Barbarzyńca w salonie

Faux pas popełnione przez redaktorów „Krytyki Politycznej”, polegające na zapoczątkowaniu serii wydawniczej od „Rewolucji u bram” Slavoja Żiżka (patrz nasz artykuł „Trudna miłość. O T-shirtach ‘Rewolucji u bram’” w załączeniu), zostałoby zapewne chętnie wybaczone niczym puszczenie mimo woli bąka, gdyby nie fakt, że nazwanie niewypowiedzianego wywołało na salonach prawdziwą burzę – wiatr historii. Okazało się bowiem, że w środkowo-wschodnim, prowincjonalnym kraju, gdzie resentymentu wobec marksizmu nie należy mylić z sentymentem za PRL, samo imię Lenina wywoła żywy odzew. Owa upiorna, zmumifikowana postać, wg wyrażenia Agaty Bielik-Robson, żyje, zaś widmo komunizmu znów krąży za oknem.

Odkrycie tej straszliwej prawdy zamieniającej promocję książki w antypromocję tzw. nowej radykalnej lewicy wywołało już pierwsze próby „odporu” zagrożeniu, jakim jest „truchło” Lenina.

Trudno powiedzieć, żeby prof. Marek J. Siemek, niegdysiejszy wybitny znawca klasyków marksizmu, miał dużo do powiedzenia w nowej sytuacji. Wyraz dysgustu prowincjonalizmem wyrażającym się w podpartym stereotypem odrzuceniu marksizmu dawał już wcześniej, jednak nie jest to dla niego kwestia mająca jakieś zasadnicze znaczenie dla lewicy. Co prawda, już dwa lata wcześniej miał okazję przyjść na I Konferencję Marksistowską na UW, ale nie odczytał w tej jaskółce zapowiedzi wiosny, uśpiony błyskotliwym atakiem na marksizm swego znakomitego kolegi po fachu – prof. Aleksandra Ochockiego.

Dziś prof. Siemek zdobywa się na obiektywizm zauważając, że krytycy Lenina rodzą się współcześnie na gruncie lokajskich plotek. Co ważne w recenzji prof. Siemka, to uczynienie z Lenina bohatera swego tekstu, nawet w większym stopniu niż Żiżka. Albowiem słusznie daje prof. Siemek wyraz przekonaniu, że to Lenin, a nie Żiżek jest problemem (Marek J. Siemek „Lenin i kamerdynerzy”, „Dziennik” z 6 stycznia 2007 r., dodatek Tygodnik Idei „Europa”, s.10).

Podobnie polemiczny zamysł prof. Agaty Bielik-Robson został zdominowany przez kwestię recepcji Lenina przez Żiżka, a przecież tyle interesujących wątków dałoby się bez odwoływania się do tej postaci omówić. Dla Żiżka jako dla trickstera, Lenin jest tylko chwytem marketingowym, wyróżniającym go z całego tłumu nijakich filozofów uprawiających egzegezę cudzych tekstów. Gdyby nie wicher w salonie, A. Bielik-Robson mogłaby abstrahować od tej postaci bez szkody dla treści recenzji (Agata Bielik-Robson „Jak filozofuje się młotem (i sierpem)”, „Dziennik” z 6 stycznia 2007 r., dodatek „Europa”, ss. 7-9).

O ile jednak prof. Siemek słabym głosem i nieco bez nadziei na przekonanie kogokolwiek (a już na pewno nie prof. Agaty Bielik-Robson) przestrzega przed kamerdynerską perspektywą przykładaną do postaci historycznych, takich jak Lenin, o tyle pani profesor przyjmuje za Żiżkiem ową kamerdynerską perspektywę w sposób bezkrytyczny.

Dla Ziżka, co zresztą odnotowuje A. Bielik-Robson, Lenin jest tylko ilustracją koncepcji psychologii Lacanowskiej. Paradoksalnie, psychologia czy psychoanaliza uogólniały swoje koncepcje w oparciu o interpretacje sytuacji i charakterów historycznych na modłę psychologii jednostkowej, to późniejsze zastosowanie owych „karlich” perspektyw do tychże postaci okazuje się ich nobilitacją. Lenina nie należy poddawać psychoanalizie, a wyłącznie potępić, tak nakazuje polityczna poprawność.

Wbrew oczekiwaniom, w tej kwestii, w połowie zgadzamy się z Agatą Bielik-Robson. Psychoanaliza Lenina jest od rzeczy i nie wyjaśnia niczego z problematyki rewolucji społecznej. Wręcz przeciwnie, zastosowanie psychologii do Lenina daje nam niezwykle pouczający obraz mentalności nowolewicowej.

Jest to analiza fałszywej świadomości inteligenta. Wbrew temu, co pisze A. Bielik-Robson, problem przemocy nie jest problemem egzystencjalnym marksistów z Leninem na czele. Odżywa tu wciąż podział na marksizm humanistyczny, propagowany przez A. Schaffa jako odreagowanie na propagowany przezeń marksizm stalinowski, czyli marksizm z pozycji jednostki ludzkiej, i na marksizm przyjmujący perspektywę klasy robotniczej.

Centralna kategoria, którą posługuje się Agata Bielik-Robson jest kategoria szczęścia. Inaczej wygląda ona z obu wyżej wymienionych perspektyw. Samodestrukcja czy popęd śmierci nie jest stanowiskiem klasy robotniczej, w przeciwieństwie do dążenia do szczęścia jednostek z warstw drobnomieszczańskich. Jednak życiowa praxis robotników nie stawia ich przed dylematem czy chcą więcej szczęścia indywidualnego, czy też, zblazowani monotonią i rutyną, zaczynają spekulować na temat ascezy i dążenia do śmierci.

Fascynacja przemocą jest problemem warstw pośrednich, które muszą sobie świadomie wyrobić jakieś stanowisko w konflikcie klasowym. Zresztą ta fascynacja ma miejsce po obu stronach konfliktu, gdyż warstwy owe tworzą grupy literackich ideologów obu stron barykady. Ciekawa jest zresztą w tym kontekście uwaga A. Bielik-Robson mówiąca o tym, że „Ta namiętność do Realnego jest bardzo osobliwym wtrętem – a być może wręcz obcym ciałem – dodanym do tradycji lewicowej. Historycznie rzecz biorąc, pasja ta lokuje się bowiem raczej po stronie prawicy: wiara w samoistną wartość transgresji przemocą znoszącej zastany porządek ‘pozorów’ właściwa jest pierwotnie anarchokonserwatystom”. Nietrudno bowiem zauważyć, że w tej pierwotnej adekwatności instynktu i ładu konserwatywnego tkwi siła ideologiczna prawicy. Podobnie jak siła kapitalizmu w jego pozornie zgodnym z naturą człowieka egoizmie, który za sprawą Opatrzności Bożej okazuje się błogosławionym dla społeczności.

Takiej zgodności skłonności indywidualnej z porządkiem moralnym nie ma w marksizmie. Intelektualista lewicowy musi wciąż dokonywać wysiłku potwierdzania swego wyboru po proletariackiej stronie konfliktu. Tęskni za leniwym zdaniem się na oczywistość. Stąd pęd do stadności instynktu (Brecht) w przeciwieństwie do świadomej woli kolektywnej skierowanej na realny proces produkcji czy podejmowania zbiorowej decyzji u klasy robotniczej.

Kult przemocy jest tylko dorobioną ideologią pozwalającą lewicowym intelektualistom godzić swe indywidualistyczne wybory z pozorem, który biorą za istotną treść ruchu robotniczego, tak jak Hitler brał za treść ruchu socjalistów ich imponujące masowością wiece z czerwonymi sztandarami łopocącymi na wietrze.

Cała tyrada A. Bielik-Robson uderza z mocą w pustkę, albowiem desygnat jej sprzeciwu i pogardy jest pusty, a raczej mieści się gdzie indziej, niż ona sądzi.

Mimo pasji, z jaką Żiżek traktuje temat, nam, jako zwolennikom lewicy rewolucyjnej, trudno nie dostrzec fanfaronady i gry pozorów, jakimi autor mami czytelników. W gruncie rzeczy recepta Żiżka jest tylko próbą recepty na impotencję lewicy, impotencję intelektualną. Oczywista jałowość lewicy w porównaniu z ofensywnością prawicy może znaleźć rozwiązanie wyłącznie na gruncie teorii, najlepiej psychoanalitycznej. W realnym świecie bowiem droga od Lenina do Stalina wydaje się Żiżkowi – zgodnie z lewicową wulgatą – aż nadto oczywista. Żiżek jest odwrotną stroną medalu nowej lewicy. Impotencja intelektualna nowej lewicy znajduje usprawiedliwienie w ideologii szczęścia indywidualnego, czyli ideologii klasycznego liberalizmu. Jednak nie chce ona dostrzegać rosnącego rozziewu pomiędzy sobą a masami wykluczonymi z owego indywidualistycznie pojętego szczęścia.

Być może, kusi Żiżek, należy dać się pociągnąć spontanicznej destruktywności mas, aby poczuć się „razem”, poczuć siłę pierwotnego instynktu. Szczęście mas nie jest szczęściem zimnym, pozbawionym swej istoty – drugiego człowieka – podobnie jak kawa bez kofeiny, woła Żiżek. W przeciwieństwie do prawicy, która nie ma ideologicznych ani moralnych rozterek, rozgraniczając szczęście elity od stadnego i prymitywnego szczęścia mas, lewica musi dopiero zagłuszyć swoje sumienie egalitarystyczne, które pozostawało jej wyróżnikiem. Sięganie do filozofii indywidualizmu jest jednym z kroków na tej drodze. Reszta pójdzie gładko. Sposobem na zagłuszenie rozterek sumienia jest przyjęcie zdroworozsądkowej filozofii mas za teorię ludzkiego życia. Smutek i niemożliwość osiągnięcia satysfakcji, przekonanie, że żyje się dla obowiązku, a nie dla abstrakcyjnego szczęścia (co to w ogóle jest?) stanowi kwintesencję tradycyjnej edukacji mas.

Utożsamienie się z tą filozofią życiową pozwoli wrażliwym społecznie jednostkom na uznanie, że masy żyją właściwie w takim stanie szczęścia, jakie jest im dostępne. Na końcu drogi czeka na lewicowców nagroda za ich wytrwałość i samozaparcie. Otóż prawicowy konserwatyzm wcale nie odrzuca szczęścia jednostki pojmowanego tak, jak sobie to ona wyobraża. Najprostszy przykład dotyczy choćby tak ważnych dla nowej lewicy kwestii obyczajowych. Nie jest prawdą, jakoby republikańscy konserwatyści byli przeciwko, np. homoseksualizmowi. Cała różnica z nową lewicą polega na tym, że nie może to być postawa powszechna, gdyż jako powszechna godzi w ład społeczny i jego spokojną reprodukcję. Natomiast jako postawa elity jest całkowicie zrozumiała i nie uniemożliwia szacunku, gdyż szacunek rodzi nie preferencja seksualna, ale przymioty społeczne. W gruncie rzeczy, nowa lewica jest od dawna gotowa na przyjęcie tej elitarystycznej koncepcji. Żiżek słusznie obnaża zakłamanie tej formacji politycznej, która nie przyjmuje do wiadomości wniosków z własnej historii i tradycji i buduje nowe posługując się najbardziej elitarystycznymi koncepcjami z arsenału prawicy. Do tego arsenału należą bowiem gesty rozdzierania szat nad „antyhumanizmem” przemocy rewolucyjnej, niszczącej korzenie „humanizmu dla wybrańców”. To klasowe rozróżnienie w ogóle nie jest brane poważnie pod uwagę w poważnym dyskursie filozoficznym jako relikt stalinizmu z jego rozróżnieniem na, np. naukę burżuazyjną i marksistowską.

Żiżek nie namawia do rewolucji, a jego niechęć do Lenina jest równie mocna jak ta Agaty Bielik-Robson. Pokazuje jednak lewicy drogę niczym prorok i niczym prorok nie znajduje zrozumienia we własnym kraju, tj. na środkowo-wschodnim, europejskim zaścianku. Jeżeli nie od dziś popularność zdobywa teza, że zanika różnica między lewicą a prawicą, to nie jest to proces proporcjonalnego zanikania różnic z obu stron, proces obumierania lewicy jest procesem wzmacniania prawicy, która jako jedyny ideologiczny model w okresie ponowoczesnym wchłania pewne elementy legitymizacji systemu klasowego z frazeologii lewicowej. Żiżek pokazuje tylko drogę, na której znajduje się lewica nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnej koniecznej ceny do zapłacenia w celu zachowania indywidualnego poczucia spójności. Trzeba znaleźć przyjemność w autodestrukcji. Następne pokolenia już będzie wolne od wyrzutów sumienia.

Trzeba mieć więc odwagę Lenina, ale jednocześnie zniszczyć samego siebie, aby zniszczyć w sobie Brechta i uniemożliwić recydywę Stalina. Zachowując świadomość tragiczną mamy przed oczyma farsę świata, jesteśmy moralnie lepsi od pozbawionych sumienia konserwatystów, którzy realizują nasze aspołeczne fantazje bez naszych oporów, w bezpiecznym świecie stabilnego ładu naturalnego.

A. Robson-Bielik cytuje z aprobatą Marshalla Bermana, który wskazuje na różnicę między: „marksizmem indywidualistycznym, który nie rezygnuje z pojęcia jednostki i na jej dobru opiera swą refleksję utopijną, oraz marksizmem strukturalistycznym, który postrzega indywidualizm jako szkodliwą, ‘niespójną i pogmatwaną’ ideologię mieszczańską. Opowiadając się po stronie prawdy i przeciw szczęściu, Żiżek wpisuje się w tę drugą, nielubianą przez Bermana tendencję, która znosi interes indywidualny na rzecz jednej prawdy i reprezentującego ją ‘spójnego i uporządkowanego’ kolektywu. Pogarda dla szczęścia jako mrzonki ‘ostatniego człowieka’ może z jednej strony brzmieć niezwykle wzniośle i heroicznie, z drugiej strony jednak otwiera drogę postępującej dehumanizacji, w której znikają wszystkie bezpieczniki z mozołem wypracowane przez cywilizację zachodnią.”

Należy zacząć od tego, że postawienie opozycji między marksizmem indywidualistycznym a kolektywistycznym jest nieuprawnionym zabiegiem. Konflikt, o którym traktuje marksizm nie zawiera się w tej opozycji pojęciowej. Prawda marksizmu jest prawdą walki klasowej, a nie kategorią ontologiczną. Jeśli zaś chodzi o „znoszenie interesu indywidualnego na rzecz jednej prawdy i reprezentującego ją ‘spójnego i uporządkowanego’ kolektywu”, to mamy tu coś na kształt schizofrenii. Marksizmowi indywidualistycznemu przyporządkowuje się słusznie w powyższym cytacie z Bielik-Robson „refleksję utopijną”, co oznacza, że realizacja powszechnego interesu indywidualistycznego należy do przedsięwzięć utopijnych, choć kierunkowo ważnych. Rzecz w tym, że jak zauważyliśmy wyżej, nieutopijna realizacja interesu indywidualnego (nie powszechna, ale selektywna) jest akurat możliwa jedynie w warunkach „spójnego i uporządkowanego kolektywu”. Świadomość nieuchronnej kapitulacji przed ideologią konserwatywną jest aż nadto widoczna w tym toku rozumowania. Sprzeciw wobec książki Żiżka można więc odczytać jedynie jako sprzeciw wobec obnażenia prawdziwej, opisanej w niej, choć nie zawsze uświadomionej, strategii nowej lewicy. Żiżek postawił nową lewicę w sytuacji bezalternatywnej.

Z nową lewicą łączy go nienawiść do Lenina, ale odrzucając lewicę rewolucyjną, ma do zaproponowania nowej lewicy konsekwentnie tylko świadomość tragiczną. Wie, że nowa lewica nie jest do tego przygotowana, ponieważ ma postawę infantylną. Stawia ją więc wobec problemu bez litości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

7 stycznia 2007 r.

Załącznik: Trudna miłość (o t-shirtach „Rewolucji u bram”)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rewolucja u bram. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *