W KWESTII SŁABOŚCI LEWICY W POLSCE I NIE TYLKO

Head in Hands(ODPOWIEDŹ STACHOWI GŁĄBIŃSKIEMU – tekst w załączeniu).

Zgoda co do faktu, że stan lewicy jest zły. Krytycyzm w tej sytuacji jest konieczny. Jednak aby krytycyzm prowadził do sensownej propozycji zmiany złej sytuacji, musi być trafny. O ile można się ze Stachem Głąbińskim zgodzić co do określenia stanu lewicy, o tyle diagnoza dotycząca przyczyn wydaje się nietrafiona i przez to jałowa. Nie oznacza to, żeby spostrzeżenia poczynione przez Stacha nie odnosiły się do faktycznych bolączek nurtu lewicowego w Polsce, zaś krytyka marazmu intelektualnego czy braku demokratyzmu nie była osadzona w realiach. Jak najbardziej owe spostrzeżenia i krytyczny ich ogląd są uzasadnione. Problem w tym, że sposób, w jaki Stach owej krytyki dokonuje, nie prowadzi do rozwiązania problemu zasadniczego, a mianowicie do wydostania się lewicy ze stanu marazmu czy zapaści w świadomości społecznej.

Krytyce Stacha brakuje rzeczy zasadniczej. Bezkrytycznie Stach przyjmuje nieuzasadnione założenie, że definicja lewicy wyczerpuje się w spektrum poglądów od centrowych do socjaldemokratycznych. Tzw. skrajna lewica nie może z natury rzeczy w jego światopoglądzie jawić się jako formacja wiodąca. Może być, co najwyżej, jakimś skrzydłem nurtu, którego rdzeniem jest socjaldemokracja, czyli – polskich warunkach – taki twór, jak SLD.
Dlatego też w krytyce, skądinąd koniecznej, brakuje odniesienia do problemów spoza ciasnego horyzontu bezideowej i skrajnie oportunistycznej formacji socjaldemokratycznej. Tymczasem problemy, które szaleją wręcz – jakby nie wyrażało się to w chaotycznej i pozbawionej jakiegokolwiek uporządkowania walce – bezkształtnego i pozbawionego własnej głowy ludu, daleko wykraczają poza problemy własne prokapitalistycznej lewicy czy problemy, z jakimi owa lewica borykała się w warunkach państwa dobrobytu na Zachodzie.

Stawiamy tu więc tezę, że pierwszym warunkiem dla znalezienia recepty na wyjście lewicy (cokolwiek by to znaczyło) z marazmu i bezradności politycznej jest zdanie sobie sprawy z rzeczywistych bolączek społecznych doby kapitalizmu, a niekoniecznie problemy własne formacji, które w tej sytuacji zajmują miejsce dalsze.

Wychodzi więc na to, że cenny materiał faktograficzny, zebrany przez Stacha, ukazujący przyczyny marnego wyniku wyborczego, jest straconym zachodem, jeśli pominąć sprawę o charakterze zasadniczym – co by się zmieniło, gdyby lewicy typu SLD udało się dojść do władzy, ba, utrzymać się przy niej.
Do pewnego stopnia Stach daje na to pytanie odpowiedź: „Widoczne jest zarazem, że w 2000 roku społeczeństwo polskie okazało naturalną skłonność do lewicowości wyrażoną – wg sondaży poparciem dla SLD ponad 50%, a rok później, w wyborach – nieco ponad 40%. Przy tym uważna obserwacja zachowań ludzi wskazuje na to, że lewicowość pojmowania porządku społecznego[2] była w społeczeństwie powszechna, a jedynie kompromitacja PZPR-u i osiągnięte w latach 1980-1990 sukcesy propagandowe ugrupowań antyPRLowskich sprawiły, że sympatie zwróciły się ku „Solidarności”.”
Wynika stąd, jakby na to nie patrzył, że społeczeństwo po pierwszym szoku doświadczenia transformacji (trwającym jakieś 10 lat), opowiedziało się za tym, co – jak mu się wydawało – reprezentowało sobą SLD, a mianowicie: powrotem do „realnego socjalizmu”. Jako do mniejszego zła zapewne, ale zawsze. Na pewno zaś – szczególnie protestujący i strajkujący robotnicy – opowiedzieli się przeciwko kapitalizmowi jako ustrojowi, który właśnie niszczył wspólną własność, własność państwową, jedyną formę własności społecznej znaną robotnikom w PRL.
Jak ten nastrój społeczny odczytał SLD? Fakty są zabójcze dla tej formacji: SLD przeprowadziła akcesję do Unii Europejskiej oraz do NATO, czyli utrwaliła w sposób polityczny (ustrojowy) i militarny zdobycze kapitalizmu w Polsce. Postąpiła więc dokładnie wbrew oczekiwaniom społecznym. To nie afery czy arogancja władzy, a nawet nie brak demokracji wewnętrznej były przyczynami porażki SLD, ale właśnie uświadomienie sobie społeczeństwa, a zwłaszcza naturalnego zaplecza lewicy – świata pracy z klasą robotniczą na czele – że sprawniej zarządzać kapitalistycznymi stosunkami społecznymi będą formacje polityczne o tradycjach ugruntowanych w burżuazyjnym systemie społecznym. Jeżeli nie ma formacji, która potrafiłaby zorganizować socjalizm w skali świata lub choćby Europy, to pozostaje tylko opcja państw narodowych walczących między sobą o podział akumulowanego kapitału. Im wcześniej, tym lepiej, ponieważ czas jest równie ważnym, jeśli nie najważniejszym czynnikiem przechwytywania nadzwyczajnej wartości dodatkowej, czego możliwości określa miejsce danego kraju w systemie międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy.
W ten sposób, przechodząc na pozycje prokapitalistyczne, polska lewica post-PZPR-owska była głównym architektem nowej, populistyczno-prawicowej formacji politycznej.
Pseudosocjalny program prawicy populistycznej może się rozwijać jako propozycja w pełni akceptująca kapitalistyczne warunki gry ekonomicznej, a więc pełną konkurencję i morderczą rywalizację państw narodowych na rynkach świata. Spełnienie choć w jakimś – nieuchronnie ułomnym – stopniu postulatów socjalnych swego elektoratu musi być uwarunkowane pozycją Polski w owej rywalizacji rynkowej z wykorzystaniem środków pozaekonomicznych, które nadzwyczaj wydatnie pomagają w tzw. wolnej konkurencji. Te środki mają charakter polityczny i militarny. Jesteśmy dziś świadkami nieuchronnego przenikania się obu typów czynników, wzajemnego wzmacniania i nieustannego przechylania się szali na stronę dominującej pozycji zastosowania siły militarnej do rozwiązywania problemu gospodarczego, jakim jest walka o jak najlepszą (kosztem innych konkurentów) pozycję na rynku światowym.
Tylko socjalizm może dać rozwiązanie, które nie będzie się uciekało do wygrywania kosztem „konkurentów”. Jest to jednak dość skomplikowana operacja. Dużo prostsze jest zastosowanie nagiej przemocy. Jednak to ostatnie rozwiązanie leży wyłącznie w interesie klasy kapitalistów (produkcyjnych i finansowych), zaś poparcie dla tego niekorzystnego rozwiązania dla świata pracy może wynikać wyłącznie z braku socjalistycznej alternatywy.
No właśnie, powiedziałby Stach – chodzi mi akurat o to, aby taka alternatywa istniała na polskiej scenie politycznej, i taką alternatywą byłaby lewica socjaldemokratyczna, taki SLD, jaki by nie był ułomny.
Otóż Stach jest w błędzie. SLD, podobnie jak i cała lewica socjaldemokratyczna, nie jest żadną alternatywą, co udowodniła w ciągu ostatniego ćwierćwiecza po wielokroć. Walka o socjalizm nie jest nawet najmarniejszym punktem programowym tej antykomunistycznej formacji.
Wyborcy nie przejmują się zbytnio ani „wodzowskim” charakterem partii, ani brakiem wewnętrznej demokracji, ani nawet aferami. Natomiast tzw. lewica w Polsce wyraźnie nie jest żadną alternatywą dla centroprawicy ani dla populistycznej prawicy.
Lewicy post-PRL-owskiej wydawało się, że w ramach transformacji wchodzimy w świat uporządkowany i stabilny w swojej politycznej i ekonomicznej istocie. Nic bardziej mylnego. Unia Europejska, którą lwia część lewicy uważała za jedyną słuszną wersję socjalizmu (tzn. bez komunistycznego antykapitalizmu na sztandarach), okazała się tworem, który w sytuacji braku „komunistycznego”, konkurencyjnego modelu rozpadł się na naszych oczach na „normalne” w kapitalizmie, coraz silniej rywalizujące coraz wyraźniejsze państwa narodowe. Wiara w możliwość zachowania solidaryzmu w ramach Unii, której warunkiem przetrwania było i jest unikanie skutków koniunkturalnych i mniej lub bardziej strukturalnych kryzysów kapitalizmu, okazała się złudna, kiedy zabrakło obozu socjalistycznego, dzielnie podtrzymującego tzw. otoczenie niekapitalistyczne – warunek względnie bezkonfliktowej rywalizacji burżuazyjnych gospodarek narodowych na rynku szerszym niż chwilowe możliwości przerobu. Burżuazyjne państwa narodowe wróciły do jedynej im dostępnej metody rozwiązywania własnych problemów, a mianowicie do wojny.
Upadek obozu socjalistycznego zburzył także 40-letni ład powojenny, w ramach którego obóz ów pracował na utrzymanie krajów Trzeciego Świata w pozycji „otoczenia niekapitalistycznego”, wyzyskiwanego przez kraje kapitalistyczne, ale w warunkach pewnego kontrolowania tego wyzysku przez sam fakt istnienia alternatywy wobec kapitalizmu.
Logiczne jest, że kiedy owa alternatywa znikła, kapitalizm został zmuszony do ukazania swego prawdziwego oblicza, a którym mamy do czynienia od ćwierćwiecza. Rozkład instytucji niekoniecznie nadąża za rozpadem rzeczywistych więzi społecznych, więc rozkład ten przebiega niejako z pewnym opóźnieniem i nie zawsze bez oporów. Społeczeństwa Zachodu przyzwyczaiły się do warunków, które zapewnił im ponad 40-letni okres wyczerpującej (dla Wschodu) rywalizacji między systemami. Odłożone skutki tej olbrzymiej zmiany, jaką był upadek ZSRR i całego obozu, kumulują się obecnie prowadząc z żelazną koniecznością do nowej, wojennej konfrontacji obejmującej już nie tylko „jakieś tam” peryferie „cywilizowanego świata”, ale i jego Centrum.
Na tle tak pojętego splotu okoliczności, w których przyszło nam żyć, zupełnie nieadekwatne są lamenty nad jakimiś pozornie ważnymi błędami taktycznymi popełnionymi przez socjaldemokrację.
Tzw. postkomunistom wydawało się, że szczera postawa antykomunistyczna da im możliwość życia i działania w świecie, który był tworem chwiejnego, jak się okazało, układu, w którym zasadniczą rolę odegrał czynnik komunistyczny. Bez tego czynnika – podobnie jak w Niemczech hitlerowskich po wyeliminowaniu komunistów połączonym wysiłkiem socjaldemokracji i nazistów – socjaldemokracja nie może być żadną alternatywą.

Nie jest prawdą, że gdyby SLD wszedł do Sejmu, to odwróciłby się bieg po równi pochyłej w kierunku wojennej konfrontacji. SLD udowodniło, że nie ma żadnej alternatywnej propozycji politycznej. Nawet nie dążąc do owej konfrontacji bezpośrednio, SLD ani nawet sojusz wszystkich partii socjaldemokratycznych Unii Europejskiej nie byliby skłonni do samodzielności w ramach NATO.
Najważniejsze jest to, że w warunkach powrotu do kapitalistycznego, klasycznego modelu, kraj, taki jak Polska, musi trzymać się silniejszego partnera gospodarczego, bez którego nie ma szans zaistnieć w poważnej rywalizacji o światowe zasoby. A to pozbawia podmiotowości, o którą zresztą polska formacja socjaldemokratyczna w ogóle nie zabiega. Do świadomości społecznej przemawia trzymanie się tradycji historycznych, a raczej brudnej indoktrynacji fałszującej historię II Rzeczypospolitej i forsującej konfrontację z Rosją jako kwintesencję naszej tożsamości narodowej. Czy SLD ma jakąś alternatywę wobec tej propagandy w tym zasadniczym punkcie dzisiejszej debaty, od której zależą losy pokoju na kontynencie europejskim?

Przykro nam więc, ale z punktu widzenia autentycznie lewicowej alternatywy wobec kapitalizmu, przegrana socjaldemokracji nie wydaje się nam żadną stratą dla społeczeństwa polskiego. Najwyższa pora, aby uznać, że to nie błędy taktyczne ani tzw. lewicowy światopogląd ograniczający się do rozbudowywania swobód obyczajowych w ramach ustrojowych kapitalizmu są czynnikiem w grze o odbudowanie świadomości lewicowej w Polsce i na świecie. Prawica i prawicowy populizm nie miały racji bytu w sytuacji choćby tak słabej, ale zawsze, dominacji doktryny lewicy klasowej. Wystarczyło, że zabrakło choćby tego malowanego tygrysa, żebyśmy zobaczyli, jak wyglądałby świat bez komunistycznego epizodu.

Stach bezkrytycznie kupuje SLD-owskie przekonanie, że istnieje w Polsce miejsce na antykomunistyczną socjaldemokrację akceptującą kapitalizm. Teoretycznie byłoby to słuszne podejście, gdyby nie fakt, że poczęcie post-PZPR-owskiej socjaldemokracji było obarczone genetycznym defektem. Mówiliśmy już o tym wyżej – oczekiwania pierwotnego „żelaznego” elektoratu SLD rozmijały się z planami owego ugrupowani, polegającymi na zlaniu się z kapitalistyczną rzeczywistością, podczas gdy oczekiwania zasadniczego trzonu elektoratu szły w kierunku przeciwstawienia się transformacji kapitalistycznej. Dlatego SLD nie było w stanie zapełnić miejsca, które socjaldemokracja mogła na początku transformacji zagospodarować. Oportunizm SLD w tym okresie spowodował, że miejsce dla socjaldemokracji zostało zdefiniowane jako szeroki wachlarz poglądów centrowych. W ten sposób, w późniejszym okresie, ugrupowania centroprawicowe mogły bezkarnie poszerzać i zabagniać to miejsce, które spokojnie mogły zająć takie partie, jak prawicowoliberalna Platforma Obywatelska, pozująca w razie potrzeby na formację zezującą w stronę socjaldemokracji. To nikt inny, jak post-PRL-owska lewica dokonała kastracji lewicowości do kwestii obyczajowych, w kwestiach gospodarczych w pełni podporządkowując się linii liberalnej, zaś w polityce edukacyjnej przyjmując antykomunistyczną indoktrynację. To formacja SLD splugawiła do reszty to, co pozostało z lewicy socjalnej.
Logicznie w ciągu ćwierćwiecza musiało się okazać, że SLD nie potrafiła poszerzyć swego elektoratu. Zawodząc „sieroty po PRL” i nie mając oryginalnej oferty dla lewicowego młodego pokolenia, musiała skończyć jako formacja nikomu niepotrzebna. Lepiej kapitałowi wysługuje się PO, zaś bardziej antykomunistyczne jest populistyczne PiS. SLD nie potrafiło (bo nie chciało) zawiesić wysoko poprzeczki lewicowości, nic więc dziwnego, że w tak sprostytuowaną definicję lewicowości jest w stanie wejść każde gówno.

Trudno tutaj nie wspomnieć o wspomagającej roli tzw. nowej radykalnej lewicy, która dzielnie wspierała SLD w kastrowaniu pojęcia lewicowości na modłę zachodniej radykalnej lewicy niosącej od dziesięcioleci sztandar radykalnej demokracji (burżuazyjnej) jako synonimu porządnej lewicy, która w pełni akceptuje „zachodnią cywilizację” z jej dobrobytem opartym na wyzysku reszty świata. I to mimo papierowego przywiązania do sloganów o imperializmie czy neokolonializmie. W praktyce tzw. nowa radykalna lewica przyjęła sowietologiczną wizję świata, w której ZSRR odgrywa rolę zarówno imperium, jak i kolonisty, nawet po swojej niesławnej śmierci w 1990 roku.

Podsumowując: prawicowy populizm PiS jest dzieckiem antykomunizmu formacji socjaldemokratycznej, reprezentowanej w Polsce przez SLD.

Argumenty mówiące o tym, że w SLD panowało „wodzostwo” czy brak wewnętrznej demokracji, to są argumenty skomlące o akceptację na prawicowych salonach III RP. SLD okazało się, wedle naszego autora i wedle własnego oglądu samokrytycznego, partią niegodną „dobrego towarzystwa”. Nawet jeśli partie ze słusznym, antykomunistycznym rodowodem zachowują się „wodzowsko” czy arogancko, to ich rodowód immunizuje je przeciwko zbytniej surowości poprawnego politycznie elektoratu. Natomiast SLD, jak uważają krytycy w typie Stacha Głąbińskiego, powinno tym bardziej pilnować się, ponieważ nie będzie miało takiej taryfy ulgowej. Piesek niech służy, to może go zaakceptują – zdaje się mówić taka postawa. Ale przecież zaakceptowali po 20 latach kurwienia się w burżuazyjnych salonach! Problem w tym, że elektoratowi nie jest potrzebna taka reprezentacja, ma lepsze, bardziej wyraziste i mniej zeszlajane partie do wyboru. Po co komu gąbka, która chłonie każdy brud?

Poza tym, SLD nie pasuje do nowych czasów. Jest reliktem epoki, w której socjaldemokracja mogła udawać coś więcej niż była, ponieważ jej tłem były partie „komunistyczne” czy „robotnicze”, które chociaż historycznie zawierały groźbę innego systemu. W dobie potęgującej się konkurencji między państwami narodowymi, socjaldemokracja staje się odległym przeżytkiem, z chwiejącym się oparciem w Unii Europejskiej. Socjaldemokracja nie jest w stanie zaproponować alternatywy nie tylko w skali Polski, ale i w skali całego kontynentu. Tak jak w okresie Republiki Weimarskiej, socjaldemokracja nie jest w stanie stawić czoła zagrożeniu prawicowo-populistycznemu, które narzuca proste reguły gry: każdy za siebie! I w tej atomizacji dążeń społecznych, które nie są w stanie przełożyć się na program klasowy, tkwi rosnąca siła prawicowej ofensywy. Chaos, jaki ona sprowadza, skutecznie udaremnia zespolenie sił zdolnych do przeciwstawienia się temu zagrożeniu.
Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

15 listopada 2015 r.

ZAŁĄCZNIK:

Stach Gąbiński

PRÓBA OKREŚLENIA PRZYCZYN ZŁEJ KONDYCJI POLSKIEJ LEWICY

Na wstępie przypomnę trzy najwyraźniejsze symptomy usprawiedliwiające określenie stanu lewicy jako złego. Są to: minimalne poparcie w wyborach, oraz marazm intelektualny występujący wraz z zanikiem demokratyzmu, co dotyczy wszystkich bez wyjątku ugrupowań tej orientacji (aspirujące do lewicowości partie, redakcje, kluby itp.).

Wyrażony w momencie głosowań brak uznania jest po prostu faktem, zaś o dwu ostatnich zjawiskach pisałem bardziej szczegółowo w artykułach dostępnych ze stron http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty/teksty.html i http://stachglabinski.pomorskie.pl, szczególniej w „Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej” i „Szanse odrodzenia lewicy w Polsce”. Tu jedynie wspomnę, że najwyraźniejszym przejawem marazmu intelektualnego jest zupełny brak dyskusji, zaś powszechne izolowanie się grupek oraz zarówno skupienie się ich wokół „wodza” decydującego o kształcie jednolitej obowiązującej opinii, jak i tworzenie zamkniętych „towarzystwa wzajemnej adoracji” przeczą zasadom demokratyzmu. Wspomnieć jeszcze należy (pisałem o tym m. in. w wyż. wym. „Lewicowych zaniedbaniach …” oraz w „W sprawie diagnozy przyczyn słabości lewicy Tomasza Frank’a” – http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty/lewica.html#frank), że aintelektualizm i wodzostwo sprzyjają formowaniu przekonań prawicowych, zaś tolerowane w kręgach przypisujących sobie przewodzenie lewicy, są przyczyną rozkładu wewnętrznego i niepowodzeń, o czym dokładniej mam zamiar pisać w rozwinięciu tematu.

Jedynym[1] sposobem pozwalającym wykryć przyczyny tak fatalnej sytuacji jest dokonanie analizy faktów zaszłych w okresie poprzedzającym chwilę obecną, zaczynając od momentu samorozwiązania PZPR w styczniu 1990 roku, kończąc zaś na wydarzeniach bieżących. Trzon tych rozważań stanowią w sposób niezaprzeczalny zmiany poparcia dla lewicy wyrażone procentem wyborców głosujących (lub deklarujących taki zamiar) na kandydatów będących w opinii społeczeństwa kontynuatorami tradycji PZPR (inne ugrupowania lewicowe są zauważane jedynie przez nielicznych). Otóż te dane wskazują jednoznacznie na początkowy stopniowy wzrost poparcia od minimum na wstępie, do 50 % głosujących w 2001 roku, dalej szybki jego spadek do około 10 % w 2004, i późniejsze wahania wokół tej wartości z widoczną ostatnio tendencją spadkową. Nie ma powodu by wątpić, że tak wyraziste zmiany wskazują na istnienie czynnika, który je powodował, oraz że ten właśnie czynnik jest szukaną przyczyną słabości.

Do omówienia sytuacji (niestety, ze względu na brak danych dotyczącej tylko jednej partii) przed rokiem 1998 posłużę się informacjami przedstawionymi w zeszycie nr 1 z 2010 roku kwartalnika „Myśl socjaldemokratyczna”, głównie w artykule prof. Jerzego Wiatra „SdRP 1990 – 1998: nowa partia polskiej lewicy”. Choć w artykule tym odkrywanie przyczyn powodzenia i późniejszych porażek nie jest przedstawione jako cel, wątek ten daje się zauważyć. Taki jest przecież podtekst dotyczących początków SdRP uwag np. na str. 8: „Nie była to partia wodzowska” i „sporne kwestie rozstrzygane były w głosowaniu, niejednokrotnie poprzedzonym burzliwymi dyskusjami” a następnie, w odniesieniu do późniejszego okresu: „zaczęły występować … podziały i rywalizacje personalne … słabł demokratyzm życia partyjnego”, które to przytoczone zdania razem dają świadectwo stopniowego ujawniania się tendencji powodujących – w moim przekonaniu – słabość całej lewicy. Przecież sam fakt, że ten krótki retrospekcyjny przegląd jest – o ile mi wiadomo – jedyną (i dość powierzchowną) próbą podsumowania zdarzeń na lewicy i wyciągania wniosków, świadczy o braku racjonalnego myślenia nakazującego ciągłe, krytyczne obserwowanie własnych działań. Tak więc już na wstępie dało się zauważyć, że w partii zanikał demokratyzm, utrwalał się dyktat „wodza”, dyskusje ustępowały miejsca toczonym w koteriach rozgrywkom personalnym, eliminowano samodzielne myślenie, pogłębiał się marazm intelektualny, a proces ten, jak to starałem się wykazać we wspomnianych wyżej artykułach, postępuje dalej, zarówno gdy w 1998 roku SdRP weszła w skład SLD jak i obecnie.

Widoczne jest zarazem, że w 2000 roku społeczeństwo polskie okazało naturalną skłonność do lewicowości wyrażoną – wg sondaży poparciem dla SLD ponad 50%, a rok później, w wyborach – nieco ponad 40%. Przy tym uważna obserwacja zachowań ludzi wskazuje na to, że lewicowość pojmowania porządku społecznego[2] była w społeczeństwie powszechna, a jedynie kompromitacja PZPR-u i osiągnięte w latach 1980-1990 sukcesy propagandowe ugrupowań antyPRLowskich sprawiły, że sympatie zwróciły się ku „Solidarniości”[3]. Ten nastrajający optymistycznie fakt wraz ze skrótowo wyżej opisanym stanem mentalnym i organizacyjnym SLD stanowi materiał wyjściowy do zamierzonej analizy zaszłych dalszych wydarzeń. A od początku sprawa przedstawiała się niepokojąco.

Tak więc już, gdy podczas przygotowań Kongresu założycielskiego SLD tymczasowe władze partii, spełniając oczywisty wymóg demokratyzmu ogłosiły projekt Statutu i zaapelowały o zgłaszanie uwag, utajniono nie tylko treści, ale nawet ilość napływających propozycji, a co gorsza, praktycznie nikt z szeregowych członków nie protestował [4] przeciw takiemu zaniechaniu będącym faktycznym uniemożliwianiem dyskusji nad podstawowym dla partii dokumentem[5]. Nie zostaliśmy również powiadomieni o istotnych szczegółach przebiegu Kongresu, a poprawiony projekt Statutu został poddany głosowaniu nie tylko bez umożliwienia dyskusji ogólnopartyjnej, lecz prawdopodobnie (ta niepewność jest rezultatem już nie zaniedbania, lecz raczej świadomego utrudniania członkom uzyskania informacji o przebiegu uchwalania statutu) w ciągu niedopuszczalnie krótkiego czasu po zapoznaniu delegatów z jego treścią. Ujawniły się więc niepokojące objawy tego, że działacze partyjny w typowy dla tzw. aparatczykostwa sposób nie poczuwają się do będącego podstawą demokracji uczestniczącej obowiązku komunikowania się z partią w sprawach kluczowych, oraz że ogół członków nie poczuwa się do odpowiedzialności za zachowanie w organizacji podstawowych dla socjaldemokracji reguł, że biernie akceptuje uwidaczniające się uniezależnienie się i wyobcowanie władzy.

Potem mieliśmy przygotowanie się do wyborów parlamentarnych, przy tym, podobnie jak poprzednio, nie tylko nie zorganizowano dostępnej dla wszystkich członków dyskusji, lecz wręcz zastosowano podobne do opisanych wyżej utrudnienia. A pytań i wątpliwości było wiele, bowiem przygotowany przez aparat władzy partyjnej program wyborczy był zbyt obszerny, przedstawiono w nim bardzo dużo pozbawionych konkretnego, cyfrowego ujęcia celów, nie omówiono spodziewanych ograniczeń i nie opisano choćby w zarysie propozycji uchwał sejmowych. Wprost trudno było wyobrazić sobie nie tylko uzyskanie zrozumienia zamierzeń SLD przez wyborców, lecz nawet tego, że będą oni mieli ochotę przeczytać tą pisaninę. W rezultacie, wkrótce po objęciu rządów przez wskazaną w imieniu partii ekipę, w opinii publicznej utrwaliło się przekonanie o niedotrzymaniu przez SLD obietnic, których nb. program nie zawierał, a jedynie wyborcy wyinterpretowali je sobie z pobieżnej lektury ogólnikowo sformułowanych zdań. Przypuszczalnie zresztą w większości, nie mając ochoty na studiowanie zbyt obszernego tekstu, opierano się na krótko sformułowanych, syntetycznych omówieniach prasy wrogiej lewicy. Partia bowiem ze swej strony nie zadbała o agitację polegającą nie na hasłach, lecz na krytycznej, rzeczowej analizie zamierzeń. Dodać trzeba zarazem, że lewica zajmująca sceptyczne wobec SLD stanowisko również nie zwróciła uwagi na wskazane, a widoczne również dla zewnętrznego obserwatora odstępstwa od zasad. Dowodzi to, że ta wynikająca z zaniku intelektu niewrażliwość na łamanie tych zasad była powszechna.

W ten sposób np. swoją opinię, iż zostali okłamani, przedstawiali emeryci [6]. Po prostu wspomniane ogólnikowo w programie zobowiązanie zadbania o byt emerytów odczytano jako zapowiedź znaczących podwyżek nb. niemożliwych do realizacji w aktualnym stanie finansów państwa. Co gorsza, nawet gdy już w warunkach sprawowania przez SLD władzy masowe protesty emerytów wskazały niedwuznacznie na istotę powstałego nieporozumienia, nie podjęto szerokiej akcji dyskusyjnej i uświadamiającej, lecz poprzestano na lakonicznym komunikacie mającym przekonać ogół o braku jakiegokolwiek zaniedbania ze strony władz partii. Podobne – zawinione przez wspomniany brak konkretów i lekceważenie obywateli – nieporozumienia ze strony innych grup (głównie dotyczące bezrobocia, służby zdrowia i budowy dróg) wynikały z pozostałych punktów programu i podobnie pozostały bez akcji wyjaśniającej opartej na cierpliwym i pełnym zrozumienia wsłuchiwaniu się w głosy prostych ludzi i odpowiedzialnego przyznania się do błędu.

To oparcie programu na ogólnikach (będących praktycznie frazesami), niegroźne, być może, dla bazującej na emocjach (uczucia patriotyczne, religijne, solidaryzm, podziwu dla autorytetu itp.) prawicy, dla związanej w sposób konieczny z realizmem spraw bytowych partii lewicowej okazało się sprawą zasadniczą, jak sądzę, powodującą utratę poparcia. Ujawniło się przy tym – fałszywe moim zdaniem – przekonanie aparatu władzy SLD o tym, że program ma przemawiać nie do intelektu, lecz winien działać na wyobraźnię wyborcy. Przypuszczalnie do takiego wyobrażenia nasi przywódcy w wyniku bezkrytycznego, naiwnego wnioskowania z sukcesów, które tego rodzaju nastawienie dało Solidarności, Janowi Pawłowi II, księdzu Rydzykowi itp. Niestety, zarazem, gdy wkrótce po wyborach stało się widoczne, iż nastąpiło wspomniane rozczarowanie programem wyborczym, nie podjęto próby określenia przyczyn powstania tego nieporozumienia. Mimo, iż coraz wyraźniej widać było, że społeczeństwo (w tym nawet znaczna ilość członków partii) jest zawiedzione wspomnianym niedotrzymaniem iluzorycznych obietnic, nie podjęto próby, która wymagałaby przyznania się do błędu i do otwartej dyskusji wewnątrzpartyjnej.

Tu, odstępując od porządku chronologicznego wspomnę, że nie poddany analizie błąd został powtórzony w kolejnych wyborach. Nawet nastąpiło powiększanie tekstu, który w roku 2011 osiągnął rozmiar sporej książeczki na dodatek wydanej w dziwacznego kształtu oprawie utrudniającej czytanie, co jeszcze bardziej uzasadnia wnioskowanie o tym, że program został sporządzony nie do tego, by uznanie wyborcy uzyskać w wyniku rozumnej lektury, lecz do tego, by „ładnie wyglądał” i budził podziw swoją objętością.

Następny incydent, który spowodował wyraźny (w przeciwieństwie do w.w. natychmiastowy) spadek poparcia (z ponad 50% do 41 %) został spowodowany przez prof. Belkę, który jeszcze przed wyborami zapowiedział zniesienie ulgi komunikacyjnej dla studentów. Wina osoby przewidzianej do pełnienia funkcji wicepremiera jest oczywista, jednak należy przypuszczać na podstawie porównania z podobnymi wpadkami polityków spoza lewicy (np. znane przypadki zmiany stanowiska premiera Tuska), że publiczne, krytyczne omawianie źle przez ogół obywateli przyjmowanych zamierzeń powoduje przynajmniej zmniejszenie spadku poparcia zwłaszcza, jeżeli postępowanie władz partyjnych pozwala zauważyć realność wpływu obywateli na decyzję. Otóż taki sposób reagowania jest niestety przez liderów SLD odrzucany, co wyraźnie wystąpiło w związku z kolejnymi incydentami takimi jak niezrozumiała dymisja ministra sprawiedliwości, pani Piwnik, zamieszanie związane z działalnością Ministra Zdrowia, wykryte korupcje i tzw. afera Rywina. We wszystkich tych zdarzeniach widoczne było lekceważenie opinii publicznej, przemilczanie krytyki i demonstrowanie pewności o niezachwianej własnej pozycji.

Kolejne zatem głośne wydarzenia, które mogły wpłynąć na utratę poparcia to: dymisja kierującej resortem sprawiedliwości pani Piwnik [7], „afera Rywina” [8], afery korupcyjne z udziałem członków elity partyjnej wraz z przedsięwziętą po nich farsą pomijające aparat partii weryfikacji członków i na koniec wplątanie Polski w interwencję USA w Iraku, przy tym spadek zaufania następował mimo niezaprzeczalnych sukcesów rządu, zwłaszcza sprawne zawiadywanie gospodarką [9] i przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Uderzał przy tym kontrast: sprawy były obficie opisywane i komentowane w prasie, partia zachowała absurdalny stoicki spokój wyrażający się powiedzeniem „nic się nie stało”. Nie przedsięwzięto próby dyskutowania ze społeczeństwem[10], któremu przedkładano obronną argumentację jako oczywistą wbrew niedających się zaprzeczyć wątpliwościom wymagającym przynajmniej przeprosin za spowodowanie sytuacji moralnie niejednoznacznej. Nie odbyła się też dyskusja ogólnopartyjna nad popełnionymi błędami, który to fakt obciąża zarówno kierownictwo, jak i ogół członków biernie i bezkrytycznie obserwujących stopniowy ubytek poparcia. Jedyna, spóźniona a zarazem pozbawiona sensu reakcja na popełnione błędy polegała na masowym (około 3/4 członków) występowaniu z partii[11]. W partii zaś obowiązywała i nadal obowiązuje absurdalna zasada, by w żadnym wypadku nie przyznawać się do błędu, nie dyskutować i nie przepraszać za pomyłkę. Po prostu aparat SLD-owski z fanatycznym uporem, nie bacząc na widoczną nieskuteczność tego, usiłuje wmówić sobie i innym, że aktualny wódz jest w każdej sytuacji nieomylny[12].

Opisane wydarzenia niestety nie zostały poddane analizie, poprzestaje się jedynie na bezkrytycznym przyjęciu za pewnik, że 1-o każda partia będąca u władzy traci poparcie, 2-o prawica jakoby włada mediami, wykorzystuje to prowadząc agresywną propagandę, co razem powoduje niezawinioną bezsilność lewicy, 3-o społeczeństwo polskie jest głupie, a w rezultacie – podatne na demagogię i prymitywną socjotechnikę, nie dociera do niego argumentacja rzeczowa, oparta na danych statystycznych i znajomości podstaw ekonomii, socjologii, politologii i kulturoznawstwa.

A przecież wystarczy chwila zastanowienia, by zauważyć, że słuszność tego wyobrażenia jest wątpliwa. I tak w wyborach 1997 roku, po czterech latach współrządzenia z PSL, poparcie dla socjaldemokracji wzrosło, a wynik wyborów w 2011 roku był dla PO niewiele gorszy niż na początku 1-szej kadencji jej władzy. Z kolei lewica w momentach swoich tryumfów dysponowała o wiele mniejszym udziałem w mediach, niż w chwilach upadku, a widoczne w zmianach poparcia cechy ludzi tworzących społeczność wspomnianych przyczyn zmian koniunktury nie tłumaczą, raczej im przeczą.

Poprzestanie więc na tak powierzchownym rozpatrzeniu zjawiska jest niedopuszczalne, prowadzi do błędnego rozpoznania sytuacji i fałszywych decyzji, i najwidoczniej stanowi jedną z przyczyn słabości lewicy, gdyż podobnie bezmyślnie i bezkrytycznie reagują na wydarzenia polityczne praktycznie wszyscy lewicowcy od słabo wykształconych do elity intelektualnej włącznie [11], co powoduje, że formacja nasza stała się bezsilnym, biernym obserwatorem takich zjawisk jak omawiany brak uznania przez społeczeństwo, słabość i rozbicie organizacyjne, nikły odbiór publikowanych treści itd. Należy więc podjąć próbę rozpoznania warunków – na początek tych, które spowodowały, że jednoczesne wystąpienie z jednaj strony trzech zdarzeń kompromitujących SLD, a z drugiej osiągnięcie przezeń sukcesów w polityce i gospodarce dało w sumie wynik niekorzystny, polegający najpierw na pogorszeniu wyników sondaży, a na koniec, w wyniku wyborów, na kompromitującym zmniejszeniu reprezentacji w parlamencie.

Zarazem jednak, na co już zwrócił uwagę Jerzy Wiatr, już w latach największego triumfu lewicy, ujawniały się patologie, które następnie wyraziły się w sekciarstwie i wodzostwie. Wszystkie bowiem marginesowe ugrupowania lewicowe od samego początku przejawiają skłonność do niezdrowej jedności poglądów, braku tolerancji dla drobnych nawet różnic, które z chwilą ujawnienia po prostu powodują utworzenie nowego stronnictwa niezdolnego do krytycznego rozpatrzenia swoich racji i i wyraźnie się odżegnującego się od dyskusji. Właśnie te tendencje podsycane niezdrowym zadowoleniem z początkowego powodzenia, oraz fakt, że prawica odsunęła najbardziej ją kompromitujące osoby i hasła, a zarazem okazała się mniej niż lewica wyobcowana ze społeczeństwa, spowodowały kolejne klęski wyborcze.

Tak więc, częściowe w wyborach 1993 i zdecydowane w 2001 roku powodzenie lewicy należy – moim zdaniem – przypisać w pierwszej kolejności stopniowym uświadamianiu sobie przez obywateli faktu, że szermowanie przez działaczy Solidarności hasłami sprawiedliwości społecznej („socjalizm tak, wypaczenia nie”, obietnice powszechnego dobrobytu, poszanowanie i uznanie praw każdego człowieka itp.) było w większości przypadków wybiegiem zastosowanym dla wprowadzenia prywatyzacji oraz wolnej i nieograniczonej konkurencji w zdobywaniu dóbr. Charakterystyczne jest, że ten proces trzeźwienia zauroczonego mirażami w rodzaju „drugiej Japonii” społeczeństwa przebiegał samoczynnie, bez widocznego wkładu informacyjnego i organizacyjnego partii lewicowych, co już wtedy powinno było być odebrane jako sygnał ostrzegawczy. Powodzenie lewica zawdzięczała nie własnej inicjatywie, lecz błędom przeciwników.

Innym istotnym faktem było, że niewątpliwe sukcesy gospodarcze osiągnięte w latach 1993 do 1997 nie zostały należycie wykorzystane, jak to stwierdzili m. in. Józef Kaleta („Do porażki SLD przyczyniły się też: – totalna krytyka … na którą władze SLD … rzadko reagowały” – „Dziś” 1’98 s. 34), oraz Mieczysław F. Rakowski (” … kampania wyborcza [1997] prowadzona była ospale. Zbyt zawierzono wskaźnikom gospodarczym …” – „Dziś” 12’98 s. 23). Właśnie przez brak porozumienia między rządem i ogółem obywateli, gdy nachalna krytyka rzeczywistych i wyimaginowanych błędów nie znajdowała należytego przeciwdziałania, wybory zamykające ten okres dały wzrost poparcia jedynie z 20,4% do 27,1% głosów oddanych przez wyborców. Szczególnie przy tym rażący był brak widocznych, skierowanych na uzyskanie zrozumienia polityki utworzonego przez socjaldemokrację rządu, prób zaktywizowania ogółu członków partii socjaldemokratycznej wówczas istniejącej pod nazwą SdRP. Już wtedy dało się zauważyć postrzeganie partii jako mało znaczącego dodatku do aparatu zarządzającego organizacją. W kołach członkowskich zamiast krytycznej dyskusji nad kształtowaniem relacji władzy ze społeczeństwem uprawiano pod dyktando partyjnych przywódców prymitywną apologetykę tych stosunków i upowszechniała się praktyka ograniczania aktywności do kwestii lokalnych. Sprawy dotyczące zarządzania państwem i partią wyraźnie zostały zarezerwowane do wyłącznego decydowania przez aparat, poza kontrolą całej organizacji.

Nastąpiło więc, co uważam za drugi ważny czynnik osłabiający, całkowite pominięcie działania podstawowych komórek partyjnych. Obserwując aktualny stan, jestem przekonany, że nie jest to przypadkowe zapomnienie, lecz już wówczas aparat świadomie i celowo dążył do podporządkowania sobie członków jako posłusznych i biernych wykonawców poleceń. Jakoż stan ten osiągnięto, co zresztą było możliwe jedynie w warunkach bierności i martwocie intelektu całej lewicy, w której nikt nie zdobył się na dokonanie rzeczowej analizy wydarzeń. Jeśli bowiem nawet odzywały się głosy krytyczne (np. Rakowski, Kaleta, Cimoszewicz, Ilnicki, Szyszkowska i wielu innych), to albo były to enigmatyczne wzmianki o „wodzostwie”, albo grzmiąca a zarazem słabo i naiwnie uzasadniana krytyka poszczególnych epizodycznych w swej istocie zdarzeń (np. wplątanie kraju w awanturę iracką, flirt z biskupami itp.). We wszystkich bardziej szczegółowych wypowiedziach uporczywie pomijano widoczny fakt, że krytykowane decyzje były podejmowane jednoosobowo lub z udziałem jedynie szczupłego grona zaufanych członków aparatu czyli po prostu kliki.

W wyniku, zwykły członek, jeśli w ogóle na zebranie przychodzi, poprzestaje na wysłuchaniu informacji o wydarzeniach na szczeblu gminy lub miasta i ew. bierze udział w kłótni dotyczącej jakiś lokalnych sporów z reguły dotyczących kto, kogo i jak usiłuje w tym ograniczonym światku urządzić. Nie ma mowy o będącym sensem partyjności czynnym kształtowaniu polityki państwa t. j. o analizowaniu decyzji centrum partyjnego, czy o samokształceniu. Trudno więc dziwić się temu, że członkowie nie traktują poważnie obowiązku obecności na zebraniach, a wielu po prostu odeszło nie chcąc tracić czasu na próżno.

Przypisy:

[1] Przykład próby diagnozy bez dokonania analizy, bez sięgania w przeszłość, stanowi (http://nowe-peryferie.pl/index.php/2012/02/mencwel-odwagi) artykuł Jana Mencwela pt. „Odwagi!”,. Wniosek, iż próba ta jest nieudana, oraz że tak samo należy ocenić wszystkie podobne artykuły, jest dla mnie tak oczywisty, że pomijam jego uzasadnienie.

[2] Przez lewicowe pojmowania porządku społecznego rozumiem demokratyzm, równanie szans, wspólnotowość, solidaryzm, uznanie priorytetu ekonomicznie pojmowanych warunków bytowych z jednoczesnym zdrowym, umiarkowanym sceptycyzmem wobec argumentacji odwołującej się do uwarunkowanych emocjonalnie: obyczaju, patriotyzmu, religii i podporządkowania się autorytetowi. Zaprzeczeniem tego poglądu jest prawicowość, której przypisuję odwrotne uporządkowanie priorytetów. Należy zwrócić uwagę na to, że poglądy wymienione jako cechujące lewicę dają się wyprowadzić z czysto racjonalnych pobudek, natomiast ideowe podstawy prawicowości bazują na emocjach. Zarazem, ponieważ zarówno zdolność chłodnej kalkulacji jak i sfera emocji nierozłącznie stanowią ludzką psychikę, możliwa jest tylko przewaga jednego z tych dwu czynników. A dotyczy to nie tylko działania pojedyńczego człowieka, co interesuje jedynie psychologa, lecz także ma wpływ na tworzenie doktryny mającej te działania uzasadnić, co jest tematem niniejszych politologicznych rozważań.

[3] Twierdzenie, że poparcie „Solidarności” i obecnie PiS nie jest wywołane odwróceniem się społeczeństwa polskiego od przekonań lewicowych opieram na tym, że organizacje te swoją popularność w większości zawdzięczają głoszeniu postulatów roszczeniowych, będących demagogicznie podrobioną wersją podobnych żądań wynikających z ideowych założeń lewicy.

[4] Moja skierowana do władz partyjnych pisemna prośba o ujawnienie tych danych pozostała bez odpowiedzi, na zebraniach partyjnych nikogo ta kwestia nie zainteresowała, a w trakcie Kongresu, wg posiadanych przeze mnie informacji, nikt z delegatów tego tematu nie poruszył.

[5] Część zgłoszonych przeze mnie [http://stachglabinski.pomorskie.pl/sld0.html#0] (a prawdopodobnie także przez wielu innych dyskutantów) propozycji uzupełnień tekstu Statutu zostały z niewielkimi zmianami uwzględnione, jednak decyzję w tej sprawie podjęto w bardzo szczupłym i nieujawnionym ogółowi członków gronie przy braku jakichkolwiek wyjaśnień dostępnych ogółowi zainteresowanych sprawą.

[6] Np. wzmianka o zarzutach emerytów w końcowym fragmencie relacji ze spotkania z prezydentem Kwaśniewskim (http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty/opinie.html#1) zatytułowanej „Dyskusja a demokracja”.

[7] Barbara Piwnik 19 października 2001 została powołana na urząd ministra sprawiedliwości i po zaledwie 8 miesiącach, 6 lipca 2002, bez podania przyczyn tej decyzji (np. „Dziś” 8’2002 komentarz redakcyjny na str. 4), zdjęta przez L. Millera z tego stanowiska. Jak podała prasa, objęcie urzędu przez panią Piwnik spowodowało przerwę przynajmniej w jednej prowadzonej przez nią rozprawie sądowej dotyczącej poważnej afery, co w dalszej kolejności doprowadziło do przedawnienia sprawy i uwolnienia oskarżonego (oskarżonych?). Powstało opublikowane w prasie podejrzenie, że ze strony LM było to działanie celowe na korzyść domniemanego przestępcy. Ani sam premier, ani SLD nie tylko nic nie uczynili, by przeciwstawić się temu posądzeniu, lecz w dalszych aferach (np. tzw. afera Rywina), w które się uwikłano, nie brano pod uwagę postępującej utraty zaufania powodowanego przez sumowanie podobnych, powodowanych przez brak reakcji, negatywnych wyobrażeń.

[8] Biznesmen Lew Rywin, powołując się na upoważnienie premiera L. Millera, zaoferował za znaczną sumę pieniędzy redagującemu Gazetę Wyborczą Adamowi Michnikowi korzystną zmianę przepisów, zaś LM zawiadomiony o sprawie nie podjął działania mogącego oczyścić go z podejrzenia o udział, co automatycznie uczyniło go podejrzanym o łapówkarstwo, gdy po pół roku sprawa został ujawniona przez prasę. Nie zdobył się nawet na przeproszenie obywateli. Tu należy przypomnieć, że premier Tusk kilkakrotnie publicznie powiedział „przepraszam”, który to fakt jest zapewne jedną z przyczyn tego, że w przeciwieństwie do SLD spadek poparcia dla PO po pierwszej kadencji Sejmu był niewielki.

[9] Weryfikacja, jeśli chodzi o jej wpływ na opinię publiczną, okazała się kompletnym fiaskiem m. in. dlatego, że prowadzono ją niejawnie z pominięciem opisanych w pp. 7 i 8 faktów obciążających L. Millera. Przede wszystkim zaś należało przywrócić warunkujące demokrację jawność i oddolną kontrolę działania władz partyjnych, które stanowią jedyną skuteczną zaporę przeciw powstawaniu wszelkich patologii w jakiejkolwiek organizacji.

[10] Brak prób porozumienia się ze społeczeństwem ponad głowami polityków i niezależnie od mediów. Np. Miller z okazji 100 dni swojego pełnienia funkcji premiera zadeklarował, że będzie corocznie składał sprawozdanie z działalności rządu. Jednak, gdy takie wystąpienie na forum sejmowym zostało w 2001 roku skutecznie przez opozycję i sprzyjającą jej prasę zagłuszone innymi doniesieniami i zignorowane, nie tyko nie podjęto próby dotarcia z nim do opinii publicznej bezpośrednio choćby wykorzystując Internet, lecz w ogóle zaniechano tej działalności pozostawiając wolne pole propagandzie prawicowej. Podobnie nie został wykorzystany raport o szkodach jakie poniosła gospodarka polska w wyniku rządów AWS-u. Nic nie uczyniono, by ten dobrze opracowany tekst stał się znany szerokiej publiczności, która miała dostęp głównie do niego przez zniekształcające treść komentarze opozycji. Szczególnie w obu wskazanych przykładach razi brak wykorzystania szeregów partyjnych do upublicznienia poruszanych spraw. W czasie, gdy w opanowanej przez prawicę prasie masowo pojawiały się artykuły „objaśniające” wspomniane teksty bez podawania ich treści, biuletyny i strona internetowa SLD publikowała wyłącznie schematyczne informacja o zebraniach i uchwałach dotyczących spraw drugorzędnych. Zaniedbano działalność informacyjną pozostawiając ją rzecznikowi prasowemu, na którą to funkcję desygnowano za każdą zmianą osobę pozbawioną inwencji, wykonującą swe obowiązki mechanicznie.
Nie jest to zresztą moje odkrycie. Zjawisko było znane i nieraz usiłowano zwrócić na ten błąd uwagę. Np. w październiku 2006 roku w „Dziś” Mieczysław F. Rakowski napisał w „Okruchach Dziennika” na stronie 18: „… rok po oszałamiającym sukcesie wyborczym SLD, gdy dostrzegłem, że ówczesna ekipa kierownicza skręca w złym kierunku, opublikowałem co najmniej kilkanaście krytycznych artykułów i komentarzy, ale efekt był zerowy.” Aparat kierowniczy SLD niezmiennie stosuje politykę niedopuszczania do opublikowania jakichkolwiek uwag krytycznych względem siebie, a te opinie, których ujawnieniu zapobiec nie jest w stanie, przemilcza.
Podobnie Eugeniusz Kurzawa z Zielonej Góry w liście opublikowanym na „forum czytelników” („Dziś” 2001’5) napisał, że „w SLD lekceważymy działalność informacyjną”.

[11] Przykładem uzasadniającym ten surowy osąd jest zanotowana w „Forum Klubowe” „DZIŚ” 4/05 s. 94 rozmowa z prof. Marią Szyszkowską, która zarówno wstąpienie do partii, jak i wyjście z niej motywowała tam jedynie swą opinią o przywódcy, a pomija fakt, że sama, jako członek partii nie przeciwdziałała złym zjawiskom akceptując bezwzględne prawo decydowania o wszystkim liderowi.

[12] Nigdy nie zdarzyło się, by ujawniona została jakakolwiek opinia krytyczna wobec Millera czy Napieralskiego w czasie sprawowania funkcji przewodniczącego. Charakterystyczne jest, że nawet po zmianie obsady władz partyjnych osąd poprzedników najczęściej ograniczał się do bezosobowych wzmianek, iż popełnione zostały błędy. Redagujący biuletyny nazwiska podają z reguły tylko, gdy sprawa dotyczy wykluczenia z partii osób niewygodnych dla aktualnej władzy. Te zabiegi mające na celu wytworzenie opinii o SLD jako monolitu skupionego wokół wodza są w sposób oczywisty naiwne, i jak sądzę, przyczyniają się do pogłębienia braku zaufania.

Gdańsk 2015-11-03

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polemiki i dyskusje, Teksty nadesłane. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „W KWESTII SŁABOŚCI LEWICY W POLSCE I NIE TYLKO

  1. Bartek pisze:

    Jeśli poza parlamentem będzie postępować dalsza marginalizacja SLD to jego sukcesorem stanie się „Razem”, ugrzeczniona, systemowa socjaldemokracja, która nie ma na swoim koncie pierworodnego grzechu postkomunistycznego pochodzenia. „Razem” będzie stać na straży ustroju kapitalistycznego zabezpieczając go od „lewej” strony.
    SLD sam wykopał sobie grób. W 1993 roku wyborcy SLD oczekiwali zmiany kursu wewnętrznego. Po kilku latach „transformacji” (czytaj kontrrewolucji) podziękowano solidaruchom. Co zrobił SLD? Kontynuował kurs solidaruchów. Korekty miały kosmetyczny charakter i mieściły się w ramach poprzedniego kursu. Tak SLD zaczął kopać sobie grób.
    W SLD myśleli, że jak będą się pokornie wlec za solidaruchami to i dla nich znajdzie się miejsce na scenie politycznej. Kurs na UE i NATO? Proszę bardzo. Robimy dobrze kapitałowi zagranicznemu, polskim „przedsiębiorcom”, kościołowi katolickiemu? Nie ma sprawy. Jak będziemy grzeczni to dadzą nam żyć i my też załapiemy się na koryto. Przejechali się na tym, bo udało im się zniechęcić nawet najbardziej wyrozumiały żelazny elektorat. Solennie zasłużyli sobie na kopniaka poza parlament. Długo na to pracowali. Wleczenie się za solidaruchami, które miało być metodą na przetrwanie okazało się niezawodną drogą do samolikwidacji.

  2. Jaro_747 pisze:

    Zajrzałem tu kompletnie przypadkowo i zacząłem czytać pierwszy z brzegu artykuł.
    Zachwycił mnie piękny język, oraz warsztatowa sprawność autora/autorów. Ale po kilku przeczytanych akapitach wielopiętrowo zbudowane, długie zdania zrobiły się męczące, a zasadnicze przesłanie zniknęło całkowicie.

    Po co i dla kogo to jest pisane???
    Kto dotrwa do końca tego barokowego tekstu?
    Czy umieszczanie tak formalnie i merytorycznie rozpasanych tekstów pod szyldem „Dyktatura Proletariatu” nie jest świadectwem totalnego oderwania od rzeczywistości?

  3. piotr pisze:

    @Jaro_747

    Jeśli rzeczywistością dla Ciebie jest pokolenie gimnazjalistów (lub absolwentów tychże szacownych instytucji), którzy – i jest to prawda – mają kłopoty nie tylko z czytaniem ze zrozumieniem, ale także z czytaniem jako takim (wiem to jako osoba ucząca na wszystkich poziomach edukacji i mająca doświadczenie z tymże pokoleniem) – to masz pełną rację, że DP jest oderwana od rzeczywistości. Nie będziemy robić konkurencji Pudelkowi, YouTube czy ESKA.tv – mają one prawo być i działać.
    Nasze oderwanie od rzeczywistości zakłada jednak, że pokolenie gimnazjalne nie stanowi uniwersum populacji, oraz to, że szanujemy kompetencje intelektualne osób zainteresowanych treściami wokół tematyki dyktatury proletariatu i klasowego (czyli w sumie jedynego prawdziwego) marksizmu.

  4. EB pisze:

    Żyjemy w bardzo ciekawej epoce końca polszczyzny jako języka fleksyjnego – podobno to jest naturalna ewolucja. Angielski też był niegdyś językiem fleksyjnym; pozostały w nim przeżytki minionej świetności…
    Początek transformacji dał też początek zmianom w mowie: składnia zaczęła się zmieniać, ponieważ w tempie astronomicznym zaczęto tłumaczyć różne „instrukcje” życia społecznego z angielskiego. Obce wpływy istnieją w każdym żywym języku, ale dotychczas było nieco więcej czasu, aby „oswoić” różne neologizmy czy „nowotwory” językowe, włączyć je i podporządkować istniejącym regułom. Obecna ewolucja przeszła z ilości w jakość.
    Z zachowaniem proporcji – poezja Kochanowskiego też może się wydawać nieznośna po kilku wersach budzących zachwyt.
    Język, którym my się posługujemy, nie jest wymyślny ani barokowy, jest normalny – naszą minioną normalnością.
    W naszym języku (jak w łacinie) można odszukać wątek myśli dzięki rozbiorowi gramatycznemu – orzeczenie pasować musi do podmiotu, przypadki określają relacje między wyrazami. Dziś nadużywa się strony biernej (wpływ angielskiego!), dzięki czemu traci się umiejętność operowania orzeczeniem (zamiast odpowiadać podmiotowi rodzajem i liczbą, zastępowane jest orzeczeniem stosownym dla rodzaju nijakiego). Konia z rzędem temu, kto potrafi poprawnie odmieniać przez przypadki liczebniki…
    Dla mnie czytanie współczesnych tekstów stanowi nie mniejszą mękę niż czytanie naszych tekstów naszemu krytykowi – nic się nie zgadza ani rodzajem, ani przypadkiem…
    Zapewne rekompensować to będziemy nadmiarem idiomów, ponieważ tracimy umiejętność tworzenia z wymiennych cegiełek mowy nowych, ale zrozumiałych, konstrukcji – będziemy posługiwali się zbitkami, które zwyczajowo (choć nie gramatycznie) coś znaczą.
    Piękno języka polega na jego funkcjonalności, a ta jest bardzo elastyczna. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że język także odbija w sobie zmiany świadomościowe społeczeństwa. Nie wszystkie muszą nam się podobać.
    Język też może stanowić bastion oporu…

  5. Przeoczyłem polemikę B i B z moim artykułem i w wyniku odpowiadam z dużym opóźnieniem, za co przepraszam. Obawiam się, że obydwoje Autorstwo nie zrozumieli mojej myśli. Starałem się pokazać, jakie błędy popełniła lewica polska, taka jaką ona jest. Bo racjonalnie pisać można tylko o świecie rzeczywistym, w którym nie istnieją w idealnej postaci – ani partie, ani programy, klasy, społeczności itd. Każdy lewicowiec stara się swoją wizję porządku społecznego przedstawić ludziom i przekonać ich do niej, przy tym – jak to Marks spostrzegł – wizja ma być dostosowana do społeczeństwa, a nie odwrotnie (nadbudowa dostosowana do bazy). Zarazem to dostosowanie możliwe jest jedynie w wyniku dialogu ze społeczeństwem, dialog zaś istnieje tylko wtedy, gdy nie ma „nauczania ciemnych ludzi”, lecz jest wzajemne uczenie się od siebie. Dialog, to przede wszystkim słuchanie i przemyślenie tego, co mówi druga strona. Tylko w takim układzie możliwe jest, że nasz program zostanie zrozumiany i zaakceptowany. A zapoznanie tego podstawowego składnika demokratyzmu powoduje utratę zaufania i wyobcowanie, czego doświadcza nie tylko SLD, lecz wszystkie ugrupowania lewicowe łącznie z dwuosobowym tandemem B i B.
    Gdyby było tak, jak twierdzi BB, że „pierwszym warunkiem dla znalezienia recepty na wyjście lewicy z bezradności politycznej jest zdanie sobie sprawy z rzeczywistych bolączek społecznych doby kapitalizmu”, nie mielibyśmy kryzysu lewicy, gdyż ugrupowań wskazujących te bolączki mamy sporo tyle, że nie są one akceptowane przez społeczeństwo, a dlaczego tak się dzieje, można wyjaśnić tylko analizując fakty, co właśnie próbowałem wykonać w swoim artykule.
    Nie jest też prawdą, że uważam SLD za jakąś lepszą lewicę niż np. anarchistów albo komunistów. Po prostu tamte odłamy są tak dalece wyobcowane ze społeczeństwa, że praktycznie nie istnieją. Nieistniejący byt nie stwarza faktów, a tylko te mogą stanowić materiał do diagnozowania rzeczywistości. Jedynym zaś dotyczącym szczątkowych grupek lewicowych faktem jest ich niezdolność do dialogu zarówno zresztą ze społeczeństwem jak i z podobnymi sobie, a analiza faktów dotyczących jedynej jeszcze realnie (aczkolwiek szczątkowo) istniejącej SLD wskazuje, że właśnie ta prowadząca owo SLD do niebytu niezdolność do dialogu jest jedną z przyczyn ogólnej klęski.
    Dodam jeszcze, że marazm intelektualny (nie zaś polityczny!) odgrywa tu też istotną rolę, co – choć tego nie akcentowałem – także wynika z przeprowadzonej przeze mnie analizy faktów.

  6. E.B. pisze:

    MISSION IMPOSSIBLE

    Niezrozumienie oponenta możemy wzajemnie zarzucić Stachowi. Jeżeli mówimy o analizie „bolączek” związanych z kapitalizmem, to mamy na myśli dysfunkcje tego systemu włącznie z kryzysem strukturalnym, włącznie z krytyką prywatnej własności środków produkcji, a nie zamienianie kwestii społecznych na kwestie swobód obywatelskich i demokratycznych praw różnorodnych mniejszości kulturowych i obyczajowych. Lewica burżuazyjna, reprezentowana przez SLD, przyjmuje tę zamianę jako rzecz najoczywistszą z oczywistych i w ogóle nie rozumie problemu. Podobnie, jak Stach Głąbiński.

    SLD wpisuje się w kapitalistyczną grę pozorów. Polega ona na tym, że przyjmuje się system kapitalistyczny jako stan naturalny (inaczej jest się etykietkowanym jako człowiek oderwany od rzeczywistości). Ponieważ jednak nastroje społeczne bywają bardziej radykalne niż najbardziej lewicowa lewica koncesjonowana, komitet zarządzający interesami klasowymi burżuazji, chroniony z lewej flanki przez ww. lewicę koncesjonowaną, tworzy pozór zasadniczej walki politycznej między „demokratyczną” partią prokapitalistyczną (PO) a równie prokapitalistyczną, „republikańską” partią populistyczną, powołującą się na wartości konserwatywne (PiS). W zależności od aktualnego stadium cyklu koniunkturalnego kapitalizmu, przewagę uzyskuje ta lub druga partia. Dynamiczna równowaga między nimi skutecznie kanalizuje sprzeciw społeczny w ślepy zaułek – a to zagrożenia wartości narodowych, a to zagrożenia wartości demokratycznych.

    Lewica, której walory zachwala (skądinąd na zasadzie „z braku laku…”) Stach Głąbiński, swoje przekonanie o własnej lewicowości i samoistnym systemie wartości czerpie z faktu, że opowiada się po stronie prokapitalistycznej, acz obliczonej na funkcjonowanie w okresie prosperity. Samodzielność lewicowa SLD (jak i innych partii socjaldemokratycznych) polega na tym, że domaga się takich standardów demokracji, jakie odpowiadają takiemu właśnie etapowi kapitalizmu. A w rzeczywistości etap mamy zupełnie inny. I to ma być kontakt z rzeczywistością, w opozycji do naszego od niej oderwania! Nie przyjmowanie do wiadomości aktualnej sytuacji kapitalizmu jako wyznacznik realizmu i pragmatyzmu!

    Jeśli praktyka jest probierzem wartości koncepcji, na której się opiera, to kondycja SLD jest najlepszym argumentem przeciwko tezie o kontakcie tej partii z rzeczywistością. Trudno przytoczyć lepszy.

    Lewica już od dziesięcioleci ewoluuje zgodnie z tym schematem intelektualnym. W konsekwencji, część jej członków przekonuje się do wartości narodowych (ze względu na ich powinowactwo do prostackiego podejścia do konfliktu klasowego), a część – do wartości demokracji burżuazyjnej jako do wartości samej w sobie, bez żadnego odniesienia do walki społecznej.

    Dzięki zerwaniu ciągłości tradycji komunistycznej przez stalinizm, ten proces rozkładu formacji lewicowej nie rzuca się jasno w oczy. Nie istnieje bowiem punkt odniesienia, który rysowałby samodzielną, lewicową i antykapitalistyczną alternatywę. Najbardziej widoczna jest ta narracja, która odwołuje się do „realizmu” stalinowskiego – jedynym realnym spełnieniem socjalizmu, był socjalizm PRL.

    Nie sposób oczekiwać od SLD, aby potrafiła rozwikłać tę kwestię. Przyjmując „realizm” poststalinowski za dobrą monetę, nie może go wpisać w program ze względu na odium totalitaryzmu. Odrzucenie tego „realizmu” na rzecz „utopii” byłoby sprzeczne z fetyszem pragmatyzmu i realizmu, który jest bożkiem tej formacji.

    Wśród członków lewicy typu SLD panuje opinia, że niezbędna jest jakakolwiek (nawet niedoskonała) lewica, albowiem bez niej zagrożenie dla swobód demokratycznych byłoby dużo większe. Aksjomat mający uzasadnić niezbędność lewicy typu SLD na scenie politycznej głosi z grubsza to, że demokratyczna prawica („prawie lewica”) jak PO nie potrafi konsekwentnie oprzeć się prawicy niedemokratycznej typu PiS. PO jest zwyczajnie niekonsekwentna programowo i zachowuje się pragmatycznie, bezideowo. Inne partie, w tym PiS, mogą wysysać jej członków na zasadzie bliskości ideowej, chwilowo zatraconej ze względu na partykularyzm organizacyjny i oportunizm podyktowany względami taktycznymi. SLD postrzega samo siebie jako partię „niezłomnych”, którzy nie zintegrują się z odrzucającą „postkomunę” prawicą. Stąd wymuszony radykalizm demokratyczny lewicy SLD-owskiej. Ma on charakter pragmatyczny, a jakże!

    Problem w tym, że klasie panującej w obecnym systemie nie zależy na demokracji, ale na jej pozorach, i bynajmniej nie po to, aby trzymać w ryzach właścicieli środków produkcji. Wręcz przeciwnie, należy im ułatwić życie. Co gorliwie przyjmuje SLD.

    Prokapitalistyczne siły demokratyczne pokazały swą zdolność mobilizacyjną, więc SLD może być, co najwyżej, „przydupasem”, a nie samodzielną formacją ideową. Co więcej, w złożonej grze pozorów SLD opowiada się po stronie sił, które zdecydowanie przeciwstawiają się tym grupom społecznym, które stanowią tradycyjną bazę lewicy. Ta baza jest zawłaszczana przez PiS. SLD woli opierać się na tej samej „klasie średniej”, co PO, zostawiając poza swoim zainteresowaniem te grupy społeczne, które poparły PiS ze względu na rozczarowanie transformacją. Krytyka PiS ze strony SLD nie odwołuje się do argumentów mających ewentualnie na celu odzyskanie owych grup spod wpływu populistów. Staje wyraźnie po przeciwnej stronie barykady, w jednym szeregu z aktorami politycznymi jednoznacznie postrzeganymi jako winni „błędów i wypaczeń” transformacji.

    Jedyną szansą lewicy byłoby pokazanie swej odrębności od obu stron jednego, prokapitalistycznego medalu. Niestety, droga wiodłaby przez obszary niebezpiecznie zbaczające ku „komunistycznemu totalitaryzmowi”. W związku z tym, lewica koncesjonowana jest skazana na zagładę, ewentualnie na zlanie się w jedno z prokapitalistyczną prawicą zorientowaną na demokrację burżuazyjną. Mit, jakoby bez SLD zabrakłoby reprezentacji lewicy na arenie politycznej Polski, jest tylko mitem: SLD może co najwyżej reprezentować brak alternatywy wobec prawicy prokapitalistycznej i prodemokratycznej. Jako twór pozbawiony kręgosłupa ideologicznego, nie stanowi samodzielnej siły. W tej postaci, nie odpowiadając na wyzwania stojące przed lewicą, SLD jest skazane na wymarcie niczym dinozaury. Nie posiada ani odrębnego programu politycznego, ani odrębnej grupy społecznej, o którą mogłaby rywalizować. Z czym więc do gości?

    Nie wchodzi w grę jedyna strategia, która mogłaby przynieść SLD upodmiotowienie – zaatakowanie obu stron konfliktu z lewej flanki. Jak przebić hasła demokratyczne z jednej strony, i populistyczne – z drugiej?

    Zadanie to jest dla lewicy typu SLD czymś w rodzaju mission impossible. W związku z tym, w łeb bierze całe puste bajanie o „realizmie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *