Wewnętrzna wielkość Stalina

Kiedy po śmierci Lenina, marksizm uległ rozszczepieniu na oficjalny marksizm radziecki i na tzw. marksizm zachodni, oba te kierunki niewłaściwie odczytały pojęcie zewnętrzności Partii jako oznaczające pozycję neutralnej, obiektywnej wiedzy. Idąc śladami Kautsky’ego, radziecki marksizm po prostu przyjął to stanowisko, podczas gdy marksizm zachodni odrzucił je jako teoretyczną legitymizację „totalitarnych” rządów Partii. Nieliczni spośród wolnościowych marksistów, którzy chcieli odzyskać Lenina – przynajmniej częściowo – usiłowali przeciwstawić „złego” Lenina, elitarystę i jakobina, z Co robić?, opierającego się na partii jako na elitarnym gronie profesjonalnych intelektualistów, którzy mieliby oświecać klasę robotniczą z zewnątrz, „dobremu” Leninowi z Państwa i rewolucji, który przewidywał obalenie państwa, przejęcie przez szerokie masy zarządu nad sprawami publicznymi. To przeciwstawienie ma jednak swoje granice: kluczowym założeniem Państwa i rewolucji jest to, że nie sposób w pełni „zdemokratyzować” państwa; że państwo jako takie, w samej swej pojęciowości, jest dyktaturą jednej klasy nad drugą. Logicznym wnioskiem z tego założenia jest więc, że tak długo, jak długo mamy do czynienia ze sferą państwa, mamy pełne prawo wywierać bezwzględny terror, albowiem w tej sferze każda demokracja jest złudzeniem. Tak więc, ponieważ państwo jest narzędziem ucisku, nie warto usprawniać jego instytucji, ochrony porządku prawnego, wyborów, praw gwarantujących osobistą wolność… – wszystko to staje się nieadekwatne. Elementem prawdy w tej krytyce jest to, że nie sposób oddzielić niepowtarzalnej konstelacji, która umożliwiła rewolucyjne przejęcie władzy w październiku 1917 r. od późniejszego „stalinowskiego” zwrotu: ta sama konstelacja, która umożliwiła rewolucję (niezadowolenie chłopów, dobrze zorganizowana elita rewolucyjna itd.) doprowadziła do „stalinowskiego” zwrotu w wyniku rewolucji – to jest rzeczywista tragedia leninizmu. Słynna alternatywa Róży Luksemburg „socjalizm albo barbarzyństwo” skończyła się jako ostateczny, nieskończony sąd o teoretycznej identyczności obu przeciwstawnych pojęć: „realny socjalizm” był barbarzyństwem.

W dziennikach Georgi Dymitrowa, opublikowanych ostatnio po niemiecku, mamy niepowtarzalny wgląd w fakt, że Stalin był w pełni świadom tego, co wyniosło go do władzy, nadając nieoczekiwany rys jego znanemu powiedzeniu: „Ludzie (kadry) są naszym największym bogactwem”. Kiedy podczas obiadu w listopadzie 1937 r. Dymitrow wychwala „wielkie szczęście” międzynarodowej klasy robotniczej – że ma ona takiego geniusza, jak Stalin jako przywódcę – Stalin odpowiada: „Nie zgadzam się z nim. Nawet wyraził się nie po marksistowsku… Decydują kadry średniego szczebla” (7 listopada 1937 r.). Ujmuje to nawet jaśniej we wcześniejszym akapicie:

Dlaczego odnieśliśmy zwycięstwo nad Trockim i innymi? Wiadomo dobrze, że po Leninie, Trocki był najpopularniejszy w kraju… Ale mieliśmy poparcie średnich kadr, a one wyjaśniły masom nasze pojmowanie sytuacji… Trocki nie przywiązywał żadnej wagi do kadr.

Tutaj Stalin ujawnia tajemnicę swego dojścia do władzy: jako raczej anonimowy sekretarz generalny nominował dziesiątki tysięcy członków kadr, które mu zawdzięczały swoje wyniesienie… To dlatego Stalin nie chciał, aby Lenin umarł na początku 1922 r. odrzucając jego żądanie podania mu trucizny w celu położenia kresu jego życiu po udarze [?]: gdyby Lenin zmarł na początku 1922 r., kwestia sukcesji mogłaby nie zostać rozwiązana po myśli Stalina, albowiem Stalin, jako sekretarz generalny, nie opanował jeszcze w wystarczającym stopniu aparatu partyjnego przy pomocy ludzi przez siebie mianowanych – potrzebował jeszcze roku lub dwóch, aby w chwili śmierci Lenina był w stanie liczyć na poparcie tysięcy ludzi średniego aparatu mianowanych przez siebie, aby wygrać z wielkimi postaciami bolszewickiej „arystokracji”.

Powinniśmy wreszcie zaprzestać śmiesznego przeciwstawiania terroru stalinowskiego „autentycznemu”, leninowskiemu dziedzictwu zdradzonemu przez Stalina: „leninizm” jest całkowicie stalinowskim pojęciem. Gest projektowania wstecz emancypacyjno-utopijnego potencjału stalinizmu na okres wcześniejszy wskazuje więc na niezdolność naszego umysłu do stawienia czoła „absolutnej sprzeczności”, nieznośnemu napięciu immanentnemu samemu stalinowskiemu projektowi. Kluczowym jest natomiast odróżnienie „leninizmu” (jako autentycznego jądra stalinizmu) od rzeczywistej politycznej praktyki i ideologii okresu leninowskiego: rzeczywista wielkość Lenina nie jest tym samym, co stalinowski, autentyczny mit leninizmu. A więc, co z oczywistym kontrargumentem, który odnosi się dokładnie tak samo do każdej ideologii – w tym do nazizmu, który także, jeśli postrzegać go od wewnątrz, roztacza „wewnętrzną wielkość”, która uwiodła nawet tak wybitnego filozofa, jak Heidegger? Odpowiedź powinna być po prostu donośnym nie: rzecz w tym, że nazizm nie zawiera żadnej autentycznej „wewnętrznej wielkości”.

Jeśli chcemy zobaczyć sztukę stalinowską w jej najczystszej postaci, wystarczy jedno nazwisko: Brecht. Badiou miał rację twierdząc, że „Brecht był stalinowcem, jeśli rozumie się słusznie stalinizm jako połączenie polityki i filozofii materializmu dialektycznego pod przewodnictwem tej ostatniej. Albo też, powiedzmy, Brecht uprawiał zestalinizowany platonizm.” To właśnie to, co „niearystotelesowski” teatr Brechta ostatecznie objawia: platoński teatr, w którym urok estetyczny jest ściśle kontrolowany w celu przekazania filozoficzno-politycznej prawdy zewnętrznej w stosunku do niego. Brechtowskie uzewnętrznienie oznacza, że „estetyczne podobieństwo musi się samozdystansować, tak aby w tym rozziewie zewnętrzna obiektywność Prawdy została przedstawiona”. Tak więc, kiedy Badiou mówi, że „uzewnętrznienie jest protokołem filozoficznego nadzoru”, powinniśmy bez wstydu przypisać temu pojęciu pełną konotację z tajną policją. Tak więc, przestańmy grać w śmieszne przeciwstawianie jakiegoś rodzaju „dysydenckiego” Brechta stalinowskiemu komunizmowi: Brecht jest najwyższym „stalinowskim” artystą; był wielki nie mimo Stalina, ale dzięki niemu. Czy naprawdę potrzebujemy dowodów?

Pod koniec lat trzydziestych Brecht szokował gości na nowojorskim przyjęciu mówiąc o oskarżonych w trakcie moskiewskich procesów pokazowych: „Im bardziej są niewinni, tym bardziej zasługują na to, aby ich zastrzelić” To stwierdzenie należy brać jak najbardziej poważnie, nie jako perwersyjny żart [?]: ukrytym założeniem jest to, że w konkretnej walce historycznej postawa „niewinności” („Nie chcę pobrudzić sobie rąk zaangażowaniem w walkę, chcę tylko wieść skromne i uczciwe życie”) zawiera ostateczną winę. W naszym świecie, nic nie robienie nie jest puste, zawiera już znaczenie – oznacza mówienie „tak” istniejącym stosunkom podporządkowania. To dlatego, przy okazji procesów moskiewskich, Brecht – przyznając, że metody oskarżycieli nie należały do łagodnych – zadawał sobie pytanie: czy można sobie wyobrazić, że szczery, uczciwy komunista żywiący wątpliwości co do stalinowskiej polityki szybkiego uprzemysłowienia, mógłby dojść do tego, że szukałby pomocy ze strony zagranicznych tajnych służb i angażował się w terrorystyczne intrygi przeciwko stalinowskiemu przywództwu? Jego odpowiedź brzmiała „tak” i nawet zaproponował on szczegółową rekonstrukcję takiego rozumowania.

Nic dziwnego więc, że kiedy, w drodze z domu do teatru w lipcu 1953 r. Brecht mijał kolumnę radzieckich czołgów jadących na rozprawę z robotnikami aleją Stalina, pomachał im i zapisał w pamiętniku później tego samego dnia, że w tej chwili on (który nigdy nie był członkiem partii) odczuł po raz pierwszy chęć wstąpienia do partii komunistycznej – czyż to nie jest uderzający przypadek tego, co Alain Badiou nazwał la passion du réel określająca dwudziesty wiek? Brecht wcale nie tolerował okrucieństwa walki w nadziei, że przyniesie to lepsze jutro: szorstkość przemocy jako takiej była postrzegana i przyjmowana jako znak autentyzmu. Dla Brechta, radziecka interwencja wojskowa przeciwko wschodnioberlińskim robotnikom nie była skierowana przeciwko robotnikom, ale przeciwko „zorganizowanym elementom faszystowskim”, które żerowały na robotniczym niezadowoleniu. Z tego powodu twierdził on, że radziecka interwencja w rzeczywistości zapobiegła nowej wojnie światowej.

Nawet personalnie Brecht „miał słabość do Stalina” i rozwinął ciąg argumentacyjny usprawiedliwiający rewolucyjną konieczność dyktatury jednostki; jego reakcją na „destalinizację” na XX Kongresie Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1956 r. były słowa: „Bez znajomości dialektyki, takie przejścia jak to od Stalina jako motoru [postępu] do Stalina jako jego hamulca nie może być zrozumiałe”. Krótko mówiąc, zamiast odrzucić Stalina, Brecht odgrywa pseudo-dialektyczną grę polegającą na tym, że „to, co było wcześniej postępowe, w latach trzydziestych i czterdziestych, obecnie stało się (w latach pięćdziesiątych) przeszkodą”… Mam pokusę stwierdzenia, że śmierć Brechta (jesień 1956 r., akurat po XX Kongresie i przed powstaniem węgierskim) przyszła w odpowiednim momencie: łaskawa śmierć zwolniła go z bólu stanięcia twarzą w twarz z pełną „destalinizacją”.

Chcąc zobaczyć najlepszego Brechta, musielibyśmy skupić uwagę na wielkiej niemieckiej, stalinowskiej triadzie: Brecht (słowa), Hanns Eisler (muzyka), Ernst Busch (wykonanie). Jeśli chcemy przekonać samych siebie do prawdziwej wielkości projektu Stalina, wystarczy posłuchać jednego z najwspanialszych nagrań XX wieku: Hannsa Eislera „Historycznych nagrań” ze słowami (przeważnie) Brechta oraz (w większości) wykonywanymi przez Buscha. W prawdopodobnie ich najwspanialszym osiągnięciu, pieśni „Śpiewając w więzieniu” z „Matki”, czyni się aluzje do rozziewu między symbolicznym załamaniem oponenta i jego prawdziwą klęską, kiedy uwięziony robotnik Paweł zwraca się do władców:

Macie kodeksy i prawa
Macie więzienia i twierdze…
Macie strażników i sędziów
Którzy są dobrze opłacani i gotowi na wszystko.
Po co?…
Tuż przed waszym zniknięciem – a to stanie się wkrótce –
Zauważycie, że to wszystko nie zdało się na nic.

Macie gazety i drukarnie
Aby nas zwalczać i pacyfikować…
Macie księży i profesorów
Którzy są dobrze opłacani, aby być gotowymi na wszystko.
Po co?
Czy naprawdę musicie tak bać się prawdy?

Macie czołgi i broń
[Tommy guns] i granaty ręczne…
Macie policjantów i żołnierzy
Którzy są dobrze opłaceni i gotowi na wszystko.
Po co?
Czy naprawdę macie tylu potężnych wrogów?…
Któregoś dnia – a to nastąpi wkrótce –
Zobaczycie, że to wszystko było na nic.

Prawdziwą klęskę wroga poprzedza symboliczne załamanie, nagły wgląd w to, że jego walka jest pozbawiona sensu, a cała broń i wszystkie narzędzia w jego posiadaniu nie służą niczemu. Takie jest fundamentalne założenie walki demokratycznej: ze względu na aprioryczne racje strukturalne, a nie tylko dzięki jakimś przypadkowych błędom, wróg błędnie postrzega współrzędne sytuacji globalnej i gromadzi niewłaściwy rodzaj sił w niewłaściwym miejscu. Dwa niedawne przykłady: ile był wart w 1979 r. aparat represji Szacha w konfrontacji z ruchem ludowym Chomeiniego? Po prostu ten aparat się załamał. A czemu służyła rozdęta sieć agentów Stasi oraz informatorów działających dla wschodnioniemieckiej nomenklatury w 1989 r., kiedy doszło do konfrontacji z narastającym protestem masowym? Wielkie systemy opresyjne nigdy nie bywają pokonane w konfrontacji wręcz – w pewnym momencie, kiedy „stary kret” dopełni swej podziemnej pracy wewnętrznej dezintegracji ideologicznej, systemy te po prostu upadają same.

Poza wspaniałym kawałkiem „Pochwała komunizmu” („najprostsze, a najtrudniejsze”), trzecią kluczową pieśnią „Matki” jest „The Song of Patch and Gown”, która rozpoczyna się od ironicznego odmalowania humanitarystów, którzy są świadomi pilnej konieczności wspomożenia biednych:

Kiedy nasze ubrania stają się łachmanami
Zawsze przychodzicie i mówicie: tak nie może być dłużej.
Należy temu zapobiec wszelkimi metodami!
I pełni zapału biegniecie do mistrzów
A my czekamy marznąc.
A kiedy wracacie i tryumfalnie
Pokazujecie to, co dla nas zdobyliście:
Małą łatkę.
OK, to jest tylko łatka.
Ale gdzie jest
cały łachman?

To cierpkie pytanie retoryczne powtarza się przy okazji chleba („OK , to jest kromka chleba, ale gdzie jest cały bochen?”), a cała pieśń kończy się wybuchem niepohamowanych żądań („…chcemy całej fabryki i węgla, i złóż, i władzy w państwie”) – właściwy moment rewolucji, w którym quid pro quo utarczek z rządzącymi się załamuje, a rewolucjoniści brutalnie twierdzą, że chcą wszystkiego, a nie tylko „sprawiedliwego” udziału.

Tutaj Brecht znajduje się na przeciwległym końcu spektrum w stosunku do Gyorgy Lukacsa: dokładnie w tej mierze, w jakiej Lukacs, „miękki” europejski humanista, odgrywał rolę „dysydenta z szafy”, prowadząc „walkę partyzancką” przeciw stalinizmowi, a nawet przyłączając się do rządu Imre Nagy’a w 1956 r., narażając swe życie, on był spełnionym stalinowcem. Przeciwnie niż Lukacs, Brecht był nieznośny dla stalinowskiego kulturowego establishmentu ze względu na swoją „nadortodoksyjność” – nie ma miejsca dla „The Measure Taken” w stalinowskim świecie kulturalnym. O ile młody Lukacs w Historii i świadomości klasowej był filozofem Leninowskiego momentu historycznego, o tyle, kiedy minęły lata trzydzieste, stał się idealnym filozofem stalinowskim, który z tej właśnie racji, w przeciwieństwie do Brechta, nie zrozumiał prawdziwej wielkości stalinizmu.

Slavoj Żiżek

(tłum. Ewa Balcerek)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rewolucja u bram. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *