakietów usług telekomunikacyjnych nie wynika z przyczyn technicznych, ale z tworzenia całkowicie absurdalnych pakietów wzajemnie powiązanych usług, czego celem jest uzasadnienie pobierania odpowiednio wysokiej ceny za owe usługi, sprawiając jednocześnie wrażenie, że cena zależy od swobodnego wyboru preferowanego zestawu usług przez konsumenta. Tymczasem naturalne byłoby obniżanie ceny usług bez wiązania ich w pakiety. Podobnie skomplikowany system finansowy jest skomplikowany przez tworzenie zupełnie niepotrzebnych z punktu widzenia funkcjonowania realnej gospodarki rodzajów papierów wartościowych i ich pochodnych. Celem jest uzasadnienie wyciągania pieniędzy z naiwnych „inwestorów” oraz szantażowanie całych gospodarek narodowych. Sprzedawanie ryzyka znowu powiązanego w odpowiednio przygotowane pakiety jest tworzeniem pieniędzy z niczego, czyli z zakładów bukmacherskich, i nie wynika z procesów technologicznych produkcji.
    Bez owych sztuczek gospodarka jest prosta, a mechanizm zarządzania nią jest faktycznie możliwy do opanowania przez kucharkę;

    – jak wiadomo, historia poszła inna drogą, a ustrój przejściowy pojawił się w kraju bynajmniej nie przodującym gospodarczo i nie opanował całego globu. Opanował jednak na tyle sporą jego część, że trochę trwało zanim dał się pochłonąć dynamizmowi gospodarki kapitalistycznej;

    – jednak w wyniku rejterady przywódców robotniczych w krajach rozwiniętych w obliczu sytuacji rewolucyjnej, stary system narzucił rywalizację na zasadach kapitalistycznych. I teraz przechodzimy do najciekawszej kwestii. Lenin rozumiał istotę tego problemu. Dla odsunięcia groźby natychmiastowego wchłonięcia przez światowy kapitał trzeba było się cofnąć o krok (NEP), a jednocześnie wzmocnić polityczną część programu – panowanie klasowe klasy robotniczej w sojuszu z chłopstwem. Był to trudniejszy program działania niż zakładany przez Marksa, ale nie pozbawiony szans. Tymczasem teoretycy socjalistyczni (tu rozumiemy termin „socjalizm” jako przeciwstawny pojęciu „komunizm”) wychodzili z założenia o tym, że gospodarka socjalistyczna nie różni się jakościowo od kapitalistycznej – gospodarka jest wszak neutralna politycznie! Dlatego wdali się (Lange, Kalecki) w konstruowanie modeli gospodarki socjalistycznej, które przyjmowały to założenie o technicznym jedynie problemie rozwiązywania skomplikowanych układów równań. Problem polityczny został tu rozwiązany także w sposób formalistyczny – uznając, że Partia realizuje dyktaturę klasy robotniczej. Rozwiązania teoretyków socjalistycznych miały swoje korzenie w praktycznym rozwiązaniu przyjętym po śmierci Lenina przez stalinowską biurokrację – Kraj Rad stanowił bowiem punkt odniesienia dla teoretyków socjalizmu. Podobnie w kwestii politycznej – po wymordowaniu przez aparat Stalina działaczy komunistycznych – socjaliści powojenni przyjęli rozwiązanie stalinowskie, które stanowiło parodię postulatu dyktatury proletariatu, proponowanego przez Lenina. Zamiast zabezpieczenia interesu klasy robotniczej, mieliśmy podjęcie rywalizacji gospodarczej na warunkach kapitalizmu oraz ubezwłasnowolnienie klasy bezpośrednich wytwórców, uzasadnione… koniecznością podjęcia beznadziejnej rywalizacji z kapitalizmem;

    – krytyka biurokracji wynika nie z problematyki teorii organizacji przedsiębiorstwa, ale z problematyki politycznej. Mam nadzieję, że w świetle tego, co zostało powiedziane wyżej, jest to jasne. Hierarchiczna organizacja procesu produkcji – nazywana biurokracją w potocznym znaczeniu – jest, pod pewnymi warunkami, racjonalną organizacją produkcji. Nie tu leży problem zniewolenia wytwórców. Biurokracja w sensie, w jakim jest używana w krytyce marksistowskiej, jest systemem władzy sprawowanej przez aparat partyjny poza kontrolą klasy robotniczej, której interesom owa partia w teorii ma służyć.
    Ponieważ biurokracja w tym znaczeniu nie jest samodzielną klasą (w teorii istnieją na ten temat rozbieżności opinii), której interes grupowy jednak uległ pewnemu usamodzielnieniu w konflikcie z interesem klasy robotniczej, „naturalnym” nurtem ewolucji tej grupy społecznej jest dążenie do zabezpieczenia swego interesu poprzez oparcie się na burżuazji, która weźmie w swoje ręce naturalną dla siebie odpowiedzialność za pacyfikację walki robotników;

    – scenariusz ten dopełnił się ćwierć wieku temu. Sprawa nie polega na tym, czy ten czy ów potępia, czy nie potępia PRL, ZSRR… Mierzenie tych systemów miarką burżuazyjnych „państw dobrobytu” mija się z istotą problemu, choć może mieć znaczenie propagandowe. Ale my tu przecież nie uprawiamy propagandy, tylko usiłujemy zrozumieć, co się stało, aby nie popełniać tych samych błędów w nieskończoność, nieprawdaż?

  4. B.B. pisze:

    UCZYĆ SIĘ, UCZYĆ I JESZCZE RAZ UCZYĆ SIĘ!

    (kolejny wpis EB z toczącej się właśnie dyskusji na lewica.pl)

    „To że ktoś wyraża się z sarkazmem o transformacji ustrojowej w Polsce wcale nie musi oznaczać pogardy dla robotników czy nawet dla mas, które stanowiły główny napór zmian.”

    To się, adrem, wyrażaj z sarkazmem o Balcerowiczu, a nie o robotnikach. Czy ktoś ci tego broni?

    Po drugie, nie przeinaczaj faktów. „Główny napór zmian” w wykonaniu mas (robotniczych) to po prostu zwykłe łgarstwo, nie poparte nawet analizami rodem z IPN.

    W stanie wojennym „masy” zostały spacyfikowane, a Solidarność – co przyznają nawet prawicowcy – była cieniem dawnego związku, nie mającym praktycznie żadnego zakorzenienia w bazie. Jeżeli z masami utożsamiasz odgórne porozumienie między kierownictwem PZPR a liderami tzw. opozycji demokratycznej poszerzonej o jawnie prawicowe i nacjonalistyczne nurty, które w okresie I Solidarności dopiero walczyły o wpływy w dołach związkowych, to powinieneś zadbać o swoje zdrowie psychiczne. W zwycięstwie bardzo pomógł im stan wojenny, który był faktycznie skierowany przeciwko prorobotniczej, lewicowej opozycji głoszącej hasła całkowicie przeciwstawne obranemu przez kierownictwo PZPR kierunkowi prokapitalistycznych zmian.

    Jeśli choć trochę orientujesz się w tym, jak zastąpiono twoje ulubione przecież hasła społecznej gospodarki rynkowej szokową transformacją Sachsa-Balcerowicza, to twoje wypowiedzi świadczą albo o nieumiejętności kojarzenia faktów, albo o złej woli. Nikt żadnych mas nie pytał o zdanie i żadna faktyczna Solidarność zbudowana na załogach przedsiębiorstw nie stanowiła oparcia dla tych zmian. No, chyba że uważasz, że za całą klasę robotniczą robił Lech Wałęsa – ale to już twój problem.

    „Ja sam mam korzenie robotniczo chłopskie i nawet dzisiaj w grupie moich najbliższych i przyjaciół są robotnicy.” – Wałęsa ma jeszcze bardziej korzenie robotniczo-chłopskie, więc podaj sobie z nim rękę.

    „To, że nie wyrażam się apoteozą o tzw klasie robotniczej jako o potencjale rewolucyjnych zmian jest pewnie dla EB przyczynkiem do uznawania mnie za wroga klasowego, ale moje stanowisko wynika raczej ze sceptycyzmu pochodzącego z życiowego doświadczenia.” – wrogiem klasowym dla klasy robotniczej jest klasa kapitalistów, a nie drobnomieszczaństwo. Przykro mi, jeśli czujesz się nieco zlekceważony.

    Jeżeli natomiast swoje doświadczenie życiowe traktujesz jako odzwierciedlające doświadczenie życiowe mas pracujących, to lepiej ode mnie wytłumaczysz Bartkowi dlaczego (jako chłop i robotnik z ducha i krwi) traktujesz komunizm jak zarazę. Zrobisz dobry uczynek, bo chłopina wciąż nie może tego zrozumieć, skoro PRL tyle dobrodziejstw niewdzięcznemu robolowi przysporzył. Za durnia cię ma, czy co?

    „Poza tym uważam, że robotnicy w dzisiejszych warunkach społecznych europejskich nie sięgają w swoich marzeniach komunizmu choćby im go pięknie malowano, a świadomość społeczna tej grupy nie wykracza poza walkę o lepsze płace oraz warunki pracy poprzez ruch związkowy. I nie ma w tym żadnej pogardy to tylko zwykła percepcja rzeczywistości.” – z ust to Leninowi (i jego spadkobiercom) wyjąłeś, obalając tym samym tezę o pogardliwym czy paternalistycznym stosunku komunistów do klasy robotniczej. Sam stwierdziłeś, że nie ma w tym żadnej pogardy.

    „Pogarda natomiast może wynikać z dogmatycznego myślenia przyjmującego za aksjomat zdolność klasy robotniczej do rozwinięcia aktywnej świadomości antykapitalistycznej i ruchu rewolucyjnego w obecnych warunkach społecznych. Gdy tak się nie dzieje – pogarda związana z rozczarowaniem – pogarda całkowicie chybiona. Ale to już nie moja działka.” – to się chyba odnosi do Bartka, bo wypisz-wymaluj streszcza jego frustracje i zawiedzione nadzieje. Akurat teza o spontanicznych narodzinach świadomości antykapitalistycznej, czytaj: klasowej, pasuje do zupełnie innych nurtów lewicy niż nurt komunistyczny (co stawia Bartka poza tym nurtem). Pasuje natomiast do takich bardziej demokratycznych z natury i wolnościowych formacji. Więc trafiłeś jak kulą w płot.

    „Prawdziwie antykapitalistyczną natomiast może i powinna stać się klasa średnia wraz z elitarną grupą awangardy inteligenckiej o lewicowym światopoglądzie. Te grupy bowiem są w stanie zrozumieć rodzaj i istotę współczesnego wyzysku kapitalistycznego i jego rolę dla przyszłych pokoleń, oraz ocenić właściwie rodzaj i treść stosunków społecznych, które zmutowany kapitalizm stwarza. Te grupy mogą wpłynąć na zmianę świadomości społecznej większości zdolnej do wprowadzenia istotnych zmian na świecie.” – i słusznie powiedziane! Na tych właśnie grupach spoczywa więc ZASADNICZA ODPOWIEDZIALNOŚĆ za charakter walki politycznej, za budzenie świadomości klasowej (tłumaczenie istoty wyzysku itp., itd.) A nie na klasie robotniczej spontanicznie zdolnej jedynie do wytworzenia świadomości trade-unionistycznej.

    Co było do udowodnienia. Dziękujemy za współpracę. A Bartka sadzamy w oślej ławce – niech milczy i się uczy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *