DZIELNI NIEDZIELNI MARKSIŚCI IDĄ NA WOJNĘ O ŚWIETLANĄ PRZYSZŁOŚĆ

Twórcy marksizmu rozumieli mechanizm funkcjonowania społeczeństwa burżuazyjnego oraz warunki umożliwiające przejście do ustroju socjalistycznego, a następnie komunistycznego. Nigdy dość podkreślania, że warunki te były precyzyjnie określone i trudne do zgrania. Dla współczesnej, tzw. nowej radykalnej lewicy wszystko jest proste jak drut. Jednocześnie od dziesięcioleci trwa jej regres i marginalizacja. Dlaczego?

Dzieje się tak, ponieważ owa lewica odrzuciła zbyt trudne dla niej warunki i usiłuje pójść drogą na skróty, która owocuje tym, że rewolucyjny program służy wprowadzeniu reform ulepszających kapitalizm, a nie jego zniesieniu. Dziesięciolecia zakłamywania teorii marksowskiej w socjaldemokratycznym duchu spowodowały, że radykalna lewica wyobraża sobie, iż reformowanie kapitalizmu jest jego rewolucyjnym zniesieniem.

Z tego też względu neguje się w praktyce różnicę między lewicą a prawicą, co jest zgodne z socjaldemokratycznym przesłaniem, iż lewica przejmuje wartości humanistyczne ludzkości, z czym kłóci się klasowy, konfrontacyjny charakter teorii Marksa. Stąd zafałszowane interpretacje tej teorii, która – po takich zabiegach – wydaje się zrozumiała i akceptowalna nawet tym ludziom, którzy od rewolucyjnej lewicy są dalecy.

Nie inaczej dzieje się z omawianą tutaj deklaracją ideową Porozumienia Socjalistycznego (http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Informacje/?id=786/Powstalo_Porozumienie_Socjalistyczne). Utożsamienie marksizmu z ogólnohumanistyczną tradycją ludzkości powodować ma to, że do głoszącej takie hasła organizacji łatwo przylgną wszyscy poza skrajnymi konserwatystami obyczajowymi. I zapewne taki jest zamysł autorów deklaracji, którzy w ślad za przegrywającą wszystko, co się da, nową radykalną lewicą cieszą się oszacowaniem na 99-procentowe poparcie społeczne. Wszak wszyscy chcą, aby było lepiej, poza 1%, który ocenia, że lepsze jest wrogiem dobrego i na poprawianiu sytuacji może tylko stracić.

Jeżeli „ojcowie-założyciele” Porozumienia Socjalistycznego nie wyciągają wniosków z historii formacji lewicowej, to zapewne dlatego, że nie poczuwają się do tej historii z jej meandrami. Wchodzą na teren, po którym snują się niedobitki autochtonów lewicowego rezerwatu i przejmują go bez żadnego oporu ze strony skręconych syfilisem i zgnojonych wodą ognistą pierwotnych mieszkańców.

Jest to zresztą kolejna wyprawa kolonizacyjna terenu uznanego za ziemię niczyją, skoro autochtoni, ze względu na swą liczebność i kondycję, w ogóle się nie liczą. Poprzednie przygotowały grunt pod ostateczne zniszczenie mitu założycielskiego marksizmu, do którego odwołują się już tylko nieliczni antropolodzy czy też badacze życia seksualnego dzikich plemion pierwotnych.

Deklaracja Porozumienia Socjalistycznego nie wnosi niczego nowego do ideologii tzw. nowej radykalnej lewicy prócz jednego elementu, a mianowicie odwołania do PRL-u jako pewnego modelu wzorcowego, ba, w zasadzie docelowego, planowanej, rewolucyjnej przemiany społecznej. Można by rzec, że ta modyfikacja nie jest nieistotna, a nawet że ma spore znaczenie w dzisiejszej sytuacji, kiedy to świadomość społeczną kontroluje IPN-owski przekaz historyczny.
Ta modyfikacja ma znaczenie o tyle istotne, że daje szansę na przeprowadzenie zasadniczej dyskusji na temat dziejów formacji lewicowej i jej tradycji ideowej. Dyskusja taka nie była dotychczas możliwa do podjęcia ze względu na postawę jedynosłuszności tzw. nowej radykalnej lewicy nie tylko krytycznie analizującej wypaczenia i degenerację rewolucyjnego ruchu robotniczego, ale przede wszystkim odżegnującej się od tej tradycji i dziedzictwa z całym ciężkim „dobrodziejstwem” inwentarza.

W pewnym sensie, można powiedzieć, że wtargnięcie na teren formacji rewolucyjnej sił nie mających nic wspólnego z jej tradycją paradoksalnie pozwoliło na przełamanie tabu wynikającego z poczucia winy i wstydu za „zbrodnie komunistyczne”. I ten fakt sprawia, że pojawienie się takiej organizacji może być pewną szansą na przełamanie impasu, o ile tego typu grupki zachowają otwartość, o jakiej nie ma co marzyć wśród skostniałych ideologicznie ugrupowań odwołujących się do tradycji neo- czy posttrockizmu.

Brak fundamentów w postaci niosącej problemy tradycji może zapoczątkować dyskusję cechującą się brakiem kompleksów i kwestionującą wszystko, włącznie z kwestionowaniem tego, co tradycyjnie kwestionowano. Tak właśnie jest z kwestią PRL. Neo- czy posttrockiści nie byliby wiarygodnymi piewcami tego systemu.

Świeżej daty lewica bez tradycji usiłuje dorobić sobie jakąś na siłę i znajduje ją w „realnym socjalizmie”, znajdując w nim podstawy do oparcia swej krytyki kapitalistycznych stosunków w imię ogólnohumanistycznych ideałów, które lewicy z tradycjami neo- czy posttrockizmu posłużyły do potępienia tego samego „realnego socjalizmu”. Sytuacja robi się więc interesująca, dając tym, którzy chcą odgruzowania marksizmu, pewną podstawę do samookreślenia wobec tak doskonale negujących się sposobów interpretacji tej samej, minionej rzeczywistości.

Możemy więc wyrazić niniejszym wdzięczność „ojcom-założycielom” Porozumienia Socjalistycznego za stworzenie możliwości wyeksplikowania swojej odrębności lewicy marksistowskiej. Oczywiście, nie jesteśmy naiwni. Kiedy autorzy deklaracji ideowej Porozumienia mówią o dążeniu do zbudowania społeczeństwa socjalistycznego, to nie różnią się niczym od „nowej radykalnej lewicy” poza wskazywaniem, że taki model istniał już w przeszłości jako PRL.

Obie strony można w zasadzie połączyć stwierdzeniem, że dla „nowej radykalnej lewicy” system „realnego socjalizmu” był tylko wariacją kapitalizmu państwowego, a skoro obie strony za ideał uznają zreformowany kapitalizm (czy postkapitalizm), to właściwie niczym istotnym się nie różnią.

Poststalinizm i „nowa radykalna lewica” (posttrockizm) spotykają się w dialektycznej pętli czasu i przestrzeni. Wyznacznikami tej pętli są: demokracja i wyzwolenie od wyzysku „pracowników najemnych” (abstrahujemy od drugorzędnych kwestii obyczajowych).
I tutaj zaznacza się różnica z lewicą marksistowską.
Jeśli dzisiejsi radykałowie powołują się na Marksa, to robią to w sposób nieprzemyślany. Trudno się dziwić, skoro są to dzielni „niedzielni marksiści”. Powołują się na okres PRL, a jednocześnie nie potrafią wyciągnąć z doświadczeń tego okresu wniosków.

Według Marksa tworzenie bogactwa wymaga zastosowania pracy (siły roboczej) do świata przyrody. Cywilizacja polega na tym, że siły wytwórcze (siła robocza plus środki produkcji) dają nadwyżkę (wartość dodatkową), która może utrzymać całą nadbudowę społeczną stanowiącą właśnie ową cywilizację. Praca wykonywana w ramach owej nadbudowy społecznej ma znaczenie przede wszystkim jako mechanizm podziału dochodów między ludzi zatrudnionych poza produkcją. Praca ta ma również znaczenie dla podwyższania poziomu sił wytwórczych, pośrednio wpływając na wzrost wartości dodatkowej. Dane społeczeństwo może też osiągać zyski nadzwyczajne dzięki przewadze w różnych dziedzinach, niekoniecznie produkcyjnych.

Do czego zmierzamy? Do tego mianowicie, że dla Marksa sensem socjalizmu (czy komunizmu) było wyzwolenie robotnika produkcyjnego, na którego wyzysku opiera się mechanizm kapitalistycznego systemu. Ten wyzysk sprawia, że pracownicy najemni sfery pozaprodukcyjnej mogą być utrzymywani z wartości dodatkowej. Niezależnie od tego, czy są lepiej, czy gorzej płatni od robotnika produkcyjnego, czy są mniej, czy bardziej od niego wyzyskiwani, mechanizm społeczny opiera się na wyzysku tych, którzy są pośrednikami między światem społecznym a światem natury.
Dlatego, z punktu widzenia marksisty, nie ma większego znaczenia fakt, że ponad 90% społeczeństwa czuje się i faktycznie jest wyzyskiwane przez kapitał. W najgłębszej istocie poziom życia owych grup społecznych jest uzależniony od stopnia wyzysku robotników produkcyjnych: im wyższy, tym potencjalnie wyższy ich poziom życia. Dlatego tak łatwo jest wygasić bunt owych grup społecznych, a jednocześnie tak trudno o ich konsekwencję i solidarność. Jest to bardzo niejednorodna i zatomizowana warstwa społeczna. Jej byt nie jest uzależniony od zniesienia klasy kapitalistów, ale od tego, czy kapitalistom udaje się wydusić wystarczająco dużo wartości dodatkowej, aby po zaspokojeniu własnych, wygórowanych potrzeb, zostało dość na podatki, które służą redystrybucji dochodu w celu uzupełnienia dochodów ludności wciąż odczuwającej braki pieniędzy po otrzymaniu wynagrodzenia za swoją pracę.

Dla marksisty socjalizm to nie jest naciskanie na kapitalistę, aby ograniczał swój zysk i płacił wyższe podatki, ale postulat zniesienia kapitalistycznych stosunków pracy, a przede wszystkim zniesienia podziału pracy.
Bez tego nie ma możliwości zniesienia kapitalizmu, niezależnie od tego, jakby się nie domagało głośno podwyższania obciążenia podatkami kapitalistów. Również upaństwowienie środków produkcji nie jest tożsame ze zniesieniem podziału pracy. Jeżeli mówimy o niepowodzeniu socjalistycznego eksperymentu, to właśnie to jest istotą sprawy i właśnie ta kwestia jest niemożliwa do załatwienia w ramach izolowanych państw, znajdujących się w kapitalistycznym otoczeniu.

Rzucając hasła o socjalizmie, autorzy deklaracji zupełnie sobie lekceważą istotną treść tego pojęcia. Biorąc pod uwagę przytoczoną wyżej złożoność problemu klasowego i sprzeczności klasowe w społeczeństwie, można wytłumaczyć problemy stojące na drodze budowy rewolucyjnej lewicy. Nie po raz pierwszy drobnomieszczański radykalizm usiłuje przebrać się za siłę rewolucyjną, nie podejmując, ba, nie zdając sobie nawet sprawy ze złożoności problemu. Głowa nie obarczona wiedzą o problemach funkcjonuje pozornie sprawniej: nie dostrzega problemów, więc wszystko wydaje się jej takie łatwe i proste, aż dziw, że nikt na to przedtem nie wpadł.
Koniec jest zawsze jednakowy: wypalenie się słomianego ognia natychmiast po pojawieniu się pierwszych trudności. Najczęściej pretekstem dla szukania innej niszy dla zabawy w lewicę bywa dopatrywanie się przyczyny niepowodzenia w osobniczych cechach charakteru uprzednio wielbionych wodzów. Dlatego u takich działaczy nie następuje żadne ideowe dojrzewanie, nie – poglądy pozostają reformistyczne. Rozłam idzie logicznie zawsze po linii personalnej, a nie ideowej.

GRUPA SAMORZĄDNOŚCI ROBOTNICZEJ

7 czerwca 2015 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Grupa Samorządności Robotniczej, Polemiki i dyskusje, Recenzje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „DZIELNI NIEDZIELNI MARKSIŚCI IDĄ NA WOJNĘ O ŚWIETLANĄ PRZYSZŁOŚĆ

  1. E.B. pisze:

    POTENCJAŁ „ZMIANY”, CZYLI UWAGI NA MARGINESIE DEKLARACJI „POROZUMIENIA SOCJALISTYCZNEGO”

    „Porozumienie Socjalistyczne jest stowarzyszeniem wolnych ludzi, które dąży do ustanowienia w Polsce ustroju socjalistycznego – systemu realizującego konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej poprzez uspołecznienie środków produkcji.”

    Jeżeli stowarzyszenie powołuje się na burżuazyjną konstytucję III RP, to należy zdawać sobie sprawę z tego, że rozumienie pojęcia „uspołecznienie środków produkcji” może przybrać w mózgach twórców analizowanej deklaracji najbardziej szaloną wykładnię.
    Horyzont intelektualny autorów deklaracji nie wychodzi poza postulat, aby środki produkcji zaspokajały potrzeby społeczeństwa, a nie dążenie do maksymalizacji zysku ich właścicieli. Jeśli nie można po dobroci zmusić właścicieli do rezygnacji z maksymalizacji zysku, to należy znacjonalizować owe środki produkcji. Deklarujący zapominają, że państwo burżuazyjne jako właściciel środków produkcji zachowuje się jak zbiorowy kapitalista, tj. stosuje wyzysk własnej siły roboczej po to, aby utrzymać lub zdobyć przewagę konkurencyjną na rynku międzynarodowym. W sytuacji, kiedy system socjalistyczny nie zapanuje na całym świecie lub przynajmniej w jego kluczowych ośrodkach, państwo socjalistyczne, tak jak każde inne, będzie zmuszone stosować wyzysk wewnętrzny, aby utrzymać się na powierzchni i zapewne, jak w PRL, będzie ledwo zipało.
    Jeżeli dziś centrolewicowi działacze, którzy jeszcze wczoraj nie byli pewni, czy w ogóle chcą i poczuwają się do lewicowości, nagle demonstrują szczyty radykalizmu, to dzieje się tak z tego powodu, że faktycznie fala niezadowolenia społecznego ogarnia liczne kraje na świecie. Działacze ci zapominają, że I wojna światowa stanowiła nawet potężniejszą falę niosącą rewolucyjne przesłanie, a jednak – z powodów bynajmniej nie obiektywnych, ale z powodu subiektywnego oporu wobec własnego programu socjalistycznego – rewolucja nie ogarnęła całego świata, czy chociażby Europy.
    Dzisiejsza sytuacja nie dorównuje tamtej pod względem stanu świadomości klasowej ani pod względem organizacyjnym. Wspólnym mianownikiem świadomości społecznej jest dążenie do polepszenia doli społeczeństwa w ramach systemu kapitalistycznego. Ta socjaldemokratyczna samoświadomość jest obecnie tylko na moment zradykalizowana ze względu na kulminację trudności związanych z kapitalistycznym sposobem produkcji. Przez moment nie dajemy się oszukać autorom deklaracji, którzy pragną nam wmówić, że są jedyną prawdziwą lewicą rewolucyjną, ponieważ ich drobnomieszczańska niecierpliwość wydaje im się radykalizmem.
    Program rewolucyjny zakłada przekształcenie społeczeństwa, podczas gdy cele, jakie rysuje przed nami deklaracja, są uwarunkowane trwaniem kapitalizmu i to w jego najbardziej agresywnej postaci zakładającej zaciętą rywalizację i konkurencję na rynkach.
    Jeżeli chce się, aby 99% społeczeństwa odczuło poprawę, to mamy już do czynienia z mitem. Po pierwsze, owe 99% społeczeństwa znajduje się w zróżnicowanym położeniu. Sukces naszych rewolucjonistów spowoduje już na samym wstępie odpadnięcie od ruchu, a nawet przeciwdziałanie mu, części dotychczasowych sprzymierzeńców. Nie ma bowiem możliwości, aby wyrównać wszystkim w górę, nawet nacjonalizując majątki 1% bogaczy. Spadek poziomu życia odczują też tzw. wyższe warstwy średnie, należące do kategorii pracowników najemnych, chociaż wysoko opłacanych. Przestaną bowiem być faworytami właścicieli kapitału, skoro nie będzie już właścicieli kapitału. Ich praca będzie opłacana według tych samych merytorycznych kryteriów, co praca innych pracowników, a nie jako praca przedstawiciela kapitału, praca poganiacza, praca wynagradzana wedle jej znaczenia klasowego, a nie fachowego wyłącznie.
    Jedyną zmianą w stosunku do dotychczasowych enuncjacji jest postulat, czy może zobowiązanie, aby propagować socjalizm i to w odwołaniu do tego z okresu PRL, czyli tzw. realny socjalizm. Jest to zapewne odbicie nastrojów społecznych, niemniej poza deklaracją sens pozostaje taki, jak zawsze, czyli obwarowywanie swoich deklaracji ni mniej ważnymi deklaracjami nt. zachowania drogi demokratycznej i pokojowej, a więc zobowiązanie do działania w ramach obowiązującego, kapitalistycznego prawa.

    „Zamierzamy osiągnąć ten cel w wyniku propagowania idei socjalistycznych w społeczeństwie polskim, samoorganizacji społecznej i rewolucyjnych przemian na drodze demokratycznej i pokojowej.”

    Można mieć co do tego wątpliwości, jako że „niedzielni marksiści” uznają każde hasło populistyczne za przejaw socjalistycznej podświadomości społeczeństwa. Samoorganizacja społeczna raczej nie może oczekiwać wiele od lewicy, która sama nie jest zorganizowana, oczywiście, poza propagowaniem tej idei. Porozumienie Socjalistyczne stawia sobie za cel propagowanie tego, co – z ich punktu widzenia – jest nieuniknione i jest w toku. Na tym zresztą polega tzw. spontaneizm. Niby nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że skoro procesy społeczne są bardziej zaawansowane niż samoorganizacja grupek głoszących się siłą przewodnią owych procesów, to faktyczna aktywność członków owych grupek jest i tak samolubnie nastawiona na samoorganizację. Wzajemna konkurencja tych grup nie pozwala im na oderwanie się od stanu bieżącej świadomości społeczeństwa, działając w efekcie hamująco na dokonujące się procesy społeczne.Organizacja lewicy powinna stawiać sobie cele wykraczające poza horyzont zradykalizowanej świadomości społecznej, albowiem tylko wtedy jej działania samoorganizacyjne mają sens w kontekście społecznym i posuwają do przodu proces społeczny.
    Jeśli ktoś uważa, że 99% społeczeństwa w głębi ducha popiera (lub obiektywnie popiera) przemiany o charakterze rewolucyjnym (zmiana ustroju społeczno-politycznego), to można domniemywać, że zmiana ta może zajść pokojowo, ewolucyjnie, co oznacza, że przemoc rewolucyjna zostanie zastosowana jedynie w stosunku do 1% społeczeństwa. Rzecz komplikuje się, jeśli zdać sobie sprawę, że ten 1% ma pod kontrolą 99% sił represji. Wówczas trudno mówić o pokojowym procesie rewolucyjnym, a ofiarą jest większość społeczeństwa, ponieważ jest ono podzielone na dwie strony barykady, zaś 1% panujących stoi z boku i czeka na przewidywalny wynik rozgrywki.
    Formacja lewicowa o charakterze socjaldemokratycznym zazwyczaj określa jako pokojową rewolucję przejęcie władzy w wyniku demokratycznych wyborów. Tak więc, prędzej czy później, wszelkie grupki odżegnujące się od Ikonowicza kończą jako ubiegające się o miejsca w parlamencie lub we władzach lokalnych.
    W deklaracji nie ma żadnych konkretów przybliżających sposób realizacji postulatów. Rozliczenie z własnymi błędami sprowadza się do bicia się w cudze piersi, do wskazywania na indywidualne błędy przywódczych jednostek i ich cechy charakteru, które – co prawda – były krytykowane przez oponentów ówczesnych kółek wzajemnej adoracji, ale dzisiejsi (samo)krytycy byli wówczas impregnowani na owe racjonalne zarzuty. Ta niezdolność do przyjmowania krytyki wynika z drobnomieszczańskiej niecierpliwości: złapaliśmy cokolwiek, co wydaje się nieść nas na fali, więc wyłączamy rozum i dajemy się ponieść (słynne od ćwierćwiecza hasło-slogan: „robić, nie dyskutować!”) Zmienia się fascynacja kolejnym wodzem czy przywódcą (Ziętek, Ikonowicz czy Piskorski), zaś strategia i taktyka pozostają nietknięte myślą krytyczną.

    „Porozumienie Socjalistyczne opiera swój system wartości na humanistycznym dziedzictwie ludzkości, ideach wolności, równości i solidarności wszystkich ludzi. Przeciwstawiamy się dyskryminacji jednostki ze względu na pochodzenie, narodowość, wyznanie, światopogląd, płeć, wiek, niepełnosprawność ruchową i intelektualną, orientację seksualną oraz inne przesłanki ideologiczne.”

    Deklaracja obiecuje wierność ideałom dotychczasowej radykalnej lewicy, której głównym wyróżnikiem jest fakt, że przez ostatnie dziesięciolecia nie jest w stanie ani zachować tożsamości, ani dzięki temu zdobyć szerokie oparcie społeczne. Porozumienie Socjalistyczne deklaruje więc wierność dotychczasowej, jałowej drodze prowadzącej do unicestwienia lewicy.
    Porozumienie Socjalistyczne stawia sobie za cel reprezentację interesów polskiej klasy pracowniczej – pracowników najemnych, samozatrudnionych, spółdzielców, rolników indywidualnych, bezrobotnych, emerytów i rencistów, uczącej się młodzieży.

    „Porozumienie Socjalistyczne dąży do upodmiotowienia społeczeństwa poprzez ustanowienie demokratycznego państwa – realizującego zasadę rzeczywistego ludowładztwa. Decyzje dotyczące zagadnień zbiorowych – na poziomie państwa, lokalnej społeczności i zakładu pracy – muszą być podejmowane przez ludzi pracy lub ich reprezentantów.”

    A nie są? Może polska demokracja jest tylko niedojrzała, jak nam mówią różni socjologowie, ale znajduje się na właściwej drodze? Jeżeli 99% społeczeństwa to ludzie pracy, to faktycznie nie można wymyślić nic lepszego ponad demokrację, taką jaką mamy. Alternatywą wymyślona przez anarchistów jest decentralizacja, tak aby demokracja miała charakter bezpośredni, a nie polegała na delegowaniu i reprezentowaniu interesów. Nie jest to jednak idea twórców deklaracji, którzy opowiadają się raczej za utrzymaniem państwa. Biorąc pod uwagę problem, o którym mówiliśmy już wyżej, demokracja burżuazyjna polega na negocjowaniu podziału wartości dodatkowej wytworzonej przez klasę wyzyskiwaną, czyli robotników produkcyjnych. Ewentualnie na negocjowaniu podziału dochodu uzyskanego z obrotu z zagranicą. Ponieważ ten podział ma charakter uznaniowy (jak wszelki podział), społeczeństwo dzieli się na grupy o wzajemnie sprzecznych interesach. Tak więc mit o solidarności 99% społeczeństwa wali się w gruzy. Z punktu widzenia marksizmu, właściwą formą demokracji jest zabezpieczenie interesów klasy produkcyjnej, ponieważ tak naprawdę, to najbardziej fundamentalny podział klasowy idzie między klasą robotniczą a kapitalistami wraz z całością społeczeństwa utrzymywanego z wartości dodatkowej. To znaczy, że w interesie partykularnym wszystkich klas i warstw społeczeństwa jest utrzymanie wyzysku klasy robotniczej. Tylko na bazie tego wyzysku można mówić o chwilowych sojuszach między różnymi grupami społecznymi.
    Nie ma socjalizmu bez zrozumienia konieczności pójścia pod prąd partykularnych interesów grup społecznych, które same podlegają wyzyskowi. Zniesienie wyzysku wymaga zniesienia podstawy podstaw wyzysku. Tymczasem cała lewica, w tym radykalna i rewolucyjna, bawią się w kosmetykę, czyli w łagodzenie systemu wyzysku poprzez przyzwolenie na zwiększanie wyzysku klasy produkcyjnej. Łagodzenie walki interesów grupowych jest także dokonywane dzięki wzrostowi wyzysku na poziomie systemu produkcji. I wszyscy ci „socjaliści” nie wychodzą poza tę fałszywą świadomość. Ich arogancja polega na tym, że usiłują tę fałszywą świadomość (odbicie spontaneizmu) uczynić cnotą rewolucyjną. Nie stawiają sobie za cel przekształcenie świadomości społecznej, a tylko podtrzymanie i wzmacnianie owej fałszywej świadomości.
    Tutaj rozumiemy zresztą dlaczego „ojcowie-założyciele” Porozumienia Socjalistycznego odwołują się do PRL jako do modelu ustrojowego. Założyciele PRL mieli świadomość tego mechanizmu, ponieważ mieli jeszcze przedwojenne wykształcenie marksistowskie. Wyzysk klasy robotniczej był warunkiem skutecznej pogoni cywilizacyjnej naszego kraju. Gdyby rewolucja socjalistyczna zwyciężyła na całym świecie albo tylko choćby w Europie, koszty poniesione przez klasę robotniczą nie byłyby tak wysokie i, co bardziej jeszcze deprymujące, zmarnowane.
    To, że rewolucja socjalistyczna została zdradzona przez ideologów, którzy są protoplastami dzisiejszej radykalnej lewicy, jest dla nas znakiem ostrzegawczym. Powoduje, że nie damy się zwieść atrakcyjnym powoływaniom się na dziedzictwo humanistyczne (bo z niego są wykluczeni robotnicy produkcyjni), spontaniczną świadomość socjalistyczną większości społeczeństwa, prowadzącą do perspektywy pokojowej rewolucji i innym banialukom serwowanym przez działaczy, których drogę ideową najlepiej obrazuje chorągiewka na dachu przy silnym wietrze historii.

    „Porozumienie Socjalistyczne wspiera walki społeczne mające na celu obronę socjalnych zdobyczy świata pracy, a także ich poszerzanie, rozwój funduszu spożycia zbiorowego i doraźną poprawę sytuacji materialnej pracowników w warunkach systemu kapitalistycznego – w tym przez ustanowienie takich instytucji jak Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, bezpłatna komunikacja miejska, sprawiedliwy system podatkowy o zasięgu globalnym. Za szczególnie zagrożone, wymagające aktywnej obrony uznajemy niezbywalne prawa do pracy, godnej płacy, mieszkania, bezpłatnej opieki zdrowotnej i edukacji, godziwego zabezpieczenia na starość i czystego środowiska naturalnego.”

    Postulaty, o których tu mowa, wpisują się w system roszczeń, których warunkiem spełnienia jest wzrost wyzysku robotników produkcyjnych: czy to rodzimych, czy to imigrantów, czy to robotników z peryferii kapitalistycznej. I to mimo deklaracji o braku zgody na „wszelkie przejawy imperializmu i neokolonialnej eksploatacji”.
    Ta niekonsekwencja programowa jest znakiem czasu. Ale i tu mamy do czynienia z reformizmem i pobożnymi życzeniami, a nie z sensowną analizą rzeczywistych procesów politycznych w skali międzynarodowej.
    Model naiwnego optymizmu tchnący z deklaracji jest zapewne powodem do dumy jej autorów, gdyż świadczyć ma o uczciwości ich intencji, a także o ich pragmatyzmie.
    Faktycznie, o ile ruchy na szachownicy globalnej dają podstawy do nadziei na zmiany, to jednak liczenie na to, że bez poważnie potraktowanej ideologii i doktryny marksistowskiej można osiągnąć cel, jest co najmniej naiwnością.
    Optymizm autorów deklaracji wynika stąd, że nie są oni przywiązani do doktryn ani do haseł. Socjalizm czy nacjonalizm, wszystko jedno.
    Pomimo deklaracji o dążeniu do socjalizmu, autorzy deklaracji są jednoznacznie nastawieni na „doraźną poprawę sytuacji materialnej pracowników w warunkach systemu kapitalistycznego – w tym przez ustanowienie takich instytucji jak Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, bezpłatna komunikacja miejska, sprawiedliwy system podatkowy o zasięgu globalnym.”
    Czyli na zwiększanie wyzysku robotników produkcyjnych lub nastawienie Polski na udział w awanturach wojennych, które mogłyby jej przynieść udział w podziale łupów, dzięki czemu mogłyby zostać zaspokojone „doraźne” roszczenia twórców deklaracji.

    „Porozumienie Socjalistyczne przeciwstawia się wszelkim przejawom imperializmu i neokolonialnej eksploatacji krajów peryferyjnych przez imperialistyczne potęgi kapitalistycznego Globalnego Centrum – USA i państwa Europy Zachodniej. Solidaryzujemy się z antyimperialistyczną, narodowo-wyzwoleńczą walką ludów Trzeciego Świata. Z przychylnym zainteresowaniem obserwujemy dążenia krajów BRICS zmierzające do ustanowienia wielobiegunowego porządku światowego, niosącego nadzieję na więcej równości i bardziej sprawiedliwe relacje w stosunkach międzynarodowych. Także poprawa bytu materialnego szerokich kręgów społeczeństwa polskiego możliwa będzie jedynie w warunkach odrzucenia dominacji nad Polską ponadnarodowych struktur wielkiego kapitału i imperialistycznych mocarstw.
    Porozumienie Socjalistyczne opowiada się przeciwko militaryzmowi i zbrojeniom, za pokojową polityką i przyjazną koegzystencją państwa polskiego ze wszystkimi sąsiadami. Społecznemu darwinizmowi realizowanemu przez kapitalistyczne rządy przeciwstawiamy zasadę internacjonalizmu – globalnej solidarności ludzi pracy w walce o wyzwolenie społeczne.”

    Okazuje się, że deklaracja jest nie tylko powierzchowna, ale i wewnętrznie sprzeczna. Naraża grupy społeczne, którym chce służyć za przewodnika, na jałowy wysiłek i nie potrafi wskazać na rozwiązanie w sytuacji wzajemnie konkurencyjnych interesów owych grup.
    Do pozytywów deklaracji można zaliczyć to, że ta inicjatywa stanowi odbicie pewnego stanu świadomości społecznej, chaotycznego i niekonsekwentnego, ale wskazującego na potencjał zmiany.
    Wyraża się to głównie w pójściu pod prąd oficjalnej propagandy oceniającej globalną sytuację polityczną. Opozycja wobec oficjalnej propagandy jest również jednostronna i bezkrytyczna, koniunkturalna, albowiem wpisująca się w istniejący układ sił, a niezdolna do jego analizy w kontekście zadań stojących przed faktycznie rewolucyjną formacją polityczną.
    Podobnie jak analiza PRL jest pozbawiona krytycyzmu, tak i analiza globalnego konfliktu uosabianego przez USA i Rosję szwankuje z tego punktu widzenia. Pragmatyzm twórców deklaracji nie pozwala im na zaznaczenie własnej, lewicowej tożsamości (bo jej nie mają), a skłania do popierania w ciemno strony, która w danej sytuacji znajduje się w pozycji dla niej krzywdzącej. Jednak nie można absolutyzować takich sytuacji i zapominać o własnych celach, które bynajmniej nie są celami oligarchii skupionej wokół Putina.
    Można by też powiedzieć, że podniesienie dyskusji o PRL mogłoby odegrać ważną rolę w kształtowaniu się formacji lewicowej w naszym kraju. Problem w tym, że PRL nie jest – w intencji autorów deklaracji – niczym więcej, jak hasłem, symbolem, który ma ich nieść ku sukcesowi, a nie podstawą do namysłu nad własną historią. Bo to nie ich historia. Nie jest to historia populistycznych poputczików socjalizmu. Jednak nam może dać jakieś pole do działalności i do kształtowania formacji rewolucyjnej.

  2. Antonio Roberto As pisze:

    „Najczęściej pretekstem dla szukania innej niszy dla zabawy w lewicę bywa dopatrywanie się przyczyny niepowodzenia w osobniczych cechach charakteru uprzednio wielbionych wodzów. Dlatego u takich działaczy nie następuje żadne ideowe dojrzewanie, nie – poglądy pozostają reformistyczne. Rozłam idzie logicznie zawsze po linii personalnej, a nie ideowej.”

    Żeby w Polsce rozłamy na tzw. prawdziwej lewicy miały źródło nie w ambicjach osobistych czy wzajemnych utarczkach tzw. liderów lewicy, ci sami liderzy oraz zapatrzeni w nich wyznawcy musieliby najpierw sami gruntownie przestudiować teorią marksowską, całą myśl marksistowską oraz historyczną tradycję klasowego oraz rewolucyjnego ruchu robotniczego. Z tymże oni na takie studiowanie „nie mają czasu” i innym też „je odradzają”, ponieważ potoczne rozumowanie „politycznego targetu” (przez nich szerzej rozumianego jako „społeczeństwo”, „ludzie pracy”) jest „przecież takie a nie inne”, zatem „po, co tutaj dyskutować”, „ludzi się nie zmieni”. Stąd też polityczna działalność różnych grup tzw. prawdziwej lewicy wcale się nie jest skoncentrowana na wyeliminowaniu fałszywej świadomości faktycznie występującej w społeczeństwie – wśród pracowników nieprodukcyjnych jak i w końcu samych robotników. „Ludzie tego nie kupią”. Dlatego część tzw. prawdziwych lewicowców w Polsce unika nawet „przyznawania się do socjalizmu” (nie wspominając o „strasznym komunizmie”) czy już zupełnie odwołań do PRL. Odwołują się do „modnych trendów organizacyjnych sił antysystemowych” w polityce takich jak Podemos czy NPA/Syriza, czy ostatnio w polskich też warunkach do nacjonalizmu… Odwoływanie się do tradycji marksizmu, komunizmu jest dla tych środowisk równoznaczne również z tym, iż „przecież nikogo wtedy do siebie nie przyciągnęliby”, „byliby zbyt archaiczni”, „w Polsce niezbyt dobrze postrzegani – prawica, by im pluła w twarz za „sowietyzm”… 🙂

  3. Antonio Roberto As pisze:

    „Dziesięciolecia zakłamywania teorii marksowskiej w socjaldemokratycznym duchu spowodowały, że radykalna lewica wyobraża sobie, iż reformowanie kapitalizmu jest jego rewolucyjnym zniesieniem.”

    To po prostu oznacza, że tzw. radykalna lewica przesunęła się na pozycje dawnej socjaldemokracji – w gruncie rzeczy stała się rewizjonistyczna wobec teorii marksowskiej. Liczy na ochłapy z pańskiego stołu burżuazji… Dawna „socjaldemokracja” w kieszeni burżuazji i tak już dawno siedzi… w imię zachowania „pokoju klasowego”… „radykalna lewica” czy „prawdziwa lewica” w sposób spóźniony od lat stara się do tego stołu przyczłapać… 🙂

  4. E.B. pisze:

    JJC,

    Czy zadowoliłaby cię taka odpowiedź, że każdy kto prowadzi działalność rewolucyjną, robi to wyłącznie po to, aby się dorwać do władzy i dlatego „niemal każda” rewolucja zamienia się w dyktaturę?

    Taka jest wszak powszechna, politycznie poprawna opinia.

    Politycznie poprawną odpowiedzią na pytanie o środki zapobiegawcze, uniemożliwiające przeradzanie się rewolucji w dyktaturę, jest stwierdzenie, że walka z niesprawiedliwością społeczną powinna odbywać się wyłącznie poprzez biadolenie i żebranie o łaskę klasy panującej, sorry, poprzez wykorzystanie mechanizmów demokracji burżuazyjnej, sorry, parlamentarnej.

    Jeżeli odrzucić bajdurzenia o złym charakterze przywódców rewolucyjnych, można zaobserwować ciekawe zjawisko, a mianowicie, że „niemal każda” rewolucja bywa otoczona wrogim sąsiedztwem, które aktywnie manifestuje swoją wrogość poprzez zbrojną inwazję, sankcje i blokady gospodarcze, infiltrację i dofinansowywanie krajowych grup społecznych przeciwstawiających się procesowi rewolucyjnemu oraz zmasowaną i zgraną propagandę antyrewolucyjną na skalę globalną.

    Jeżeli natomiast mamy do czynienia z „rewolucją” typu „transformacja” (ewentualnie „kolorową”, „godności” czy innymi ilustracjami Orwellowskiej nowomowy), to (przynajmniej w przypadku Polski) możemy zaobserwować: pomoc materialną i propagandową dla „rewolucjonistów”, zmasowaną, pochwalną propagandę ze strony ośrodków popierających „rewolucję”, nieustanną, chwaloną za granicą, indoktrynację ludności, która jakoś nie bardzo jest przekonana do „rewolucji”, nieustanny dopływ kredytów, które podtrzymują upadający system ekonomiczny, zakaz propagandy komunistycznej („antyrewolucyjnej”)… W krajach, gdzie „rewolucja” napotyka na opór, stosuje się krwawą, zewnętrzną interwencję przy akompaniamencie pochwalnych chórów całego „cywilizowanego” świata. I, oczywiście, przywódcy takiej „rewolucji” nie są dyktatorami, bo nie muszą przy takim poparciu tak materialnym, jak i propagandowym. Wystarczy indoktrynacja z zagwarantowanym zakazem kontrpropagandy (tj. zakazem pluralizmu opinii i poglądów w imię demokracji), która w krótkim czasie trwale odpolitycznia społeczeństwo.

    Gdyby zamiast „białej” interwencji w Rosji radzieckiej udzielono temu krajowi takiego wsparcia, jakiego udziela się państwom kontrrewolucyjnym, to nie byłoby powodu, aby przywódcy rewolucyjni zamieniali się w dyktatorów. Welfare states nie były dyktaturami, chociaż z punktu widzenia burżuazji stanowiły zakwestionowanie kapitalizmu (mniejsza o to, czy słusznie, czy niesłusznie). Zmasowanej antypropagandzie wobec nich, która musiała poczekać dopiero do upadku tzw. realnego socjalizmu, przeciwdziałało istnienie właśnie bloku tzw. demoludów.

    Wniosek jest taki: jeśli nie chcecie, aby rewolucja pożarła własne dzieci, należy jej udzielić wszelkiego możliwego wsparcia. O tym pisali klasycy marksizmu przedstawiający wizję światowego procesu rewolucyjnego jako podstawy zabezpieczającej przed degeneracją owej rewolucji. To właśnie oznacza wsparcie tak ekonomiczne, jak i propagandowe rewolucji. Opowiedzenie się socjaldemokracji po stronie burżuazji, a nie rewolucji socjalistycznej w Rosji (która miała być tylko pierwszym krokiem na drodze rewolucji światowej), było powodem, dla którego nastąpiła tam degeneracja stalinowska. A nie to, że Stalin czy inny przywódca był czy nie był psychopatą. Wina (w sensie najgłębszej przyczyny) leży po stronie zdradzieckiej socjaldemokracji oraz liderów państw kapitalistycznych.

    Powiem więcej, reguła ta jest prawdziwa w dowolnych warunkach: czy dziś, w dobie totalnego zniewolenia propagandowego, przychodzi komuś do głowy pomysł, że najlepszym sposobem na odsunięcie rzekomego zagrożenia ze strony Rosji jest włączenie tego kraju w gospodarcze i polityczne struktury europejskie i światowe? Izolacja i sankcje są właśnie skutecznym sposobem na stwarzanie potwora, którego łatwo krytykować i swoje własne pokręcone i tknięte trądem ciało przedstawiać jako świeże, młode i pachnące.

    Ktoś mi kiedyś odparł na to, że przecież Rosja jest niedemokratyczna, więc nie można jej włączyć w struktury, np. UE. Ale to by oznaczało, że Ukraina Janukowycza to był strasznie demokratyczny kraj, skoro cała UE aż skomlała o jej stowarzyszenie.

    No cóż, propaganda wiele może.

    Tak samo jest przecież obecnie z „zagrożeniem arabskim”, z „terroryzmem”, ze „zderzeniem cywilizacji” itd., itp. banialukami. Poprawna politycznie linia jest taka: zabić, unicestwić!!! W demokratyczny sposób, bo z przyzwoleniem społeczności światowej.

    Jeżeli ktoś uważa, że Rosja radziecka podlegała mniej zmasowanemu atakowi ekonomicznemu i propagandowemu niż dziś mamy do czynienia w odniesieniu do wszystkiego, co się rusza nie po myśli światowych żandarmów, to powinien może na jakiś czas wyłączyć telewizor.
    (komentarz z lewica.pl)

  5. CzłowiekSzanującyRozum pisze:

    Ja krótko. 1 państwo które powstało na własności państwowej i jest bogate. PS. Szwecja ma największą i świetnie chronioną sądami własność prywatną. Firm jak i terenów tu lasów które to w 92% są prywatne. Podobnie Niemcy i Anglia jeśli chodzi o przedsiębiorstwa publiczne. Wieleka Brytania w 2007 miała mniej niż 2% osób które pracowały w sektorze państwowym za wyjątkiem urzędników. Polska ponad 16% i prawie nic się nie zmieniło. Ogólny sektorp pańśwowy w Polsce wynosił 28% a w UK lewo 20% A Jeśli chodzi o przedsiębiorstwa publiczne UK miała mniej niż 1% gdzie Polska 16%. Szwecja przechodziła swoje kapitalistyczne reformy w latach 90 prze to że socjalizm wysokie podatki i własność państowa zniszczył jej kraj. (reformy związków i odebranie części praw, prywatyzacja itp.) Dzisiaj to taki skrajnie dziki kapitalizm połączony ze skrajnym systemem socjalnym. Jeśli chodzi o wolność dla biznesmenów to Szwecja, Niemcy i Anglia maja największą w Europie a Polska najmniejszą po Bośni i Chorwacji. Szwecja ma 4 podatki Polska 18. Szwecja 91 zawodów regulowanych, Niemcy 140 a Polska Dzięki skrajnemu liberalizmowi Gowina 300 zamiast 380. Nie mówiąc o stabilnym i do bulu prostym rynku którego nie mamy Więc milionerzy uciekają. NIE DLA RÓWNOŚCI! Nawet Szwecja z 4 razy mniej mieszkańców ma Więcej milionerów, wyzyskiwaczy, kapitalistów od nas.
    http://pl.tinypic.com/view.php?pic=23icrc3&s=8#.VXlfEvntlHw

  6. Zeitgeist pisze:

    Im więcej środowisk nawet tylko werbalnie odwołujących się do realnego socjalizmu, komunizmu, ZSRR, Polski Ludowej etc. tym lepiej. One same znikną ale wbrew sobie zasieją ziarno.

  7. Bartek pisze:

    Dlaczego wbrew sobie?

  8. E.B. pisze:

    ROZUM CZY ZDROWY ROZSĄDEK?

    „Szwecja ma największą i świetnie chronioną sądami własność prywatną. Firm jak i terenów tu lasów które to w 92% są prywatne.”

    Model welfare state nie powstał jako model antykapitalistyczny, ale jako socjaldemokratyczna próba ulepszania kapitalizmu. Jako gospodarka kapitalistyczna z celami socjalnymi, bynajmniej nie rewolucyjnymi. Narzędziem było opodatkowanie kapitalistów, czyli nieingerencja w sposób produkcji, a tylko wynegocjowanie korzystniejszego dla społeczeństwa podziału wartości dodatkowej. Państwo, w zamian za większy udział w zyskach kapitalistycznych, musiało dać gwarancję stabilności własności prywatnej, to zrozumiałe. Zwłaszcza, jeżeli ów kapitalizm mógł zyskać swój poziom rozwoju dzięki polityce państwa. Szwecja nigdy nie była potęgą gospodarczą i dzięki państwowej ochronie (za pieniądze kapitalistów, którzy inaczej wydaliby je zgodnie z interesem indywidualnym, a nie klasy jako takiej) jej kapitalizm mógł się rozwijać w sposób stabilny. Kapitalista musi wiedzieć za co płaci.

    „Szwecja przechodziła swoje kapitalistyczne reformy w latach 90 prze to że socjalizm wysokie podatki i własność państowa zniszczył jej kraj. (reformy związków i odebranie części praw, prywatyzacja itp.)”

    Raczej nie. Państwo pomogło rodzimemu kapitałowi w rozwoju, ale dalszy rozwój kapitalizmu generuje już wzrost nacisku partykularnych interesów poszczególnych kapitalistów i niszczy solidarność narodowego kapitału. Dodać do tego kryzys światowy związany ze wzrostem cen ropy naftowej w drugiej połowie lat 70., zaostrzenie konkurencji na rynkach światowych, krach systemu „realnego socjalizmu”, co zdestabilizowało sytuację na owych rynkach (wzrost przewagi konkurencyjnej gospodarek mających możliwości przejęcia upadających, wschodnioeuropejskich gospodarek półperyferyjnych, do których Szwecja nie należała), i mamy realne powody – wewnętrzne i zewnętrzne – problemów gospodarki szwedzkiej.

    To jest ryzyko socjaldemokratycznej drogi asymilacji z kapitalizmem – jest dobrze, póki nie ma kryzysu, póki państwo ma zasoby, aby ratować swoją burżuazję. A jak to się skończy, to mamy wolną amerykankę.

    „Dzisiaj to taki skrajnie dziki kapitalizm połączony ze skrajnym systemem socjalnym.”

    A mnie się wydawało, że jeśli ten system socjalny ma coś ze skrajności, to jest raczej skrajne wyczerpanie. Sam o tym piszesz: „Szwecja przechodziła swoje kapitalistyczne reformy w latach 90 prze to że socjalizm wysokie podatki i własność państowa zniszczył jej kraj. (reformy związków i odebranie części praw, prywatyzacja itp.)”

    „Szwecja ma 4 podatki Polska 18. Szwecja 91 zawodów regulowanych, Niemcy 140 a Polska Dzięki skrajnemu liberalizmowi Gowina 300 zamiast 380. Nie mówiąc o stabilnym i do bulu prostym rynku którego nie mamy Więc milionerzy uciekają. NIE DLA RÓWNOŚCI! Nawet Szwecja z 4 razy mniej mieszkańców ma Więcej milionerów, wyzyskiwaczy, kapitalistów od nas.”

    Milionerzy uciekali z podatkami za welfare state, to jasne. Ale teraz też? Przy tej stabilności, prostocie i tylko 4 podatkom? Ciekawe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *