Demokracja robotnicza czy dyktatura proletariatu? [część 2 – ost.]

III. Komitety fabryczne a rewolucyjna przemoc

Nawet dla Włodzimierza Marciniaka było jasnym, że narastająca, wręcz „ciągła eskalacja konfliktów między burżuazją i klasą robotniczą, w warunkach pogłębiającego się kryzysu gospodarczego i społecznego, czyniła przemoc rewolucyjną jedynym skutecznym środkiem działania (…)” (W. Marciniak „Komitety fabryczne i kontrola robotnicza w Rosji w 1917 roku”, „Colloquia Communia” 6(11) 1983, s. 66). Utrzymujące się wrzenie rewolucyjne i sytuacja dwuwładzy pozwalały klasie robotniczej rozwijać formy samoorganizacji i przejść do bezpośredniej kontroli nad zakładami pracy. W innej sytuacji kapitał nie pozwoliłby na naruszenie prawa własności i mieszania się w działalność gospodarczą. Dopiero presja strajkujących załóg, masowe demonstracje siły i determinacja klasy robotniczej przesunęły punkt ciężkości: na początku 1917 r. dynamika walk klasowych pozwoliła klasie robotniczej przejść do działań ofensywnych, zmieniających stosunek sił społecznych.

Powołanie na fali strajków i protestów robotniczych Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, a następnie komitetów fabryczno-zakładowych, stawiało na porządku dnia kwestię władzy. Wyłonienie Rządu Tymczasowego najwyraźniej nie załatwiało problemu. Kryzys był nazbyt głęboki, aby mogły go powstrzymać kompromisowe posunięcia. Chaos, samobójcza polityka klas panujących, głęboka dezorganizacja zasadniczych struktur i stosunków społecznych, jak i towarzyszący temu gwałtowny rozwój różnorodnych form samoorganizacji, kontroli i samorządności klasy robotniczej na porządku dnia stawiały kwestię zniesienia prywatnej własności środków produkcji. Z biegiem czasu coraz bardziej oczywistym było, że roli tej nie spełni Rząd Tymczasowy ani burżuazja. Patowa sytuacja sprzyjała siłom kontrrewolucji. Nadzieją mógł być tylko rząd odpowiedzialny przed masami ludowymi, a konkretnie przed Radami Delegatów – czyli rząd rewolucyjny, który miałby dość siły i poparcia społecznego, by zlikwidować własność prywatną i ukierunkować rewolucyjne wrzenie. Taką rewolucyjną formą władzy robotniczej mogła być tylko dyktatura proletariatu, która w konkretnohistorycznych okolicznościach przybrała postać rządu robotniczo-chłopskiego.

Zarówno w Radach Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, jak i w komitetach fabryczno-zakładowych reprezentowane były wszystkie liczące się partie socjalistyczne i anarchiści. Jednak ze względów doktrynalnych tylko niektóre z nich gotowe były poprzeć przemiany socjalistyczne. Część z nich zdecydowana była ograniczyć rewolucję do horyzontu przemian burżuazyjno-demokratycznych (mienszewicy, eserowcy), a zatem gotowe były oddać zdobytą władzę burżuazji, upodmiotowienie klasy robotniczej odsuwając na czas nieokreślony.

To zaś bezpośrednio rzutowało na spór o kształt i kompetencje komitetów fabrycznych. Mienszewicy opowiadali się za kontrolą państwową; opanowane przez nich związki zawodowe i Rady Delegatów – za kontrolą państwowo-społeczną. Za kontrolą robotniczą i samorządem robotniczym optowały wyłącznie ugrupowania skrajne: bolszewicy, komuniści-maksymaliści i anarchiści. Nawet lewicowi eserzy stali na gruncie kontroli państwowej.

Wspomniana już dynamika walki klasowej pozwoliła bolszewikom oprzeć się na komitetach fabrycznych i ugruntować swoje wpływy w klasie robotniczej. Jednocześnie trudno mówić o bolszewizacji komitetów fabrycznych.

Choć obie rewolucje 1917 r. uruchomiły proces rozwoju form samorządowych w szerokich i różnorodnych grupach społecznych, co pozwoliło niektórym badaczom ruchów społecznych nazwać rewolucję 1917 r. REWOLUCJĄ SAMORZĄDOWĄ, to jednak państwo porewolucyjne „formuje się na bazie tylko tych form społecznej samoorganizacji, które zrodziły się wewnątrz masowego ruchu rosyjskiego proletariatu” (Dmitrij O. Czurakow „Russkaja rewolucyja i raboczeje samouprawlenije”, Moskwa 1998, s. 8). Co samo przez się „daje niezły argument w ręce zwolenników poprzednich teorii dyktatury proletariatu” – jak pisze tenże Czurakow, badacz i entuzjasta komitetów fabrycznych postrzeganych jako organy samorządowe społeczeństwa obywatelskiego, wywodzące się od tradycyjnej rosyjskiej, ludowej obszcziny (przedkapitalistycznej formy samorządu chłopskiego).

Jak zaznacza D. Czurakow (przyjmujący „integralne” ujęcie ruchu robotniczego): „w całym okresie rewolucyjnym, zarówno po lutym, jak i po październiku, potężny ruch dołów na rzecz samoorganizacji, który przeistoczył się w proces formowania się komitetów fabryczno-zakładowych, jak również innych organizacji proletariackich, zachował niespodziewanie trwałą odporność na wpływy i nacisk zewnętrzny. I to niezależnie od faktu, że komitety od początku były areną ostrych starć konkurujących ugrupowań” (s. 25). Więcej, jego zdaniem komitety fabryczne tak naprawdę nie podlegały istotnej kontroli i wpływom żadnego centrum politycznego lub grupy takich centrów. Wpływ zewnętrzny był ograniczony. Jego zdaniem dotyczy to również wpływów partyjnych (s.26).

A jednak niezaprzeczalny (zauważalny nawet przez autora) wzrost wpływów bolszewików w komitetach fabrycznych wynikał z dość oczywistych przyczyn: „bolszewicy nigdy nie byli oddzieleni ścianą od ruchu samorządowego w produkcji. Bez wahań zmieniali hasła partyjne na te, których twórcami byli robotnicy. Ponadto bolszewiccy aktywiści wywalczyli większość jako robotnicy posiadający największy autorytet w danym przedsiębiorstwie, a nie jako członkowie partii” (s. 27).

Zdaniem Dmitrija Czurakowa robotnicy świadomie bronili niezależności swoich komitetów od partii na wszystkich etapach rewolucji, nawet w okresie zaniku ruchu samorządowego.

Jednak nawet odwołujący się do obszczinnych tradycji demokracji robotniczej D. Czurakow musi przyznać, że komitety fabryczne pełniące zarówno funkcje rewolucyjne, jak i stabilizujące sytuację społeczną (s. 35), w swej pracy kreatywnej (sozedatelnoj – a nie destrukcyjnej, jak chce Marciniak) przechodzą od początkowej, umiarkowanej pozycji do coraz bardziej ofensywnych działań.

Faktycznie, najbardziej umiarkowane były komitety, w których wpływ bolszewików był nieznaczący. Jednak i one wraz z pogłębiającym się kryzysem przechodziły na pozycje rewolucyjne. Pogarszającą się sytuację społeczno-gospodarczą coraz mniej mogły tolerować dołowe organa samorządu robotniczego. O ile wcześniej poczucie zwycięstwa, jakie miała „klasa rewolucyjna”, nie przeszkadzało robotnikom współpracować z przeciwną (antagonistyczną) stroną, to teraz nastroje zdecydowanie się zmieniły. Robotnicy powszechnie odrzucali zgniłe kompromisy. Tym samym, ich komitety coraz częściej krytykowały ugodową politykę Rad Delegatów Robotniczych, w przeciwnym razie same podlegały takiej krytyce ze strony robotniczych załóg. Środkiem doraźnym były ponowne wybory i, w ich rezultacie, zmiana kierownictwa i radykalizacja komitetów. Proces ten daleko nie zawsze był równoznaczny z bolszewizacją komitetów.

Jak zauważa D. Czurakow, akcentujący przede wszystkim specyfikę zjawiska, nieudane próby wprowadzenia w ogarniętej rewolucją Rosji form społecznego partnerstwa i solidaryzmu społecznego (zapewniające „pokój społeczny”) sprzyjały tworzeniu się „nowych form samoorganizacji proletariackiej, bardziej dostosowanych nie do pokojowych, lecz do nadzwyczajnych warunków zewnętrznych” (s. 41). Czynnikiem determinującym rosnącą aktywność komitetów fabrycznych była dramatycznie pogarszająca się sytuacja społeczno-ekonomiczna klasy robotniczej, a nie motywacja polityczna.

Trafniej byłoby powiedzieć, że początkowo kontrola robotnicza nad produkcją była najprostszą formą obserwacji uczestniczącej klasy robotniczej, której poddany był przeciwnik klasowy. Taka kontrola nie mogła jednak przełamać stosunków obowiązujących w kapitalistycznej fabryce czy też przedsiębiorstwie. Wraz z pogłębianiem się kryzysu i z rozwojem rewolucji robotnicy i ich organizacje przechodzili od najbardziej palących i elementarnych problemów związanych z przeżyciem do spraw związanych z całościową obudową robotniczego bytu (s. 43). Coraz częściej też robotnicy uświadamiali sobie, że „komitety są nie tylko organizacją ekonomiczną, ale i polityczną, ponoszącą odpowiedzialność za umacnianie rewolucji” (s. 46).

Latem 1917 r. zauważalne są już jakościowe zmiany w psychice i świadomości społecznej klasy robotniczej. Robotnicy uznają komitety za „organa rewolucyjnego samorządu” broniące ich profesjonalnych, grupowych i klasowych interesów. Tym samym, staje się dla nich oczywistym, że działania komitetów fabrycznych powinny być zgodne z „ogólnoproletariackimi zadaniami i stać wyłącznie na pozycjach walki klasowej proletariatu” (s. 49). Nie jest to oczywiście równoznaczne z uznaniem podległości komitetów strukturom partyjnym, związkowym bądź państwowym. Konsekwencją takich ocen jest nieodparta potrzeba centralizacji komitetów w górę – od międzyzakładowych po regionalne. Logicznym dopełnieniem i konsekwencją tego procesu mają być ogólnokrajowe struktury kontroli robotniczej.

Tymczasem, komitety fabryczne coraz częściej przechodzą od pasywnych form kontroli do kontroli aktywnej, stając się organizacjami samorządowymi. Niemniej robotnicy, nawet biorąc na siebie niekiedy pełne zarządzanie przedsiębiorstwem, wciąż jeszcze oddawali właścicielom zysk z jego działalności. Dopiero jesienią 1917 r. szerokość i różnorodność kontroli robotniczej osiągnęła poziom pozwalający stwierdzić „wyjście walki robotniczej poza granice standardowych typów konfliktów”. A zatem, w przeddzień rewolucji październikowej dynamika walk robotniczych doprowadziła do „odrzucenia całego systemu wartości społeczeństwa burżuazyjnego” (s. 56).

Ta teza Dmitrija Czurakowa przeczy spiskowym teoriom dowodzącym, że Lenin i bolszewicy, przygotowując zamach, nie kierowali się obiektywną dynamiką walk klasowych, a także zapewnieniom zwolenników nieograniczonych możliwości tzw. czynnika subiektywnego.

Jednak komitety rozwijały się nierównomiernie; pod koniec tego okresu nie obejmowały nawet połowy przedsiębiorstw produkcyjnych. Nie zdołały zatem w okresie przedpaździernikowym, czyli przed powstaniem bolszewickim, przekształcić się w siłę zdolną realnie zakwestionować samobójczy kurs gospodarki kapitalistycznej (s. 58).

Komitety fabryczne i inne formy samoorganizacji proletariatu pozostawały w bezpośredniej zależności od zaostrzającej się walki klasowej między klasą robotniczą a burżuazją. Można zatem uznać, że wraz z powstaniem bolszewickim walkę tę klasa robotnicza podjęła na wyższym, ogólnokrajowym szczeblu wykorzystując do tego instytucje państwowe dyktatury proletariatu, pozwalające na upowszechnienie działań rewolucyjnych i skoncentrowanie wysiłków na najbardziej newralgicznych odcinkach walki klasowej.

Działania te były zrozumiałe dla klasy robotniczej, niemniej w ocenie jej samorządowych organizacji wymagały one konsolidacji wszystkich ugrupowań robotniczych – w tym zjednoczenia lub sojuszu partii socjalistycznych w ramach Rad Delegatów Robotniczych.

Tymczasem, faktyczny dyktat jednej partii oraz niechęć do rewolucji proletariackiej ze strony mienszewików i eserowców wywołały w zorganizowanych środowiskach robotniczych niemałą konsternację.

Jednocześnie, oporu „klasy rewolucyjnej” nie budziła ani przemoc rewolucyjna, ani dyktatura proletariatu nad burżuazją i całą „klasą kontrrewolucyjną”. Bez poparcia robotników dla rewolucyjnych przemian powstanie bolszewickie nie miałoby szans przetrwania. Co więcej, w organizacjach robotniczych, takich jak komitety fabryczno-zakładowe czy związki zawodowe, wciąż obowiązywały zasady demokratyczne – działały wszystkie partie robotnicze i socjalistyczne.

W miarę rozwoju sytuacji zmieniał się jednak stosunek sił na korzyść bolszewików, którzy konsekwentnie bronili rewolucji i interesów klasy robotniczej. Nawet upaństwowienie i przekształcenie samorządowych struktur komitetów fabrycznych w ogniwa władzy robotniczej nie wywołało większych sprzeciwów. Robotnicy rozumieli, że w nadzwyczajnych okolicznościach dyktatura proletariatu wymaga wykorzystania instrumentów państwowych i centralizacji wysiłków. Co więcej, robotnicy rozumieli także, że i bez nadzwyczajnych okoliczności komitety fabryczne, które całkiem dobrze sobie radzą z problemami doraźnymi, nie są w stanie rozwiązywać problemów globalnych wynikających choćby z międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy. Niektórych z tych problemów nie jest w stanie nawet rozwiązać państwo rewolucyjne – wymaga to rewolucji światowej. Sam fakt, że oddawali zyski z działalności przedsiębiorstw wskazuje, że zdawali sobie sprawę z takich ograniczeń. Przeczy to tezie W. Marciniaka o postrzeganiu kontroli robotniczej jako sytuacji „pełnej wolności robotniczej”. Z faktu tego szczególnie zdawali sobie sprawę bolszewicy.

Fala robotniczych protestów i robotniczych strajków wybuchła dopiero w odpowiedzi na zróżnicowanie płac w ramach NEP-u: „szczyt strajkowej aktywności robotników w porewolucyjnym okresie przypada na lata 1923-1925, czyli czas największego zwrotu państwa w kierunku reform rynkowych w ekonomice – fakt sam przez się znamienny. Później aktywność strajkowa robotników spada – i to w czasie, gdy znów decydujące znaczenie nabierają tendencje centralistyczne” (s. 180), których szczyt przypadał na okres „komunizmu wojennego”.

Dmitrij Czurakow przyznaje, że sprzeciw wobec procesów upaństwowienia struktur komitetów fabrycznych był największy i najzaciętszy w tych zakładach, gdzie „nawiązany został wewnętrzny dialog między robotnikami, pracownikami nadzoru i przedsiębiorcami” (s. 178). Z tego faktu wyciąga stosowny wniosek: „fabryczne samozarządzanie powinno obejmować robotnicze samorządy jako jedną z części składowych”. Wówczas zachowany zostałby „pokój społeczny” i funkcjonowałyby należycie „mechanizmy poszukiwania kompromisu”.

Takie postawienie sprawy ukazuje Dmitrija Czurakowa jako zwolennika partycypacji robotniczej, który w akcie sprzeciwu wobec etatyzacji gospodarki gotów jest zaaprobować dowolne kompromisy, czyli zgniłe kompromisy z kapitałem wolnorynkowym. Nie przypadkiem jego zainteresowanie we współczesnym świecie budzą zaawansowane eksperymenty z programem ESOP w USA (s. 189), które jakimś dziwnym trafem wpisuje on w obszar tematyki związanej z samorządnością robotniczą. Zapomina przy tym, że system demokracji robotniczej przeciwstawny jest nie tyle dyktaturze proletariatu i centralizacji, co demokracji burżuazyjnej i dyktaturze kapitału.

Niemniej na pytanie – jakiej klasie, w ówczesnej Rosji, najbardziej sprzyjał system silnego i scentralizowanego państwa? – odpowiada on, że „właśnie robotnikom przemysłowym” (s. 166).

IV. Biurokratyzacja czy upaństwowienie?

Komitety fabryczne jako forma samoorganizacji klasy robotniczej od początku swego istnienia dostosowane były do działania w sytuacji nadzwyczajnej, czyli zaostrzającej się walki klasowej. Działania zmierzające do ich zalegalizowania, ukierunkowania i określenia ich uprawnień były wypadkową stosunku sił – efektem kompromisu, którego wyrazem był również Rząd Tymczasowy. Kompromisowe propozycje socjalnego partnerstwa i pokoju społecznego w 1917 r. nie miały szans powodzenia. W tej sytuacji ewolucja komitetów fabrycznych od form samoorganizacji klasy robotniczej do postaci samorządu robotniczego była wypadkową dynamiki walki klasowej. Wypadkowa ta sprzyjała niewątpliwie radykalizacji komitetów i pozostałych organizacji robotniczych, które musiały wybierać między rewolucją a kontrrewolucją. Tymczasowość kompromisów była aż nazbyt oczywista, by można było oczekiwać, że komitety ograniczą swoje zadania do uprawnień zatwierdzonych przez Rząd Tymczasowy.

Wkrótce okazało się, że w odpowiedzi na sabotaż, lokauty, dezorganizację i militarystyczną politykę gospodarczą czy gwałtowne ubożenie klasy robotniczej, komitety fabryczne jako rewolucyjne organizacje tej klasy przystąpiły do zabezpieczenia i organizacji całościowych warunków pracy i bytu robotników. A zatem nie tylko ekonomicznych, ale i społeczno-politycznych. Szerokość zadań od początku wymagała metod nadzwyczajnych i stosowania nie tylko ekonomicznych środków przymusu. Częstokroć nie wystarczał nawet nacisk moralny. Przejście do form kontroli aktywnej i całościowej wiązało się z obowiązkiem zabezpieczenia i zaopatrzenia załóg w podstawowe produkty – niezbędne dla produkcji i życia. W nadzwyczajnych okolicznościach komitety nie stroniły nawet od rekwizycji mąki czy nadwyżek towarów.

Zdaniem Dmitrija Czurakowa „działalność zaopatrzeniowa pasowała idealnie do fabryczno-zakładowych komitetów jako organów przedstawicielstwa produkcyjnego. Pozwalała bowiem robotnikom stosować swój organizacyjny potencjał i otrzymywać realną korzyść, tym samym realnie poprawiać własne położenie. Nakierowana jakby na zewnątrz energia komitetów w tym przypadku nie przynosiła strat w pracy przedsiębiorstwa”. Więcej, aprobata takich działań przez właścicieli podtrzymywała nawet partnerstwo socjalne (s. 51). Komitety nie ograniczały się jednak tylko do tej działalności.

W swym rozwoju komitety fabryczne doszły nawet do nieodpartej, choć nierealistycznej dla nich, potrzeby kontrolowania banków, a zatem zrozumienia potrzeb kontroli państwa rewolucyjnego nad kapitałem finansowym.

Ewolucja komitetów fabrycznych w kierunku organizacji samorządowych stawiała również na porządku dnia walkę o dyscyplinę pracy. W tym przypadku komitety fabryczne stosowały nawet przymus administracyjny.

Tak szerokie zadania pozwalały komitetom wykształcić aparat, który stał się podstawą zakładowych i regionalnych ogniw upaństwowionej kontroli państwa robotniczego (państwowej kontroli). Takiego aparatu nie posiadały związki zawodowe i partie robotnicze.

Komitety fabryczne w swym rozwoju stanęły jednak przed nierozwiązywalnym dylematem. Okazało się bowiem, że ruch ten w swoim historycznym kształcie nie jest w stanie rozwiązać nabrzmiałych problemów społecznych, w tym niewydolności i zacofania i finansowania całego systemu gospodarczego.

Nic zatem dziwnego, że po rewolucji październikowej proces budowy państwa robotniczego i upowszechnienia kontroli robotniczej w szeregu mniejszych zakładów pracy pokrywa się z procesem biurokratyzacji komitetów fabrycznych oraz procesem biurokratyzacji Rad, jako nowego państwowego ciała administracyjnego. Komitety fabryczne nie są wyjątkiem, a zatem podobnie jak inne rewolucyjne instytucje społeczne w sytuacji względnej stabilizacji podlegają procesom biurokratyzacji. Są zatem na równi z innymi organami państwa radzieckiego wyznacznikiem biurokratyzacji dyktatury proletariatu. Nadmierne przyrosty biurokratyczne były widoczne już w początkowym okresie kształtowania się państwa rewolucyjnego, udział upaństwowionych komitetów fabrycznych w tym procesie jest oczywisty.

Zdaniem licznych badaczy komitetów fabrycznych, ustrzec je przed biurokratyzacją i upaństwowieniem może jedynie wprowadzenie rynkowych mechanizmów ekonomicznych. Alternatywą dla konkurencji rynkowej może być jednak równie dobrze konkurencja polityczna w ramach instytucji dyktatury proletariatu, która oczywiście nie wyklucza działania praw ekonomicznych. Konkurencja polityczna partii robotniczych i socjalistycznych pozwala jedynie korygować (w okresie przejściowym) zgodnie z potrzebami klasy robotniczej przegięcia, zarówno te prorynkowe, jak i te biurokratyczne. Przy czym, istotne jest, że klasa robotnicza już wówczas wykazywała wyraźną niechęć do urynkowienia gospodarki, czego dowodem jest największa fala strajków w okresie NEP-u. Taki oparty na konkurencji partii (wewnątrz organizacji robotniczych, w przeciwieństwie do burżuazyjnej demokracji parlamentarnej) typ dyktatury proletariatu można nazwać demokracją robotniczą.

Rzecz w tym, że w rewolucyjnej Rosji zabrakło ugrupowań, które jednocześnie opowiedziałyby się za rewolucją proletariacką i, w przeciwieństwie do lewych eserów, stroniły od metod terrorystycznych (zbrojnych) w walce z bolszewikami o kierunek przemian.

Z perspektywy historycznej widać, że nie sprawdziło się również partyjniackie podejście do ruchu robotniczego zakładające, nie wiedzieć czemu, że tylko jedna partia może reprezentować interesy klasy robotniczej, oczywiście „nasza”. Potrzeba istnienia i współpracy kilku podmiotów rewolucyjnych od początku była oczywista dla robotników. Nie docenienie takiej potrzeby przez bolszewików zemściło się po stokroć.

Jak przyznaje Lew Trocki, pluralizm partii socjalistycznych i zakaz frakcji wprowadzono czasowo w nadzwyczaj niekorzystnych i dramatycznych okolicznościach. Zdaniem L. Trockiego zwycięstwo rewolucji proletariackiej w Niemczech pozwoliłoby dopuścić konkurencję partyjną i programową. Proces stalinizacji i upaństwowienia rewolucyjnego ruchu robotniczego, w tym Kominternu, odsunął na dziesięciolecia tę alternatywę i te rozważania.

V. Bolszewizacja komitetów fabrycznych

System samorządu robotniczego tworzy się już latem 1917 r., wraz z przejściem komitetów fabrycznych do sprawowania kontroli robotniczej w skali szerszej od pojedynczego zakładu. Wspólne działanie niewątpliwie wymaga koordynacji, sprzyja również tworzeniu się wszelkiego rodzaju centrów: miejskich, międzyzakładowych, gałęziowych, produkcyjnych i terytorialnych – świadczących o potrzebie jednoczenia ruchu komitetów fabryczno-zakładowych. Jak wskazuje Dmitrij Czurakow opierając się na najnowszych badaniach, doliczono się aż 94 zjednoczonych centrów komitetów fabryczno-zakładowych, z czego 75 miało charakter terytorialny, 8 – branżowy, a 11 – produkcyjny. Spośród 75 centrów terytorialnych 65 kierowali bolszewicy (D. O. Czurakow „Russkaja rewolucyja i raboczeje samouprawlenije”, Moskwa 1998, s. 70).

Proces upolitycznienia komitetów fabrycznych przebiegał w trybie przyśpieszonym w miarę narastania dynamiki walk klasowych i zwoływania kolejnych konferencji komitetów fabrycznych. Konferencje takie odbywały się na przestrzeni całego 1917 r. w licznych miastach Rosji. Spośród 49 konferencji i zjazdów ruchu komitetów fabrycznych, które odbyły się między 29 kwietnia a 5 lipca, tylko na 4 forach dominowała prawica socjalistyczna, na pozostałych zdecydowaną przewagę mieli bolszewicy. Oni też jako jedyni byli w stanie dotrzymać kroku radykalizującej się klasie robotniczej. O gwałtownym przesuwaniu się nastrojów na lewo świadczą wysuwane przez robotników hasła „natychmiastowej nacjonalizacji” całych gałęzi przemysłu oraz „przymusowej syndykalizacji” zakładów, nie mówiąc już o kontroli produkcji i banków.

Nic zatem dziwnego, że na I Ogólnorosyjskiej Konferencji komitetów fabryczno-zakładowych, zwołanej w przeddzień Rewolucji Październikowej (17-22 października 1917 r.), na 99 delegatów z głosem decydującym i 68 z głosem doradczym, aż 86 to bolszewicy. Wśród pozostałych znalazło się 22 eserów, 11 anarchosyndykalistów, 8 mienszewików, 6 eserów-maksymalistów. O postępach upolitycznienia robotników najlepiej świadczy fakt, że tylko 4 delegatów nie potrafiło określić jednoznacznie swojej przynależności partyjnej (s. 72).

W rezultacie konferencji wybrano 9-osobową Centralną Radę fabryczno-zakładowych komitetów Rosji.

Zdecydowanie wolniej postępował proces bolszewizacji już upolitycznionych Rad.

Jednak proces samostanowienia systemu samorządów robotniczych nie miał charakteru powszechnego, co więcej, powiązania międzyzakładowe, terytorialne i ponadlokalne nie były trwałe. Z reguły zanikały one po osiągnięciu celów doraźnych. Zmieniał się również zakres i formy ich działalności, które często miały charakter interwencyjny i właśnie doraźny. W tej sytuacji Centralna Rada nie mogła stać się faktycznym centrum ruchu komitetów fabrycznych. Słabość i nietrwałość to zresztą charakterystyczne i, by tak rzec, obiektywne cechy ruchu komitetów fabrycznych. Taką prawidłowość rozwoju organizacji samorządowych klasy robotniczej odnotowuje nawet Dmitrij Czurakow (s. 74), który uwzględniając tę prawidłowość odwołuje się, nota bene, do stosownych wywodów i autorytetu K. Marksa przestrzegającego przed nadmiernymi oczekiwaniami i wskazującego na partykularyzm obszcziny i samorządów.

Przekraczanie przez komitety fabryczne granic lokalnych i granic partykularyzmów miało charakter nietrwały, pozwalało jednakże zakwestionować obowiązujący dotychczas, burżuazyjny model stosunków społecznych, w tym również ustrój państwa.

Jak podkreśla Dmitrij Czurakow „okresowo wyraźnie wyodrębniający się sojusz różnorodnych organów samorządów nie stał się trwałą konstrukcją przyszłej państwowości” (s. 76). Jego zdaniem przyczyną takiego stanu rzeczy był nie tyle separatyzm robotników, co słabość systemu ukształtowanego po rewolucji lutowej, czyli niedostosowanie tego prozachodniego systemu do specyfiki rosyjskiej – tradycyjnej i głębokiej demokratyczności systemu pracy, czego symbolem była rosyjska ludowa obszczina. Przy czym, D. Czurakow odnotowuje wręcz naturalną potrzebę współdziałania „dwu gałęzi proletariackiej samoorganizacji”: komitetów fabrycznych i Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich oraz oddolne współdziałanie organów samorządu produkcyjnego (komitetów fabrycznych) z organami samorządu profesjonalnego (związkami zawodowymi). Konflikty między tymi ostatnimi, jego zdaniem, miały podłoże polityczne (ścieranie się wpływów bolszewików i mienszewików, konflikt między prawym i lewym skrzydłem socjaldemokracji) i ogólne, cywilizacyjne: zderzenie modelu zachodniego, propagowanego konsekwentnie przez mienszewików, z modelem społeczeństwa obywatelskiego wywodzącym się z żywych tradycji ludowej demokracji (obszcziny).

Takie cywilizacyjne podejście przeciwstawia on podejściu klasowemu, marksistowskiemu, metodologicznie „alternatywnemu wobec podejścia cywilizacyjnego” (s. 67). Przeciwstawienie to Dmitrij Czurakow doprowadza do logicznego końca, próbując Marksowską dialektycznie rozwiniętą analizę społeczeństwa burżuazyjnego, której „elementarną formą” był „towar”, zastąpić odpowiednią matrycą wraz z elementarnym i pierwotnym ogniwem – „obszcziną” (s. 176). W ten sposób niedwuznacznie, choć nie wprost, nawiązuje on do anarchistycznych i anarchosyndykalistycznych idei kolektywizmu, zachowując przy tym rosyjską specyfikę.

Model zachodni widzi Czurakow nie tylko w kontekście wpływów liberalnych demokratów (kadetów) czy mienszewików, lecz również wewnętrznych podziałów w partii bolszewickiej. Ogólnie rzecz biorąc, zarzuca bolszewikom etatyzm, który stwarzał największe zagrożenie dla „samodzielności i dalszego rozwoju niezależnych organów samorządu robotniczego w produkcji, czyniąc kryzys tych struktur praktycznie nieuniknionym” (s. 112).

Przy czym D. Czurakow akcentuje, że tendencja do etatyzacji i przypisywania decydującej roli państwu miała w tym czasie charakter powszechny, ogólnoświatowy, co bez wątpienia wiązało się z militaryzacją i wojną światową, czyli koniecznością centralizacji wszelkiej działalności gospodarczej w ramach społeczeństwa industrialnego z jego dwiema przodującymi, a zarazem antagonistycznymi klasami: burżuazją i klasą robotniczą.

W 1917 r. ten industrialny układ był poniekąd determinujący zważywszy na niezrozumienie i nie docenianie przez bolszewików znaczenia specyficznie rosyjskich wartości demokracji pracowniczej (w tym przypadku obszcziny), które mogłyby stać się alternatywą dla etatystycznego upaństwowienia.

Tak określona, ahistoryczna alternatywa charakterystyczna jest dla współczesnych wizji społeczeństwa obywatelskiego zakładających przejście z kapitalizmu/industrializmu do postindustrializmu. Podobny punkt widzenia reprezentują wyznawcy tzw. socjalizmu samorządowego.

D. Czurakow otwarcie przyznaje, że nie ma pewności, jak miałaby wyglądać struktura socjalna w społeczeństwie postindustrialnym, na progu którego – jego zdaniem – stoi współczesna Rosja, jednak domniemywa, że wyparty z niej zostanie dominujący dotychczas „industrialny układ”. Tym samym, samorząd robotniczy zostanie zastąpiony lub będzie zaledwie jedną z części składowych samorządu pracowniczego i obywatelskiego. Jednocześnie antagonizm klasowy między proletariatem a burżuazją zastąpi kooperacja „klasy handlowo-przemysłowej” z „klasą pracowniczą”, co wynika z „konieczności poszukiwań szerokiego kompromisu” (s. 186) w ramach nowoczesnych instytucji społecznych.

Uwikłany w reklamę specyfiki rosyjskiej i swoich, jakże specyficznych samorządowych wizji, nie zadaje on sobie pytania o to, co by było, gdyby w roku 1917 zabrakło w Rosji bolszewików. Jak rozwijałaby się i czym skończyła „REWOLUCJA SAMORZĄDOWA”?

Wszak nietrwałość form samoorganizacji i samorządności robotniczej każe domniemywać, że kompromis między rewolucją na jej tzw. proletariackim etapie a kontrrewolucją był wówczas wykluczony. Dla „klasy rewolucyjnej” – klasy robotniczej – nie była to rzecz bez znaczenia. Albowiem nieobojętny jest dla niej terror kontrrewolucyjny, który, w przeciwieństwie do państwowych instrumentów przymusu dyktatury proletariatu wymierzonych w burżuazję i stare klasy panujące, zmierza wprost do jej bezwzględnej pacyfikacji.

Nawet Dmitrij Czurakow musi przyznać, że „robotnicy popierali scentralizowaną regulację państwową i nie przeciwstawiali jej własnej, samodzielnej działalności ekonomicznej” (s. 152). Ich sprzeciw budził nie interwencjonizm państwowy i centralizacja, lecz przejawy biurokratyzacji i oderwania się robotniczej władzy od swoich robotniczych korzeni. Powszechnie odrzucano jedynie mechanizmy biurokratyczne, którym przeciwstawiano kontrolę i władzę robotniczą.

Wyróżniając w swych dociekaniach specyfikę ekonomicznych i kreatywnych form rosyjskiej demokracji robotniczej D. Czurakow poprzestaje na stwierdzeniu, że destrukcyjna rola komitetów fabrycznych – tak eksponowana przez Włodzimierza Marciniaka – związana była z obaleniem starego porządku (s. 28). Fakt, że rewolucyjny aspekt demokracji robotniczej i rewolucyjna forma komitetów fabrycznych z natury swej w znacznym stopniu są zakorzenione w aspekcie internacjonalistycznym rewolucji, stawia tę kwestię poza obszarem zainteresowań autora.

W tym kontekście należy przyjąć, że bolszewizacja komitetów fabrycznych, po macoszemu traktowana przez zwolenników tezy o specyfice i wyjątkowości, pokrywa się w znacznym stopniu z krystalizacją rewolucyjnej formy i rewolucyjnego aspektu działalności komitetów. Ta zaś rewolucyjna, internacjonalistyczna forma nie sprowadza się wyłącznie do podobieństwa zewnętrznego – różnic nie brakuje, czego przykładem jest choćby rewolucja niemiecka 1918 r.

W Niemczech również powstały rady robotnicze, które „niemal natychmiast podejmowały się zaopatrzenia ludności, niekiedy nawet utrzymania porządku. Niemniej ruch rewolucyjny miał charakter żywiołowy. W Niemczech nie było ani wyraźnie sprecyzowanego programu rewolucyjnego, ani siły politycznej, dążącej do zdecydowanego pogłębienia procesów rewolucyjnych. (…) Tam, gdzie kierownictwo w radach przejęli konsekwentni rewolucjoniści (…) rady stały się rzeczywistymi ludowymi organami wykonawczymi: oczyszczały aparat państwowy z elementów reakcyjnych, wprowadzały kontrolę nad produkcją, ustanawiały 8-godzinny dzień pracy, a nawet proklamowały ‚Republiki Rad’. Jednakże w zdecydowanej większości rad (…) decydujący głos miała reformistyczna SPD i prawica USPD. (…)

10 listopada 1918 r. obie partie porozumiały się w sprawie utworzenia rządu – Rady Pełnomocników Ludowych (…). Wkrótce też nastąpiły pierwsze reformy społeczne, jak: pełna swoboda stowarzyszeń i zgromadzeń, 8-godzinny dzień pracy, umowy zbiorowe, tworzenie rad robotniczych w większych zakładach pracy, ubezpieczenia od bezrobocia i powszechne prawo wyborcze dla mężczyzn i kobiet w wieku ponad 20 lat. W dniu 15 listopada 1918 r. Centralna Komisja Związków Zawodowych zawarła porozumienie ze związkami pracodawców, w wyniku którego powołano do życia Centralną Wspólnotę Pracy (…). Nie było już mowy o wywłaszczaniu kapitału, lecz wysunięto koncepcję współpracy z nim [„szerokiego kompromisu społecznego”]. Pracodawcy uznali związki zawodowe za oficjalne przedstawicielstwo robotnicze, Centralna Komisja natomiast uznała prywatną własność środków produkcji i zobowiązała się powstrzymać robotników od wystąpień, które godziłyby w to prawo” (Tadeusz Kotłowski „Niemcy 1919-1923”, Poznań 1986, s. 22-23). Dla SPD rewolucja była już 10 listopada zakończona.

W tych warunkach rady rychło utraciły wszelkie rzeczywiste znaczenie dla klasy robotniczej. Robotnicy w swej masie pozostali niewdzięczni.

Nie brakuje zatem również podobieństw: „szeroki kompromis społeczny” to wspólna cecha zarówno „integralnego ujęcia” ruchu robotniczego (Piotr Marciniak), jak i „cywilizacyjnego” (Dmitrij Czurakow). Wspólna dla współczesnej socjaldemokracji. Wspólna – w opozycji do podejścia klasowego i konkretnohistorycznych uwarunkowań walki klasy robotniczej. Odmienna od bezkompromisowego podejścia konsekwentnych rewolucjonistów.

Nie brakuje również badaczy, którzy sam bolszewizm, z jego niechęcią do „szerokiego kompromisu społecznego” i umiejętnością dostosowania się do dynamiki wystąpień robotniczych, odnoszą do specyfiki rosyjskiej lub azjatyckiej.

VI. Samodzielność przedsiębiorstw – biurokratyczna namiastka demokracji robotniczej

Pod rządami Stalina, do 1937 r., formalnie utrzymywał się pośredni wpływ robotników na gospodarkę i warunki ekonomiczne. Kontrola robotnicza w swej formie namiastkowej sprowadzona została jednak do ram tzw. trójkąta, w którym oprócz dyrektora przedsiębiorstwa uczestniczyli szefowie zakładowych związków zawodowych i zakładowej organizacji partyjnej, odpowiedzialni zarówno przed własną bazą członkowską, jak i przed instancjami nadrzędnymi. Teoretycznie organizacje zakładowe: związkowa (reprezentacja wszystkich zatrudnionych) i partyjna (reprezentacja świadomych klasowo robotników) miały korygować decyzje jednoosobowego kierownictwa zakładu. Jednak w praktyce w latach 30. nastąpiło pełne ich podporządkowanie biurokracji państwowej i gospodarczej, czemu sprzyjało upaństwowienie związków zawodowych i partii robotniczej. Proces ten był na tyle skuteczny, że w 1937 r., na plenum KC, A. Żdanow mógł stwierdzić autorytatywnie, podpierając się autorytetem Stalina, że trójkąt stanowi całkowicie zbędną formę zbliżoną do organu kolegialnego zarządzania. W tychże latach dodatkowo ograniczono rolę związków zawodowych – likwidując, np. umowy zbiorowe (1934) i wpływ związków na kształtowanie siatki płac, nie mówiąc już o innych formach samoorganizacji robotników, za wyjątkiem kulturowych, a przede wszystkim subkulturowych, trudnych do kontrolowania nawet w ramach struktur biurokratycznych.

W przeciwieństwie do Jugosławii i Polski, gdzie eksperymenty z samorządem robotniczym były kontynuowane po II wojnie światowej, w ZSRR nawet chruszczowowska odwilż nie przyniosła istotnych zmian w upodmiotowieniu robotników. Niezmiennie argumentowano, że ZSRR był na innym etapie rozwoju.

Tym większym zaskoczeniem było opublikowanie – już po wstrząsie, jaki niewątpliwie wywołały wydarzenia w Polsce w latach 1980-1981 – artykułu ówczesnego przywódcy ZSRR, Jurija Andropowa, zatytułowanego „Nauki Karola Marksa i niektóre problemy budownictwa socjalistycznego” („Kommunist” z marca 1983 r.), w którym wrócono, ni stąd – ni zowąd, do tematu demokracji pracowniczej i kolektywnych form zarządzania. W ślad za tym artykułem poszły też rozwiązania prawne (na co wskazuje D.O. Czurakow, op. cit.). 12 kwietnia opublikowano projekt rozporządzenia „O kolektywach pracowniczych i zwiększeniu ich roli w zarządzaniu przedsiębiorstwami, instytucjami i organizacjami”. Projekt niezwłocznie został zatwierdzony i uzyskał wszelkie stosowne umocowania prawne.

W ten oto sposób odgórnie i biurokratycznie zapoczątkowany został proces organizacji, a nawet częściowej samoorganizacji rad załóg pracowniczych (sowietow raboczich kolektiwow, w skrócie: STK), które w połowie lat 80. funkcjonowały już w większości radzieckich przedsiębiorstw. Najbardziej aktywne z rad stworzyły nawet samodzielną strukturę, pod tą samą nazwą.

Wraz z gorbaczowowską pieriestrojką zaostrza się jednak walka klasowa – na proces organizacji i samoorganizacji rad załóg pracowniczych (STK) nakładają się protesty i wystąpienia robotnicze. Wystąpienia te niewątpliwie sprzyjają rozwojowi form samoorganizacji robotniczej. Tworzą się najprzeróżniejsze komitety strajkowe, zjednoczone fronty robotnicze i alternatywne związki zawodowe, czy miejskie robotnicze komitety pomocy, które z biegiem czasu przekształcają się w raczkujące, radykalne ugrupowania polityczne. Ten żywiołowy proces, pod nieobecność rewolucyjnej partii robotniczej i rewolucyjnego kierownictwa, kończy się na początku lat 90. wraz z administracyjną decyzją odstąpienia od namiastkowych form demokracji robotniczej i polityką prywatyzacji przedsiębiorstw sprzyjającą uwłaszczeniu biurokracji państwowej.

Jednocześnie, skutki prywatyzacji dla demokracji i samoorganizacji robotniczej okazują się wręcz katastrofalne, podobnie zresztą jak dla całej klasy robotniczej, która w ZSRR w międzyczasie zwielokrotniła swoją liczebność. Przy nich upaństwowienie i nacjonalizacja przemysłu z pierwszych lat władzy radzieckiej wydają się wręcz zbawienne i uzasadnione. Zważywszy, że po prywatyzacji realnymi właścicielami przedsiębiorstw stali się przedstawiciele poprzedniej administracji (nomenklatury) i nowej finansowej elity bezwzględnie wyzyskujący robotników, zaś wiodącą pozycję wśród finansowej elity zajął kapitał zagraniczny i spekulacyjny, należy uznać, że nowy ustrój bezapelacyjnie został wprowadzony w interesie nuworyszowskiej i monopolistycznej burżuazji, której w sukurs przyszedł międzynarodowy kapitał finansowy.

Z punktu widzenia klasy robotniczej wymiar klęski jest wręcz katastrofalny, choć nie druzgocący. Druzgocącym ciosem była, poprzedzająca demontaż ZSRR i obozu „realnego socjalizmu”, organizacyjna likwidacja rewolucyjnego ruchu robotniczego dokonana przez J. W. Stalina.

O nieprzypadkowej roli przypadku w historii
(zamiast zakończenia)

100 lat temu, na początku XX wieku Róża Luksemburg, polemizując z Leninem w kwestii organizacyjnej, wyrażała myśl, że socjaldemokracja jest ruchem samej klasy robotniczej. Jako taki nie mógł on stać na stanowisku sekciarskim i odcinać się za pomocą papierowych paragrafów od procesów w nim zachodzących. Według Róży: „(…) całkiem chybiona jest sama myśl, jakoby w interesie ruchu robotniczego leżało odparcie masowego napływu tych żywiołów, które zostają wydzielone przez postępujący rozkład społeczeństwa burżuazyjnego” (Róża Luksemburg „Zagadnienia organizacyjne socjaldemokracji rosyjskiej”, „Wybór pism”, Warszawa 1959, t.1, s. 354).

Ale „twierdzenia, że socjaldemokracja, klasowa przedstawicielka proletariatu, jest jednocześnie przedstawicielką wszelkich postępowych interesów społeczeństwa i wszelkich ofiar uciśnionych przez ustrój burżuazyjny, nie wolno interpretować w tym sensie tylko, że program socjaldemokratyczny idealnie obejmuje wszystkie te interesy. Twierdzenie to stanie się ciałem w postaci historycznego procesu rozwojowego, mocą którego socjaldemokracja również jako partia polityczna stanie się stopniowo schroniskiem najróżniejszych niezadowolonych żywiołów, że stanie się ona rzeczywiście partią ludu przeciw znikomej mniejszości panującej burżuazji. Chodzi tylko o to, aby potrafiła ona obecne bolączki tej wielobarwnej, biegnącej za nią rzeszy podporządkować na długo celom ostatecznym klasy robotniczej, aby potrafiła nieproletariacki duch opozycyjny wciągnąć do rewolucyjnej akcji proletariackiej – jednym słowem zasymilować i przetrawić napływające do niej żywioły. To ostatnie jest jednakże tylko tam możliwe, gdzie – jak dotąd w Niemczech – silne, wyszkolone, doborowe jądro proletariackie nadaje już ton socjaldemokracji i jest dostatecznie świadome, aby zdeklasowane i drobnomieszczańskie żywioły podporządkować sprawie rewolucji. I w tym wypadku bardzo celowe jest surowsze nawet przeprowadzenie idei centralizacji w statucie organizacyjnym i surowsze ujęcie dyscypliny partyjnej w paragrafy. (…) Jednakże i w tym wypadku statut partyjny sam przez się nie powinien być bynajmniej orężem dla odparcia oportunizmu, lecz jedynie ostatecznym, przymusowym środkiem wywierania wpływu rzeczywiście istniejącej rewolucyjno-proletariackiej większości w partii” (tamże, s. 355).

Ale dla Róży Luksemburg napływ żywiołów burżuazyjnych nie był jedynym źródłem prądów oportunistycznych w socjaldemokracji: „inne źródło leży raczej w samej istocie walki socjaldemokratycznej, w jej sprzecznościach wewnętrznych. (…) Powiązanie wielkiej masy ludowej z celem wychodzącym poza ramy całego dzisiejszego ustroju, walki codziennej z przewrotem rewolucyjnym – oto sprzeczność dialektyczna ruchu socjaldemokratycznego, który musi się konsekwentnie przebijać między dwiema skałami podwodnymi: między zatraceniem owego masowego charakteru a wyrzeczeniem się celu ostatecznego, między powrotem do roli sekty a przekształceniem się w burżuazyjny ruch reformistyczny” (tamże, s. 356).

Już w okresie wojny, niechęć rewolucyjnego skrzydła SPD do stania się „sektą” wyraziła się w niechęci do utworzenia własnej partii, niezależnej nie tylko od oportunistycznej prawicy, ale i od chwiejnego centrum. Przez cały okres trwania Rewolucji Niemieckiej problem braku samodzielnej partii rewolucyjnej wracał jak bumerang na każdym etapie tej rewolucji.

Po upływie stulecia (tekst artykułu Róży Luksemburg opublikowano w „Iskrze” 10 lipca 1904 r.) łatwo jest zapewne krytykować Grupę Spartakusa za niechęć do odrzucenia swoich wcześniejszych poglądów, nawet jeżeli to odrzucenie w praktyce wymusiła rzeczywistość – tyle, że w sytuacji, gdy było już zbyt późno.

W SPD przewagę (jak najbardziej biurokratyczną) zyskała prawica głosująca za kredytami wojennymi i staczająca się coraz bardziej na pozycje kolaboracji z reżymem cesarsko-junkierskim, już na początku wojny. Polityka SPD rozmijała się całkowicie z nastrojami klasy robotniczej, jednak klasa ta nie miała alternatywy programowej ani organizacyjnej. Jeszcze w grudniu 1916 r., kiedy zanosiło się na rozłam w SPD i przejęcie przez lewicową opozycję organu partyjnego „Vorwaerts”, opozycja nie zdecydowała się na ten krok pozwalając na wykluczenie się z grona partyjnego. To wykluczenie zapobiegło rozłamowi i ewentualnemu stworzeniu rewolucyjnej partii.

W latach 1917-1918, w przeciwieństwie do sytuacji w Rosji i taktyki bolszewików, w Niemczech spontanicznie kształtujące się zalążki organizacji rewolucyjnych – komitety robotnicze pod kierownictwem Rewolucyjnych Zwierzchników – nie spotkały się ze zdecydowanym poparciem ze strony rewolucyjnych socjaldemokratów. Uwikłanie w rozbieżności programowe z centrum, nie rozwikłane wcześniej, skutecznie storpedowało próby owej współpracy.

Tymczasem żywiołowe wystąpienia klasy robotniczej były w stanie wpływać na ustępstwa ze strony prawicy SPD. Problem tkwił w fakcie, że oczyszczona z elementów lewicowych i rewolucyjnych, partia ta uzyskała czystość ideologiczną i zwartość organizacyjną, której brakowało rewolucjonistom i centrum połączonym w USPD. Sile organizacyjnej SPD nie były w stanie sprostać słabe i niespójne siły organizacyjne lewicy rewolucyjnej. Problem zatem tkwił nie w masach, ale właśnie w braku organizacji rewolucyjnej.

W polemice Róży Luksemburg z Leninem z 1904 r., argumentacja Róży wydaje się bardziej przekonująca. Jest w niej rozmach, otwartość i wizja, której brak aptekarskim wywodom Lenina, brzmiącym niczym kazuistyka. Czyż nie jest przekonujący argument Róży, że nie da się rozwiązać zawczasu problemów, które wyłonią się w toku procesu?

O ile wybuch wojny był szansą dla takiego kraju, jak Rosja i dla jej rewolucyjnego ruchu robotniczego, o tyle wojna była klęską tej wizji procesu przezwyciężenia kapitalizmu, jaki był konstytutywny dla socjaldemokracji niemieckiej.

Rewolucyjni marksiści, skupieni wokół Róży Luksemburg, odnosili przed wojną błyskotliwe zwycięstwa nad oportunistycznymi przeciwnikami. Jednak powolny rozwój partii w kierunku opisywanym przez Różę Luksemburg z nieubłaganą historyczną mocą szykował oportunistom zwycięstwo w realnym świecie, a nie na szpaltach pism partyjnych.

Jeżeli dziś nauczyliśmy się, że stan kraju zacofanego, ale rzuconego w wir procesów globalnych, wskazuje krajom starym ich własne problemy i perspektywy, to należałoby nareszcie pojąć sens tego twierdzenia w odniesieniu do doświadczeń Rewolucji Niemieckiej i Rosyjskiej. Tę świadomość miała przecież sama Róża Luksemburg wskazująca, że klasa robotnicza Rosji wskazuje niemieckiej klasie robotniczej perspektywy, ale nie wyciągnęła z tego wniosków.

Organizacyjna walka z oportunizmem toczona przez Lenina była wyrazem percepcji sprzeczności, która zżerała bardziej nawet marksizm zachodni niż ten w jego kraju. Koncepcja Róży Luksemburg była ekstrapolacją istniejącego procesu, choć – jak mało kto – miała ona możliwości zakwestionowania starej wulgaty marksizmu. Jednak to Leninowi przypadło w udziale dostrzeżenie tego ważkiego problemu rewolucyjnego ruchu robotniczego.

Na tym tle pojawia się również kwestia wnoszenia świadomości rewolucyjnej do klasy robotniczej. Dla Róży Luksemburg ta świadomość ucieleśnia się już w samej partii jako w ruchu i stąd nie ma potrzeby żadnego wnoszenia. W przypadku Lenina, walka o świadomość rewolucyjną była walką o tę świadomość z oportunizmem, a więc już wśród ideologów ruchu.

Wydarzenia w Niemczech pokazały, że wychowane w posłuchu wobec SPD i poszanowaniu parlamentaryzmu masy robotnicze nie wytwarzały żywiołowo świadomości zdolnej do odparcia uległej wobec kontrrewolucji ideologii SPD. Rewolucyjni Zwierzchnicy podporządkowywali się nierzadko kolaboracjonistycznym centralom związkowym; nie byli w stanie samodzielnie pozbyć się przedstawicieli SPD z rad, nawet jeśli ci działali w kierunku zakończenia aktywności owych ciał robotniczych.

Gdyby rewolucjoniści mieli trybunę propagandową i zwartą partię, nie mieliby trudności z ideologicznym pognębieniem swych przeciwników. Wnoszenie świadomości do mas odbywałoby się dzięki głosowaniu nogami robotników na tę koncepcję, która byłaby im bliższa, tak jak to było w rosyjskich komitetach fabrycznych.

Rozwiązaniem „lewicowych komunistów”, zwolenników niezależnych organizacji robotników, instytucji niezależnych od partii, było uczynienie z rad permanentnych instytucji państwa komunistycznego. Problem w tym, że te instytucje nie mogły się utrwalić bez zwycięstwa rewolucji socjalistycznej. Reszki organizacji fabrycznych w Niemczech, w latach 20. same przekształciły się w coś na kształt partii politycznej, gdyż nie były w stanie pełnić innej funkcji poza analizą sytuacji (potwierdza to H. Canne-Meier w „Histoire des conseils ouvriers en Allemagne 1919-1935”).

Nienawiść, jaka ogarnęła spadkobierców „lewicowego komunizmu” do Lenina, wynikała z faktu, że te instytucje nie mogły zaistnieć również i w Rosji radzieckiej mimo zwycięstwa rewolucji. Jednak zapomnieli oni o fakcie, że w obliczu braku zwycięstwa rewolucji socjalistycznej w skali globalnej, w Rosji nie można było odpowiedzialnie budować społeczeństwa socjalistycznego, a tym bardziej komunistycznego, z wszelkimi tego konsekwencjami. W przeciwieństwie do marksistów, owi teoretycy uważają, że tego typu instytucje są możliwe już w kapitalizmie, a więc tym bardziej w państwie okresu przejściowego.

Tworzenie izolowanych fabryk samorządowych jest dla nich synonimem prawdziwej dyktatury proletariatu. Nie zauważają, że w ten sposób odwracają pierwotne założenie, na którym opierała się Róża Luksemburg. W tym modelu interes partykularny klasy robotniczej wyrażony sumą indywidualnych interesów poszczególnych zakładów pracy staje się jednym z wielu interesów uciskanego społeczeństwa, a nie interesem partykularnym, w znaczeniu powszechnym, klasy robotniczej.

Oportunizm zawarty w organizacyjnej strukturze partii robotniczej znalazł swoje zwieńczenie i, by tak rzec, doskonałe zakończenie. Od tej pory w ruchu robotniczym mamy do czynienia z ciągłym poszukiwaniem teoretycznego uzasadnienia na obalenie tezy o powszechnej, emancypacyjnej roli klasy robotniczej, która pozostaje aktualna po dziś dzień.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

15, 22, 29 sierpnia 2005 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia ruchu robotniczego. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *