ERRARE HUMANUM EST

warufakis-dalej-2015Janis Warufakis, dzięki swej nietypowej, co przyznać należy, postawie w okresie, kiedy wchodził w skład rządu Grecji, i wkrótce potem, kiedy odsłonił zdębiałej publiczności kulisy negocjacji z szacownym gronem mafijnych decydentów unijnych, zyskał sporo na popularności i na autorytecie. Szczególnie sympatyczna jest cechująca jego wypowiedzi bezpośredniość i stronienie od owijania ich w tony bawełny. Z tym większą ciekawością można sięgnąć po najnowszy numer „Dalej!”, w którym pojawia się artykuł Warufakisa pod znamiennym tytułem „Jak zostałem eratycznym marksistą” (btw: chyba powinno być „erratycznym”, jeśli etymologię słowa wyprowadzić od łacińskiego „errare”, czyli „błądzić”, co znamionuje Warufakisową drogę refleksji nad marksizmem).

Ale są też w rozważaniach Warufakisa fragmenty warte polecenia różnym interpretatorom marksizmu, którzy niekoniecznie chwytają o co w marksizmie chodzi. Zasadniczą wartością interpretacji Warufakisa jest bowiem zrozumienie tego, co tak trudno przychodzi wielu czytelnikom Marksa, a mianowicie, że praca (i tylko praca) jest źródłem wartości. Na tym jednak (jakże ważnym punkcie) kończy się nasza zgoda z Warufakisem.

Warufakis opiera swoją interpretację tej koncepcji – mało oryginalnie – na tradycyjnym przeciwstawieniu sobie „młodego” i „starego” Marksa. Robi to jednak dość oryginalnie i z właściwym sobie wdziękiem, który to wdzięk zaskarbił mu miano greckiego Alaina Delona.

I tak Warufakis pisze: „Każda niemarksistowska teoria ekonomiczna, która traktuje ludzki i nieludzki wkład do produkcji jako wymienny, bazuje na przekonaniu, że nastąpiła dehumanizacja ludzkiej pracy. Jednak wraz z całkowitym odczłowieczeniem ludzkiej pracy następuje kres kapitalizmu jako systemu wytwarzania i podziału wartości. Początkowo społeczeństwo odczłowieczonych automatów przypomina mechaniczny zegar pełen śrub i wskazówek, z których wszystkie mają swoją funkcję i wspólnie wytwarzają jedno ‚dobro’: pobór czasu. Jeżeli jednak w społeczeństwie nie istnieje nic poza automatami, to pobieranie czasu nie jest ‚dobrem’. Jest ono co prawda produktem, ale dlaczego miałoby być ‚dobrem’? Bez prawdziwych ludzi, którzy przeżywają funkcje zegara, nie istnieje ani ‚dobre’, ani ‚złe’. Jeżeli kapitalizmowi uda się skwantyfikować pracę i w efekcie całkowicie ją utowarowić, co jest jego nieustannym celem, to w efekcie usunie z pracy tę nieokreśloną widmową wolność, umożliwiającą wytwarzanie wartości.”

Dla niewtajemniczonego brzmi to bardzo skomplikowanie, jednak istota myśli Warufakisa jest dość nieskomplikowana. Jednocześnie twierdzimy, że Warufakis fałszywie rozumie myśl Marksa, a jego młodomarksowska interpretacja jest dodatkowo podlana jakimś personalistycznym sosem, obcym młodemu Marksowi, ale zapewne już nieobcym neomarksistowskim pogrobowcom.
To, że idziemy prawdziwym tropem interpretacji myśli samego Warufakisa zdaje się potwierdzać ta część jego artykułu, w którym formułuje on już konkretne zarzuty wobec samego Marksa. Zarzuty te wypływają z takiego właśnie rozumienia krytyki kapitalizmu przez Marksa, z jakim mamy do czynienia w analizowanym artykule.
Wracając do zacytowanego fragmentu, zauważmy znamienny brak rozróżnienia między bezpośrednimi producentami a kapitalistami. W społeczeństwie kapitalistycznym nie mamy do czynienia z sytuacją, w której nie istniałoby nic poza automatami. Do pozycji automatów-robotów są sprowadzeni robotnicy, nie zaś kapitaliści. Dla tych ostatnich istnieją „dobra” niezależnie od tego, jak bardzo sprowadzeni do roli rzeczy są dostawcy owych dóbr. Natomiast faktem jest, że wedle Marksa, w sytuacji pełnej automatyzacji procesu produkcji nie będzie powstawała wartość dodatkowa. Nie ma w tym nic tajemniczego ani mistycznego, jak to przedstawia Warufakis. Wynika to z faktu, że w sytuacji pełnej automatyzacji (robotyzacji) każdy element procesu produkcji jest opłacony w pełni przez swego dostawcę-innego-kapitalistę. Żaden kapitalista nie może bowiem osiągnąć zysku kosztem wyłącznie swoich kolegów-kapitalistów, podnosząc cenę ponad jej aktualny poziom rynkowy. Albowiem inni zrobiliby to samo i zysk znowu by znikł. Warufakis potwierdza jedynie tezę Marksa, że wyłącznie praca robotnika wytwarza wartość dodatkową, która jest warunkiem osiągnięcia zysku na rynku, ponieważ zmaterializowana w zysku wartość dodatkowa nie wywołuje reakcji pozostałych kapitalistów. Jednym słowem, kapitaliści godzą swoje konkurencyjne interesy wyrażane na rynku kosztem wyzysku robotników.
Na tym polega możliwość osiągania wartości oraz zysku, nie zaś na filozoficznie wrzuconym w rozumowanie pojęciu wolności. Chyba że poprzez pojęcie wolności rozumieć będziemy bardzo konkretną sytuację, w której każdy robotnik musi w jakiejś części swej istoty nie podlegać systemowi kapitalistycznemu, stanowić jakieś miniaturowe „otoczenie niekapitalistyczne”, które może z zewnątrz dostarczać paliwa kapitalizmowi. Kwestia ta jest równie jasna jak to, że nie istnieje zasada perpetuum mobile i tej zasadzie podlega także kapitalizm. Dopóki mamy do czynienia z żywym człowiekiem, którego siła robocza (tylko jego siła robocza) została utowarowiona, wytwarzanie wartości dodatkowej jest możliwe. W chwili, kiedy mamy do czynienia z robotem, nie ma w jego sytuacji takiego miniaturowego otoczenia niekapitalistycznego, ponieważ jest on całkowicie wytworem kapitalistycznego sposobu produkcji i każda jego część składowa została opłacona i zdążyła już przynieść zysk odpowiedniemu kapitaliście.
Nie „wolność” rozumiana jako coś niezależnego od człowieka, ale konkretna, realna kondycja społeczna robotnika, która „wolność” zdefiniowała jako przynależność do przedkapitalistycznego sposobu produkcji, jako coś, co przynosi zysk w miarę niszczenia tego, jego zużywania. Czyli – w miarę niszczenia i zużywania konkretnych bezpośrednich producentów.
Posługując się hipostazami pojęć („wolność”) i nadając im zdolność do własnego oddziaływania, Warufakis pozostaje na poziomie przedmarksowskim samego Marksa z okresu młodości.
Konsekwentnie, krytyka marksizmu ma u Warufakisa podłoże „młodomarksowskie”.

Partie komunistyczne i socjaldemokratyczne, pisze Warufakis, „zamiast przyjąć jako hasła i koncepcje swoich organizacji wolność i racjonalność, wybrały one równość i sprawiedliwość, pozostawiając neoliberałom ideę wolności.” I to, jak skądinąd słusznie zauważa Warufakis, pomimo tego, że sam Marks „był pod tym względem nieubłagany: problemem kapitalizmu nie jest to, że jest niesprawiedliwy, lecz że jest irracjonalny…” Dostrzegając dialektykę pana i niewolnika, Warufakis akcentuje to, że kapitalizm zniewala także samego kapitalistę, zaś jeśli już mamy mówić o niesprawiedliwości, to „kapitalizm jawi się jako niesprawiedliwy dlatego, że niewoli wszystkich i trwoni zasoby ludzkie oraz naturalne”.
Teraz następuje mocny zarzut jakoby Marks w sposób świadomy wysuwał tezę o tym, że „prawda o kapitalizmie daje się przedstawić za pomocą modeli matematycznych”. I to zrobił to człowiek, który, jak pisze Warufakis: „… ukazał ludzką wolność jako podstawowy czynnik konceptualny w ekonomii; uczony, który wysunął radykalną nieokreśloność na przysługujące jej miejsce w ekonomii politycznej…”
Zarzut poniekąd jest i nie jest trafiony.

Faktycznie, jeśli Marks chciał, aby jego teoria nie była zlepkiem haseł o wydźwięku humanistycznym, łatwo ośmieszalnym przez hordy najemnych „uczonych”, skoro zdecydował się na krytykę kapitalizmu argumentując konieczność jego zniesienia wymogami racjonalności, to raczej nie mógł ograniczyć się do ogólnohumanistycznego smęcenia o poszanowaniu wolności jednostki. Nie odróżniałby się tutaj niczym od burżuazyjnych filozofów. I faktycznie, socjaldemokratyczna irredenta w marksizmie poszła w kierunku neokantyzmu jako bazy dla swej koncepcji zmiany społeczno-politycznej.
Można uznać, że poza kilkoma podstawowymi równaniami, które bardziej ujmują w przejrzystej postaci niektóre zależności między czynnikami ekonomicznymi niż mogą służyć jakiejś demonstracji czy dowodowi o matematycznej precyzji, marksizm spokojnie obchodzi się bez całego tego pseudomatematycznego sztafażu. Błąd, który wychwyciła Róża Luksemburg okazał się nader płodny w konsekwencje wartościowe dla teorii rozwoju, i nikomu z tego powodu korona z głowy nie spadła.
„Przegięcie” polegające na próbach uczynienia z modeli matematycznych niezbędnika marksizmu wynikało z błędnego rozumienia koncepcji Marksa i jej stosunku do współczesnych koncepcji ekonomicznych, w których urzeczowienie siły roboczej umożliwiało zastosowanie narzędzi matematycznych, czyniąc z ekonomii politycznej klasyków współczesną ekonomikę.
Wynikało też z potrzeb nowego, młodego systemu ekonomicznego, który nie był bynajmniej systemem zaspokajania potrzeb właściwym komunizmowi, gdzie administrowanie rzeczami wymagałoby najprostszych formuł matematycznych, gdyż zasady podziału sprowadzałyby się do kilku kierunkowych dyrektyw.

Faktycznie cały mętlik z modelami i równaniami matematycznymi w marksizmie bierze się z niezrozumienia relacji między wartością (i wartością dodatkową) a zyskiem. Zysk można policzyć, ponieważ dokonuje się sztucznych założeń, które ograniczają zakres modelowania rzeczywistości ekonomicznej, tak aby dała się ona skwantyfikować. To nie „wolność” jest czynnikiem nie pozwalającym na kwantyfikowalność teorii marksizmu, ale „wartość”. Wedle definicji Marksa, wartość to stosunek społeczny, którego objawem może być zysk.
Wartości nie można policzyć, gdyż, tak jak w fizyce kwantowej, jej postać zmienia się wraz ze zmianą położenia obserwatora. A przecież to nie znaczy, że praw fizyki kwantowej nie ma. Tak samo istnieje prawo wartości i można policzyć matematycznie jego konkretne manifestacje. Ale nie sposób policzyć samego prawa…

Słusznie zauważa Warufakis, że niektórzy, nawet całkiem znaczący, próbowali tego niemniej dokonać. Z marnym skutkiem.
Warufakis pisze: „Twierdzę, że Marks wiedział, co czyni. Wiedział, a przynajmniej mógł wiedzieć, że całościowa teoria wartości nie daje się ująć za pomocą matematycznego modelu dynamicznej gospodarki kapitalistycznej. Z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że trafna teoria ekonomiczna musi uwzględniać to, że reguły tego, co nieokreślone same muszą pozostać nieokreślone.”

Tutaj rozchodzimy się z Warufakisem. Całościowa teoria wartości opisuje mechanizm wykraczający poza gospodarkę kapitalistyczną, stanowiący jej „naturalną” podstawę. Ten mechanizm ucieleśniony w gospodarce kapitalistycznej jest ujmowany w modelach konkretnych, dotyczących tejże gospodarki. Nie da się ująć w jednym modelu mechanizmu, który opisywałby wszystkie możliwe, konkretne sposoby produkcji na nim oparte. Zasadniczo można by to zrobić jako bardzo uproszczony model, łapiący tylko podstawowe i trywialne funkcje. Byłby to mechanizm prostej konkurencji rynkowej, a ten został opisany w początkowej części „Kapitału”.
Warufakis wyciąga wniosek, że: „Formułowanie tej kwestii [nieokreśloności w teorii ekonomicznej?] za pomocą pojęć ekonomicznych oznacza rozpoznanie, że władza rynku, a tym samym zyskowność kapitału, niekoniecznie może zostać zredukowana do zdolności wykorzystania siły roboczej pracowników.” Oznacza to, że osiągany zysk konkretnego kapitalisty jest zależny od konkretnej sytuacji rynkowej i od umiejętności jej wykorzystania itp. Wedle Warufakisa obala to twierdzenie marksizmu jakoby zysk brał się wyłącznie z wyzysku siły roboczej.
Mamy tu więc interesującą pętlę: jak widzieliśmy wyżej, wartość bierze się z pracy, ale zysk nie bierze się z wyzysku siły roboczej.
I tak znajdujemy się ponownie w banalnym światku nowolewicowej dywagacji, która niezmiennie porusza się w zaklętym kole niemożności przyznania znaczenia rozróżnieniu między pracą a siłą roboczą. I – tryumfalnie – Warufakis ogłasza: „…z powodów pozostających poza teorią marksistowską, niektórzy kapitaliści daną zbiorowość sił roboczych, lub też określoną grupę konsumentów, mogą mocniej wykorzystywać niż inne grupy pracowników/konsumentów.”
Dlatego też dla Warufakisa, podobnie jak dla całej tzw. nowej radykalnej lewicy marksizm od dawna spoczywa w lamusie idei z tego względu, że „stary” Marks popsuł to, co wymyślił „młody” Marks ze względu na swe parcie do osiągnięcia „władzy”, co usiłował osiągnąć dzięki udawaniu, że marksizm jest nauką. Próbował to wykazać dość prymitywną metodą mnożenia (sam i poprzez swoich uczniów) żałosnych modeli matematycznych.
Jaki z tego Warufakisowego elaboratu wniosek?
Otóż: „Moje wyznania mają służyć do przekonania lewicy, że musimy wypełnić pełną sprzeczności misję: zahamować upadek europejskiego kapitalizmu i uzyskać czas na sformułowanie wobec niego alternatywy”.

Wydaje się, że w tej perspektywie myślowej należy interpretować poczynania Syrizy pozostającej u władzy w Grecji.
Problem w tym, że obecnie, w warunkach przyspieszonego krachu zachodniej cywilizacji jako takiej, pierwsze zadanie może okazać się jednak bardziej utopijne od drugiego.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

26 września 2015 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polemiki i dyskusje, Recenzje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *